Dystans38.04 km Czas01:42 Vśrednia22.38 km/h Podjazdy280 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Wojkowice - Rogoźnik
Chmurno, ale ciepło. Ostatni wypad przed szczepieniem i spodziewaną niedyspozycją w weekend. Treningowo. Dyspozycja bardzo dobra.
Chmurno, ale ciepło. Ostatni wypad przed szczepieniem i spodziewaną niedyspozycją w weekend. Treningowo. Dyspozycja bardzo dobra.
Dystans118.31 km Czas05:14 Vśrednia22.61 km/h VMAX48.66 km/h Podjazdy967 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Kromołowiec 2.0
Kolejna trasa na tempo, tym razem na dość długim dystansie. Do Niegowonic średnia 23,80, prawdziwy sprint, ale z korzystnym wiatrem. Tym razem dogoniła mnie fala wracających z pracy. Na Kromołowcu stacjonowało też stado puszek. Widomy znak, że nie warto tu być po godz. 15. (plan mi się zmienił, nie kończę już tak wcześnie). Uciekłem więc natychmiast i nie napawałem się atmosferą, bo nie było czym. Towarzystwo samochodów przeszkadzało na zjeździe, zauważyłem jednak, że rozległe pola śnieżne zniknęły. Jedynie na drodze z Mitręgi do Rokitna śnieg na poboczu zastąpiły rozległe kałuże, gdzie indziej pozostałością zimy była tylko rozmiękła murawa. To bardzo fajny podjazd o tej porze roku: prawie 2 km i przewyższenie na poziomie 100 metrów. Niestety, przyjemnie jest tu do 14, potem robi się zbyt tłoczno.
W Łazach spodobał mi się pomysł wychodzenia na spacer z dziećmi na smyczy, już ten patent widziałem i ma głęboki sens. Takie małe dzieci są totalnie nieprzewidywalne. Na szczęście nie gryzą i kaganiec jest zbędny ;)
Wracałem przez Gołuchowice i Przeczyce by skorzystać ze spokojnych dróg, nie dotkniętych "powracającą falą". Ostatni duży test dyspozycji przed szczepieniem wypadł bardzo dobrze.

Wiosna na Płaskowyżu

Pogoria IV

Kromołowiec

Tłum powszedni na Kromołowcu

Toporowice

Najdziszów
Trasa:
Kolejna trasa na tempo, tym razem na dość długim dystansie. Do Niegowonic średnia 23,80, prawdziwy sprint, ale z korzystnym wiatrem. Tym razem dogoniła mnie fala wracających z pracy. Na Kromołowcu stacjonowało też stado puszek. Widomy znak, że nie warto tu być po godz. 15. (plan mi się zmienił, nie kończę już tak wcześnie). Uciekłem więc natychmiast i nie napawałem się atmosferą, bo nie było czym. Towarzystwo samochodów przeszkadzało na zjeździe, zauważyłem jednak, że rozległe pola śnieżne zniknęły. Jedynie na drodze z Mitręgi do Rokitna śnieg na poboczu zastąpiły rozległe kałuże, gdzie indziej pozostałością zimy była tylko rozmiękła murawa. To bardzo fajny podjazd o tej porze roku: prawie 2 km i przewyższenie na poziomie 100 metrów. Niestety, przyjemnie jest tu do 14, potem robi się zbyt tłoczno.
W Łazach spodobał mi się pomysł wychodzenia na spacer z dziećmi na smyczy, już ten patent widziałem i ma głęboki sens. Takie małe dzieci są totalnie nieprzewidywalne. Na szczęście nie gryzą i kaganiec jest zbędny ;)
Wracałem przez Gołuchowice i Przeczyce by skorzystać ze spokojnych dróg, nie dotkniętych "powracającą falą". Ostatni duży test dyspozycji przed szczepieniem wypadł bardzo dobrze.

Wiosna na Płaskowyżu

Pogoria IV

Kromołowiec

Tłum powszedni na Kromołowcu

Toporowice

Najdziszów
Trasa:
Dystans67.19 km Czas02:58 Vśrednia22.65 km/h VMAX54.71 km/h Podjazdy681 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki 6/2021
Tym razem na lekko i na tempo. Duży ruch, wyjeżdżanie około 14:30 to porażka: ani jednego skrzyżowania płynnie nie przejechałem. Co jakiś czas świergoliły szpaki, wróble i mazurki. Zaliczyłem podjazdy na Górę Siewierską, Wał, Garbacz i Dziewiczą. Wizytowałem pierwszy raz bez śniegu Łubianki (horror dziur). Przed zmierzchem byłem z powrotem.

Łubianki
Trasa:
Chorzów - Rogoźnik - Góra Siewierska - Goląsza Biska - Wał - Góra Siewierska - Garbacz - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza Góra - Dobieszowice - Chorzów
Tym razem na lekko i na tempo. Duży ruch, wyjeżdżanie około 14:30 to porażka: ani jednego skrzyżowania płynnie nie przejechałem. Co jakiś czas świergoliły szpaki, wróble i mazurki. Zaliczyłem podjazdy na Górę Siewierską, Wał, Garbacz i Dziewiczą. Wizytowałem pierwszy raz bez śniegu Łubianki (horror dziur). Przed zmierzchem byłem z powrotem.

Łubianki
Trasa:
Chorzów - Rogoźnik - Góra Siewierska - Goląsza Biska - Wał - Góra Siewierska - Garbacz - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza Góra - Dobieszowice - Chorzów
Dystans80.33 km Czas03:52 Vśrednia20.77 km/h VMAX45.86 km/h Podjazdy720 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki 5/2021
Niebo było bezchmurne, ale wiatr niemal cały czas przeciwny. Przejazd przez Płaskowyż był więc bolesny i bardzo pracochłonny. Jechałem z Jaworzna przez Pogorie i Podwarpie, Przeczyce, Targoszyce, Myszkowice na Dziewiczą Górę. Dopiero z Sączowa zjechałem w domowe pielesze. Przyczyną było słońce, no i nie chciałem dać się pokonać wiatrowi, który mocno odcisnął się jednak na średniej przejazdu.

Świat sprzed lat, czyli w Podwarpiu

Autostrada słońca z Myszkowic na Siemonię.
Trasa:
Niebo było bezchmurne, ale wiatr niemal cały czas przeciwny. Przejazd przez Płaskowyż był więc bolesny i bardzo pracochłonny. Jechałem z Jaworzna przez Pogorie i Podwarpie, Przeczyce, Targoszyce, Myszkowice na Dziewiczą Górę. Dopiero z Sączowa zjechałem w domowe pielesze. Przyczyną było słońce, no i nie chciałem dać się pokonać wiatrowi, który mocno odcisnął się jednak na średniej przejazdu.

Świat sprzed lat, czyli w Podwarpiu

Autostrada słońca z Myszkowic na Siemonię.
Trasa:
Dystans53.06 km Czas02:19 Vśrednia22.90 km/h VMAX46.75 km/h Podjazdy397 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Chorzów - Jaworzno
Znakomite tempo sprawiło, że tym razem tylko raz trafił mnie pociąg (szlaban przed Szczakową). Działał efekt ciągu i seria kilku wypadów z rzędu zaowocowała wyraźnym wzrostem siły, co odbiło się też na tempie jazdy. Było co prawda smętnie i chmurno, ale nie zapomniałem o pamiątkowej fotce z Kościuszką w Maczkach (za karę musiałem potem czekać na przejeździe).

Trasa: jak zawsze.
Znakomite tempo sprawiło, że tym razem tylko raz trafił mnie pociąg (szlaban przed Szczakową). Działał efekt ciągu i seria kilku wypadów z rzędu zaowocowała wyraźnym wzrostem siły, co odbiło się też na tempie jazdy. Było co prawda smętnie i chmurno, ale nie zapomniałem o pamiątkowej fotce z Kościuszką w Maczkach (za karę musiałem potem czekać na przejeździe).

Trasa: jak zawsze.
Dystans118.22 km Czas05:37 Vśrednia21.05 km/h Podjazdy1055 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Kromołowiec
"Nadeszły słoneczne dni, ludzie jakby promieniowali wewnętrznym światłem i srebrnymi łyżeczkami jedli z filiżanek słońce niby lody" - Joseph Roth
Czekała mnie zmiana rozkładu zajęć, ostatni raz kończyłem więc w środę przed 12. Pora okazała się znakomicie nadawać na przejażdżkę drogą nr 790. Jeszcze nigdy nie jechałem tędy w takim bezruchu, nigdy też nie byłem tak wcześnie w Niegowonicach. Nawet na parkingu pod Kromołowcem panowała niczym niezmącona cisza. Wspiąłem się na skałki, ujrzałem spore jeszcze płaty śniegu. W lesie przy Mitrędze śnieg tworzył jeszcze grubą, zwartą warstwę. W niektórych miejscach tak jakby nie wydarzyła się nigdy ta pokaźna odwilż. Pobocze było śnieżne lub grząskie. Tym razem jechałem "podjazdowo", skusiłem się wręcz trzeci raz z rzędu (w lutym!) na Dziewiczą i zjeżdżając z Sączowa zoczyłem srokę z gałązką w dziobie. Nie wiem czy zmierzała na Arkę, ale jak mawia ksiądz Natanek: "wiedz, że coś się dzieje". Sroki bez powodu gałązek w dziobach nie oblatują.
Budowanie formy przed szczepieniem przebiegło więc pomyślnie. Cel był sprytny: zbudować podstawę siłową i przyzwoitą dyspozycję do 6 marca by zobaczyć jak zachowa się organizm po szczepieniu...

Resztki zimy na północ od Niegowonic

Pogoria IV - lód mienił się barwami upiększając i tak najpiękniejszy zbiornik "Pojezierza Dąbrowskiego" :)

Jeszcze trochę śniegu na Kromołowcu

Chruszczobród

Kochbunker na Płaskowyżu Twardowickim
Trasa:
Czekała mnie zmiana rozkładu zajęć, ostatni raz kończyłem więc w środę przed 12. Pora okazała się znakomicie nadawać na przejażdżkę drogą nr 790. Jeszcze nigdy nie jechałem tędy w takim bezruchu, nigdy też nie byłem tak wcześnie w Niegowonicach. Nawet na parkingu pod Kromołowcem panowała niczym niezmącona cisza. Wspiąłem się na skałki, ujrzałem spore jeszcze płaty śniegu. W lesie przy Mitrędze śnieg tworzył jeszcze grubą, zwartą warstwę. W niektórych miejscach tak jakby nie wydarzyła się nigdy ta pokaźna odwilż. Pobocze było śnieżne lub grząskie. Tym razem jechałem "podjazdowo", skusiłem się wręcz trzeci raz z rzędu (w lutym!) na Dziewiczą i zjeżdżając z Sączowa zoczyłem srokę z gałązką w dziobie. Nie wiem czy zmierzała na Arkę, ale jak mawia ksiądz Natanek: "wiedz, że coś się dzieje". Sroki bez powodu gałązek w dziobach nie oblatują.
Budowanie formy przed szczepieniem przebiegło więc pomyślnie. Cel był sprytny: zbudować podstawę siłową i przyzwoitą dyspozycję do 6 marca by zobaczyć jak zachowa się organizm po szczepieniu...

Resztki zimy na północ od Niegowonic

Pogoria IV - lód mienił się barwami upiększając i tak najpiękniejszy zbiornik "Pojezierza Dąbrowskiego" :)

Jeszcze trochę śniegu na Kromołowcu

Chruszczobród

Kochbunker na Płaskowyżu Twardowickim
Trasa:
Dystans125.71 km Czas05:37 Vśrednia22.38 km/h Podjazdy825 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Mysłów
"Nadeszły młode dni, wiotkie, giętkie jak brzozy, pachnące słońcem i nieśmiałe. Na ulicach widać mnóstwo rzeczy" - Joseph Roth.
Pozimie obrodziło w kałuże, grzęzawiska przydrożne, nadrożne jeziora i radiowozy (cóż za obfitość! - jak rok temu w kwietniu). Napotykałem na trasie szczebiotliwe stadka szpaków, tu i ówdzie wznosiły się w niebo skowronki. Opanowała mnie nieznośna lekkość butów, bo po raz pierwszy jechałem w letnich butach. W Siewierzu usiadła mi na sakwie pierwsza, jeszcze mocno zawiana, pszczoła. Pszczelim zwyczajem nie była wścibska, pożegnaliśmy się w przyjaźni. To wtedy, na ławeczce w pobliżu siewierskiego zamku odkryłem, że zapomniałem lampki. Odtąd moja trasa była już czasówką.
Przebrnąłem przez Próg Woźnicki w niezłym tempie i dotarłem aż do Mysłowa. Stamtąd wracałem jednak przez Siewierz, bo w Lasach Lublinieckich spodziewałem się śnieżno-błotnego horroru. Moje podejrzenia potwierdził 400-metrowy odcinek grozy, ten między Żelisławicami i Pińczycami (gruntowy). Fatalna nawierzchnia zaskoczyła mnie także w Zendku. Najważniejsze, że zdążyłem przed zmierzchem - brak lampki usportowił skutecznie mój wypad, ale sprawił też, że nie dotarłem do Koziegłów (jak planowałem).

Klucz gęsi zmierzających na zachód

Zamek siewierski jeszcze w płatach śniegu

Pejzaż okolic Pińczyc

Pyrzowice
Trasa:
"Nadeszły młode dni, wiotkie, giętkie jak brzozy, pachnące słońcem i nieśmiałe. Na ulicach widać mnóstwo rzeczy" - Joseph Roth.
Pozimie obrodziło w kałuże, grzęzawiska przydrożne, nadrożne jeziora i radiowozy (cóż za obfitość! - jak rok temu w kwietniu). Napotykałem na trasie szczebiotliwe stadka szpaków, tu i ówdzie wznosiły się w niebo skowronki. Opanowała mnie nieznośna lekkość butów, bo po raz pierwszy jechałem w letnich butach. W Siewierzu usiadła mi na sakwie pierwsza, jeszcze mocno zawiana, pszczoła. Pszczelim zwyczajem nie była wścibska, pożegnaliśmy się w przyjaźni. To wtedy, na ławeczce w pobliżu siewierskiego zamku odkryłem, że zapomniałem lampki. Odtąd moja trasa była już czasówką.
Przebrnąłem przez Próg Woźnicki w niezłym tempie i dotarłem aż do Mysłowa. Stamtąd wracałem jednak przez Siewierz, bo w Lasach Lublinieckich spodziewałem się śnieżno-błotnego horroru. Moje podejrzenia potwierdził 400-metrowy odcinek grozy, ten między Żelisławicami i Pińczycami (gruntowy). Fatalna nawierzchnia zaskoczyła mnie także w Zendku. Najważniejsze, że zdążyłem przed zmierzchem - brak lampki usportowił skutecznie mój wypad, ale sprawił też, że nie dotarłem do Koziegłów (jak planowałem).

Klucz gęsi zmierzających na zachód

Zamek siewierski jeszcze w płatach śniegu

Pejzaż okolic Pińczyc

Pyrzowice
Trasa:
Dystans69.91 km Czas03:27 Vśrednia20.26 km/h VMAX51.98 km/h Podjazdy734 m
SprzętMerida Drakar
Płaskowyż Twardowicki 4/2021 + GSD
Na GSD nawet na góralu było ciężko: śniegi i błota, w dodatku odkryłem że karta do aparatu została w laptopie. Wszędzie dalej królowały kałuże oraz dowcipnisie na kolarkach. To chyba amatorzy mocnych wrażeń, lubiący ten dreszczyk emocji pt. "czy w tej kałuży jest ukryta dziura która złamie mi ramę czy nie - sprawdzę".
Mnie też ciągnęło do wyzwań dlatego zdobyłem Dziewiczą Górę, a podjazd na nią o tej porze (na góralu i średnim blacie) to prawdziwa dziewicza droga krzyżowa. Prawdziwa męka czołgisty (jechałem wszak na czołgu). Okazałem jednak mężność i sapiąc wjechałem. Wcześniej - w Mieszkowicach - po raz pierwszy słyszałem na płaskowyżu szpaki i skowronki. Tumult kłócących się mazurków nie zrobił już na mnie wrażenia.

Trasa:
Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Wał - Góra Siewierska - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza - Sączów - Chorzów
Na GSD nawet na góralu było ciężko: śniegi i błota, w dodatku odkryłem że karta do aparatu została w laptopie. Wszędzie dalej królowały kałuże oraz dowcipnisie na kolarkach. To chyba amatorzy mocnych wrażeń, lubiący ten dreszczyk emocji pt. "czy w tej kałuży jest ukryta dziura która złamie mi ramę czy nie - sprawdzę".
Mnie też ciągnęło do wyzwań dlatego zdobyłem Dziewiczą Górę, a podjazd na nią o tej porze (na góralu i średnim blacie) to prawdziwa dziewicza droga krzyżowa. Prawdziwa męka czołgisty (jechałem wszak na czołgu). Okazałem jednak mężność i sapiąc wjechałem. Wcześniej - w Mieszkowicach - po raz pierwszy słyszałem na płaskowyżu szpaki i skowronki. Tumult kłócących się mazurków nie zrobił już na mnie wrażenia.

Trasa:
Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Wał - Góra Siewierska - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza - Sączów - Chorzów
Dystans85.10 km Czas04:22 Vśrednia19.49 km/h VMAX46.34 km/h Podjazdy813 m
SprzętMerida Drakar
Płaskowyż Twardowicki 3/2021
"Ulice są porozrywane, pokryte wrzodem i brzydkimi ranami" - napisałby Joseph Roth. Tak wyglądał pejzaż pozimia na Płaskowyżu. Towarzyszyła mi w wielu miejscach rozległa toń kałuż oraz - raz po raz - płaskoziemcy w krótkich spodenkach. To ci sami, którzy będą domagać się leczenia i biadać na komplikacje po artroskopii kolan.
Z dziwnych egzemplarzy gatunku ludzkiego mój największy entuzjazm wzbudziła pani Słonina (Mrożek napisałby "Tłusta kobieta"), która w temp. odczuwalnej 6 stopni postanowiła ubrać kuse spodenki i emanować fałdami tłuszczu. Cel osiągnęła - był to najbardziej zapadający w pamięć widok na tej przejażdżce. Zaintrygowało mnie, że nie rzuciły się na nią wygłodniałe sikorki... Działo się w Sączowie, czyli niemal na camino, może to była "psota św. Jakuba"? Może wiosenne przewidzenie? Chwytam się tej nadziei, bo możliwość, że mi się nie wydawało jest zbyt przytłaczająca. O tempora, o mores!

Na przełęczy "Węgrodzkiej"

Sadowie II

Topniejąca dziewiczość Dziewiczej Góry
Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Wał - Góra Siewierska - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza - Sączów - Chorzów
Z dziwnych egzemplarzy gatunku ludzkiego mój największy entuzjazm wzbudziła pani Słonina (Mrożek napisałby "Tłusta kobieta"), która w temp. odczuwalnej 6 stopni postanowiła ubrać kuse spodenki i emanować fałdami tłuszczu. Cel osiągnęła - był to najbardziej zapadający w pamięć widok na tej przejażdżce. Zaintrygowało mnie, że nie rzuciły się na nią wygłodniałe sikorki... Działo się w Sączowie, czyli niemal na camino, może to była "psota św. Jakuba"? Może wiosenne przewidzenie? Chwytam się tej nadziei, bo możliwość, że mi się nie wydawało jest zbyt przytłaczająca. O tempora, o mores!

Na przełęczy "Węgrodzkiej"

Sadowie II

Topniejąca dziewiczość Dziewiczej Góry
Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Wał - Góra Siewierska - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza - Sączów - Chorzów
Dystans154.43 km Czas08:05 Vśrednia19.10 km/h VMAX48.38 km/h Podjazdy1088 m
SprzętMerida Drakar
Zimowy Płaskowyż Głubczycki
Pomysł miałem ambitny: pierwszy raz odwiedzić na rowerze Płaskowyż Głubczycki zimą. To miał być trzeci zimowy rajd przygodowy (po rajdzie śnieżnym i rajdzie mroźnym): obliczony na wrażenia krajoznawcze, na doznanie czegoś nowego. Udało się aż nadto!
W Raciborzu dopadła mnie przechłodzona mgła i nie odpuszczała aż do Kietrza. Szybko oszadziło mi ubranie, nawet sznurówki. Oszadziło też drzewa i krzewy. Miejscami pojawiła się gołoledź - całe szczęście, że jechałem na czołgu. W Pietrowicach temperatura spadła do -5,6 i cieszyłem się siarczyście, że wziąłem najcieplejsze buty. Słusznie wietrzyłem podstęp, spodziewałem się że zanim wyjadę na bezchmurny płaskowyż będę musiał przecierpieć "uroki" doliny Odry. Tak dokładnie było.
Plusem ataku zimy była niezwykła atmosfera przy drewniaku w Skowronowie. Potem nastąpiło przedzieranie się przez śniegi i zamarznięte błota tzw. szlaku rowerowego Gródczanki-Kietrz. Dolina Troi pokazała pazurki. W Kietrzu miałem już jednak niczym niezmącone słońce, które towarzyszyło dalszym moim peregrynacjom płaskowyżu. Do takich wiosek jak Rozumice, Wysoka i Boboluszki dotarłem po raz pierwszy. W Zubrzycach zobaczyłem i usłyszałem pierwsze w tym roku szpaki i skowronki. Po wizycie w Głubczycach (które bez liści na drzewach są jeszcze bardziej przygnębiające) dotarłem też wreszcie do Grobnik. Tamże powitał mnie dobiegający z najbliższego podwórka tekst o wyskrobywaniu dzieci łyżką do opon (Słoń), ale ostatecznie pobyt we wsi nie dostarczył mi takich wrażeń jakie zapamiętałem kiedyś z Katalogu Zabytków Sztuki. Znalazłem tylko kilka starych domów i nie były szczególnie ładne...
Brak zieleni sprzyjał lokalizowaniu oryginalnych zabudowań. Ogólnie w pd-zach. części płaskowyżu krajobraz był ładny, przeplatany polami śniegu, oziminy i skibami zaoranej ziemi. Od Wronina pojawili się nasi i podwójne nazwy miejscowości. Zapas czasu wykorzystałem na zimowe eksploracje w Sławikowie i Łubowicach. Rajd zacząłem pod pomnikiem Eichendorffa w Raciborzu i finiszowałem u jego grobu w Łubowicach. Ostatki widności zmarnowałem na wizytę w raciborskim Kauflandzie. W drodze powrotnej (pociągiem) musiałem nawet zmieniać składy (tory zasypane węglem), ale ostatecznie szczęśliwie dotarłem na dworzec w Kato i przez Załęże dojechałem do domu. Wycieczka była bardzo ciekawa krajoznawczo i ambitna kondycyjnie (typowo wyżynna, na ciężkim rowerze i w ciężkich warunkach). Co ciekawe dotoczyłem się bez problemów do mety, jedynie następnego dnia miałem sztywne nóżki ;)
Pod względem atrakcyjności krajoznawczej i różnorodności wyzwań była to najciekawsza moja zimowa trasa rowerowa w życiu. Po raz pierwszy nie czekałem na przylot szpaków tylko wyruszyłem im naprzeciw.

Z Pietrowic Wielkich na Gródczanki

Miejscami jeszcze śnieżne zaspy

Pejzaż był zdominowany przez zieleń, brąz i biel.
GALERIA
Trasa:
Pomysł miałem ambitny: pierwszy raz odwiedzić na rowerze Płaskowyż Głubczycki zimą. To miał być trzeci zimowy rajd przygodowy (po rajdzie śnieżnym i rajdzie mroźnym): obliczony na wrażenia krajoznawcze, na doznanie czegoś nowego. Udało się aż nadto!
W Raciborzu dopadła mnie przechłodzona mgła i nie odpuszczała aż do Kietrza. Szybko oszadziło mi ubranie, nawet sznurówki. Oszadziło też drzewa i krzewy. Miejscami pojawiła się gołoledź - całe szczęście, że jechałem na czołgu. W Pietrowicach temperatura spadła do -5,6 i cieszyłem się siarczyście, że wziąłem najcieplejsze buty. Słusznie wietrzyłem podstęp, spodziewałem się że zanim wyjadę na bezchmurny płaskowyż będę musiał przecierpieć "uroki" doliny Odry. Tak dokładnie było.
Plusem ataku zimy była niezwykła atmosfera przy drewniaku w Skowronowie. Potem nastąpiło przedzieranie się przez śniegi i zamarznięte błota tzw. szlaku rowerowego Gródczanki-Kietrz. Dolina Troi pokazała pazurki. W Kietrzu miałem już jednak niczym niezmącone słońce, które towarzyszyło dalszym moim peregrynacjom płaskowyżu. Do takich wiosek jak Rozumice, Wysoka i Boboluszki dotarłem po raz pierwszy. W Zubrzycach zobaczyłem i usłyszałem pierwsze w tym roku szpaki i skowronki. Po wizycie w Głubczycach (które bez liści na drzewach są jeszcze bardziej przygnębiające) dotarłem też wreszcie do Grobnik. Tamże powitał mnie dobiegający z najbliższego podwórka tekst o wyskrobywaniu dzieci łyżką do opon (Słoń), ale ostatecznie pobyt we wsi nie dostarczył mi takich wrażeń jakie zapamiętałem kiedyś z Katalogu Zabytków Sztuki. Znalazłem tylko kilka starych domów i nie były szczególnie ładne...
Brak zieleni sprzyjał lokalizowaniu oryginalnych zabudowań. Ogólnie w pd-zach. części płaskowyżu krajobraz był ładny, przeplatany polami śniegu, oziminy i skibami zaoranej ziemi. Od Wronina pojawili się nasi i podwójne nazwy miejscowości. Zapas czasu wykorzystałem na zimowe eksploracje w Sławikowie i Łubowicach. Rajd zacząłem pod pomnikiem Eichendorffa w Raciborzu i finiszowałem u jego grobu w Łubowicach. Ostatki widności zmarnowałem na wizytę w raciborskim Kauflandzie. W drodze powrotnej (pociągiem) musiałem nawet zmieniać składy (tory zasypane węglem), ale ostatecznie szczęśliwie dotarłem na dworzec w Kato i przez Załęże dojechałem do domu. Wycieczka była bardzo ciekawa krajoznawczo i ambitna kondycyjnie (typowo wyżynna, na ciężkim rowerze i w ciężkich warunkach). Co ciekawe dotoczyłem się bez problemów do mety, jedynie następnego dnia miałem sztywne nóżki ;)
Pod względem atrakcyjności krajoznawczej i różnorodności wyzwań była to najciekawsza moja zimowa trasa rowerowa w życiu. Po raz pierwszy nie czekałem na przylot szpaków tylko wyruszyłem im naprzeciw.

Z Pietrowic Wielkich na Gródczanki

Miejscami jeszcze śnieżne zaspy

Pejzaż był zdominowany przez zieleń, brąz i biel.
GALERIA
Trasa:











