Dystans191.80 km Czas07:57 Vśrednia24.13 km/h VMAX52.27 km/h Podjazdy867 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Szlak żelazny, czyli Dolina Górnej Liswarty
Gdy startowałem na pociąg do Kalet, przy progu zwalniającym, tuż obok domu - "podziwiałem" dwa zmasakrowane jeżyki. W Lisowie z kolei szalały jerzyki, bo pod dachami tutejszych bloczków (niskich i zadbanych) rozwieszono budki lęgowe. Ten dualizm towarzyszył mi przez całą trasę. Pierwszy odcinek miał charakter turystyczny - od Lisowa do Krzepic jechałem wciąż wzdłuż Liswarty. Rzeka była przez stulecia granicą Górnego Śląska. Na śląskim brzegu cieszą ucho nazwy typu: Chwostek, Braszczok, Dryndowe, Kucoby. Na małopolskim brzegu wybrzmiewają miękko Łebki, Tanina, Ługi-Radły, Podłęże Szlacheckie...
Dualizm brzegów rzeki potrafił mieć też wymiar komiczny, wręcz komediowy. W chwili osiągnięcia Bodzanowic ukazały mi się budynki osady Granicznik. Znalazłem się wtedy po śląskiej stronie rzeki, ale znaki radośnie informowały mnie, że "Województwo śląskie żegna"... Było to o tyle zabawne, że od Lisowa jechałem cały czas małopolskim brzegiem rzeki i dokładnie w chwili gdy wkroczyłem na historyczny Śląsk, właśnie wtedy, dowiedziałem się że "Śląskie żegna"...
Jeszcze wcześniej, w Łebkach, mijała mnie co chwilę cysterna na mleko SM Włoszczowa. Zaprawdę powiadam wam, kupujcie produkty z tej spółdzielni mleczarskiej! Łąki nad Liswartą soczyste, lasy przestronne, wszędzie cicho, czysto i pasące się gdzieniegdzie krówki. Idylla!
Gdy przebiłem się przez nadliswarckie piachy do wsi Kamińsko zobaczyłem pierwszy raz w życiu plakat wyborczy Trzaskowskiego... Po małopolskiej stronie rzeki! Część rekreacyjno-krajoznawcza zakończyła się w Krzepicach, konkretnie na malowniczo i ustronnie położonym kirkucie. Roiło się tu od żeliwnych macew, bo i okolice Liswarty (w tym Krzepice) słynęły przez stulecia z kuźnic i wydobycia rud darniowych. Macewy wyrastały pod okapami sosen i dębów.
Po chwili refleksji nad zmiennością świata i przemijaniem materii , ruszyłem dalej. Dualizm trasy zobowiązywał. Chwyciłem mocniej lejce i pocwałowałem sportowym tempem do Chorzowa. Pomogły mi zbierające się chmury i lekka mżawka. Ryzyko zmoczenia zawsze mnie świetnie motywuje... Przystanąłem tylko 2 razy i musiałem odganiać chmary motyli i bzygów, gotowych mnie zapylać. Zbyt żółta koszulka to jednak utrapienie i ciągłe molestowanie ze strony pyłkofilów. Poza tym powrót odbywał się bez przeszkód: deszczem tylko postraszyło, sprawnie omijałem trupy podlotków wróbli, szpaków i drozdów ścielące się po asfalcie oraz bombardujące szyszkami sosny (przed Blachownią, gdy wiatr się wzmógł i zanosiło się na mały Armageddon).

Krzepice - żeliwne macewy

Koszęcin w porannym słońcu

Cisy w Łebkach

Liswarta

Po małopolskiej stronie Liswarty

Przystajń - sukiennice

Dawna granica Prus i Rosji/ Śląska i Małopolski

Kirkut w Krzepicach

Pod Truskolasami

Cisie

Dobieszowice
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/34402120
Gdy startowałem na pociąg do Kalet, przy progu zwalniającym, tuż obok domu - "podziwiałem" dwa zmasakrowane jeżyki. W Lisowie z kolei szalały jerzyki, bo pod dachami tutejszych bloczków (niskich i zadbanych) rozwieszono budki lęgowe. Ten dualizm towarzyszył mi przez całą trasę. Pierwszy odcinek miał charakter turystyczny - od Lisowa do Krzepic jechałem wciąż wzdłuż Liswarty. Rzeka była przez stulecia granicą Górnego Śląska. Na śląskim brzegu cieszą ucho nazwy typu: Chwostek, Braszczok, Dryndowe, Kucoby. Na małopolskim brzegu wybrzmiewają miękko Łebki, Tanina, Ługi-Radły, Podłęże Szlacheckie...
Dualizm brzegów rzeki potrafił mieć też wymiar komiczny, wręcz komediowy. W chwili osiągnięcia Bodzanowic ukazały mi się budynki osady Granicznik. Znalazłem się wtedy po śląskiej stronie rzeki, ale znaki radośnie informowały mnie, że "Województwo śląskie żegna"... Było to o tyle zabawne, że od Lisowa jechałem cały czas małopolskim brzegiem rzeki i dokładnie w chwili gdy wkroczyłem na historyczny Śląsk, właśnie wtedy, dowiedziałem się że "Śląskie żegna"...
Jeszcze wcześniej, w Łebkach, mijała mnie co chwilę cysterna na mleko SM Włoszczowa. Zaprawdę powiadam wam, kupujcie produkty z tej spółdzielni mleczarskiej! Łąki nad Liswartą soczyste, lasy przestronne, wszędzie cicho, czysto i pasące się gdzieniegdzie krówki. Idylla!
Gdy przebiłem się przez nadliswarckie piachy do wsi Kamińsko zobaczyłem pierwszy raz w życiu plakat wyborczy Trzaskowskiego... Po małopolskiej stronie rzeki! Część rekreacyjno-krajoznawcza zakończyła się w Krzepicach, konkretnie na malowniczo i ustronnie położonym kirkucie. Roiło się tu od żeliwnych macew, bo i okolice Liswarty (w tym Krzepice) słynęły przez stulecia z kuźnic i wydobycia rud darniowych. Macewy wyrastały pod okapami sosen i dębów.
Po chwili refleksji nad zmiennością świata i przemijaniem materii , ruszyłem dalej. Dualizm trasy zobowiązywał. Chwyciłem mocniej lejce i pocwałowałem sportowym tempem do Chorzowa. Pomogły mi zbierające się chmury i lekka mżawka. Ryzyko zmoczenia zawsze mnie świetnie motywuje... Przystanąłem tylko 2 razy i musiałem odganiać chmary motyli i bzygów, gotowych mnie zapylać. Zbyt żółta koszulka to jednak utrapienie i ciągłe molestowanie ze strony pyłkofilów. Poza tym powrót odbywał się bez przeszkód: deszczem tylko postraszyło, sprawnie omijałem trupy podlotków wróbli, szpaków i drozdów ścielące się po asfalcie oraz bombardujące szyszkami sosny (przed Blachownią, gdy wiatr się wzmógł i zanosiło się na mały Armageddon).

Krzepice - żeliwne macewy

Koszęcin w porannym słońcu

Cisy w Łebkach

Liswarta

Po małopolskiej stronie Liswarty

Przystajń - sukiennice

Dawna granica Prus i Rosji/ Śląska i Małopolski

Kirkut w Krzepicach

Pod Truskolasami

Cisie

Dobieszowice
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/34402120
Dystans14.93 km Czas00:45 Vśrednia19.91 km/h Podjazdy118 m
SprzętMerida Drakar
Praca
Ciężkie, sztormowe warunki. W pierwszą stronę potop, w drugą także padało, ale już "normalnie". Przemoczyło mi spodnie (w drugą jechałem bez stroju płetwonurka), więc przy okazji, jak wyładowałem w domu teczki i formularze ruszyłem na rajd po sklepach.
Ciężkie, sztormowe warunki. W pierwszą stronę potop, w drugą także padało, ale już "normalnie". Przemoczyło mi spodnie (w drugą jechałem bez stroju płetwonurka), więc przy okazji, jak wyładowałem w domu teczki i formularze ruszyłem na rajd po sklepach.
Dystans15.85 km Czas00:44 Vśrednia21.61 km/h Podjazdy120 m
SprzętMerida Drakar
Praca
Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zdążyłem przed pogodowym armagedonem...
Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zdążyłem przed pogodowym armagedonem...
Dystans18.71 km Czas00:53 Vśrednia21.18 km/h Podjazdy146 m
SprzętMerida Drakar
Praca
Znowu całkiem zdewastowane przejście podziemne po AKS, trzeba było wnosić rower na plecach. Wracałem przez WPKiW, Redena i rynek...
Znowu całkiem zdewastowane przejście podziemne po AKS, trzeba było wnosić rower na plecach. Wracałem przez WPKiW, Redena i rynek...
Dystans331.34 km Czas15:33 Vśrednia21.31 km/h VMAX45.13 km/h Podjazdy1025 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dookoła Kalisza, czyli brakujące ogniwa
Kolejna z tras zastępczych czy tam kolejny magellańskich rajdów kowidowych. Musiałem trochę na bieżąco modyfikować trasę, bo ścigały mnie chmury burzowe. Utworzył się prawdziwy burzowy pas opadowy od Krotoszyna po Złoczew. Ruszałem spod Bąkowa i musiałem na dzień dobry użerać się z płytami i kiepskimi nawierzchniami aż do Byczyny.Szczególnie nieprzyjemny był jednak przejazd przez Wieruszów, wybitnie antyrowerowy i ogólnie nieciekawy.
Dopiero za Wieruszowem poczułem wiosnę: rozjechany ptaszęta i wiewiórki (!), zapach jaśminu oraz świeżo pogłębione rowy melioracyjne o głębokości rowów przeciwczołgowych a wszystko zapewne w ramach walki z suszą. Zachwycały od Bukownicy ceglane domy w tej popruskiej Wielkopolsce, bo Wieruszów ma przecież pochodzenie z zaboru rosyjskiego i to widać w zabudowie. W Ołoboku odbiłem na zachód, na Rososzycę i Biskupice Ołoboczne. W tej pierwszej zobaczyłem głównie zaniedbany pałac i lokalną patolę, w tych drugich ładny drewniany kościół sporych rozmiarów. Potem - przez Gałązki Wielkie - jechałem sobie do Kościelnej Wsi, bo nigdy nie byłem przy tutejszym cennym kościele. Pogoda się ustabilizowała i przestała zagrażać mi nagła kąpiel. Piękne chwile przeżywałem więc w Gołuchowie i Pleszewie, gdzie zachwycałem się oryginalną zabudową.
Z dwurynkowego Pleszewa skierowałem się po raz pierwszy na wschód i wylądowałem na dwóch rynkach Chocza. Zanim dojechałem do Złotników Wielkich dopadł mnie zmierzch. Jeszcze wcześniej, w Piątku Wielkim, spotkałem Jaśnie Buraka, pana dworu w tejże wsi. Jaśnie Burak miał mi za złe, że stanąłem na chodniku, przy bramie do jego posiadłości. Pyrus z centusiowym nalotem. Następne emocje czekały mnie dopiero za Błaszkami, gdzie od Jasionny po Złoczew na drodze nie minął mnie ani jeden samochód i nie widziałem ani jednego światła. Za Złoczewem zaczęły się natomiast pojawiać tiry na drodze nr 45. Dotychczas kojarzyła mi się z pełną pustką i dobrym asfaltem, czyli idealnym zestawem na noc. Bardzo się jednak zdziwiłem. Tak bardzo, że we wsi Wydrzyn musiałem zrobić przerwę na przystanku, bo zwyczajnie bałem się o życie i chciałem trochę odsapnąć dla poprawienia koncentracji u progu przedświtu. Gdy rundkowałem po opustoszałym Wieluniu rozwidniło się całkiem, ale miałem jeszcze sporo czasu do pierwszego pociągu o 4. Postanowiłem złapać więc pierwsze promienie słońca w Rudzie i zakończyć rajd na przystanku kolejowym w Dzietrznikach.
W samym pociągu dowiedziałem się o nowej funkcjonalności, tj. możliwości płacenia kartą w pociągach Regio.
https://ridewithgps.com/routes/33033794
Kolejna z tras zastępczych czy tam kolejny magellańskich rajdów kowidowych. Musiałem trochę na bieżąco modyfikować trasę, bo ścigały mnie chmury burzowe. Utworzył się prawdziwy burzowy pas opadowy od Krotoszyna po Złoczew. Ruszałem spod Bąkowa i musiałem na dzień dobry użerać się z płytami i kiepskimi nawierzchniami aż do Byczyny.Szczególnie nieprzyjemny był jednak przejazd przez Wieruszów, wybitnie antyrowerowy i ogólnie nieciekawy.
Dopiero za Wieruszowem poczułem wiosnę: rozjechany ptaszęta i wiewiórki (!), zapach jaśminu oraz świeżo pogłębione rowy melioracyjne o głębokości rowów przeciwczołgowych a wszystko zapewne w ramach walki z suszą. Zachwycały od Bukownicy ceglane domy w tej popruskiej Wielkopolsce, bo Wieruszów ma przecież pochodzenie z zaboru rosyjskiego i to widać w zabudowie. W Ołoboku odbiłem na zachód, na Rososzycę i Biskupice Ołoboczne. W tej pierwszej zobaczyłem głównie zaniedbany pałac i lokalną patolę, w tych drugich ładny drewniany kościół sporych rozmiarów. Potem - przez Gałązki Wielkie - jechałem sobie do Kościelnej Wsi, bo nigdy nie byłem przy tutejszym cennym kościele. Pogoda się ustabilizowała i przestała zagrażać mi nagła kąpiel. Piękne chwile przeżywałem więc w Gołuchowie i Pleszewie, gdzie zachwycałem się oryginalną zabudową.
Z dwurynkowego Pleszewa skierowałem się po raz pierwszy na wschód i wylądowałem na dwóch rynkach Chocza. Zanim dojechałem do Złotników Wielkich dopadł mnie zmierzch. Jeszcze wcześniej, w Piątku Wielkim, spotkałem Jaśnie Buraka, pana dworu w tejże wsi. Jaśnie Burak miał mi za złe, że stanąłem na chodniku, przy bramie do jego posiadłości. Pyrus z centusiowym nalotem. Następne emocje czekały mnie dopiero za Błaszkami, gdzie od Jasionny po Złoczew na drodze nie minął mnie ani jeden samochód i nie widziałem ani jednego światła. Za Złoczewem zaczęły się natomiast pojawiać tiry na drodze nr 45. Dotychczas kojarzyła mi się z pełną pustką i dobrym asfaltem, czyli idealnym zestawem na noc. Bardzo się jednak zdziwiłem. Tak bardzo, że we wsi Wydrzyn musiałem zrobić przerwę na przystanku, bo zwyczajnie bałem się o życie i chciałem trochę odsapnąć dla poprawienia koncentracji u progu przedświtu. Gdy rundkowałem po opustoszałym Wieluniu rozwidniło się całkiem, ale miałem jeszcze sporo czasu do pierwszego pociągu o 4. Postanowiłem złapać więc pierwsze promienie słońca w Rudzie i zakończyć rajd na przystanku kolejowym w Dzietrznikach.
W samym pociągu dowiedziałem się o nowej funkcjonalności, tj. możliwości płacenia kartą w pociągach Regio.
https://ridewithgps.com/routes/33033794
Dystans61.37 km Czas02:32 Vśrednia24.23 km/h VMAX47.88 km/h Podjazdy357 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Jaworzno - Chorzów
Jakże inaczej jechało się niż dzień wcześniej. Chłodnawo, pochmurno, bez śladów zaduchu. Lekka mżawka złapała mnie przed Gołonogiem. Pozwoliłem sobie na pętelkę dookoła Trójki i przejazd śluzą na Czwórkę. Potem już było bez szaleństw, czyli przez Grodziec do domu. W Maciejkowicach tuż obok mnie blachosmród zmasakrował gołębia. Fanem gołąbków raczej nie jestem, ale ten charakterystyczny chrzęst łamanych kości słyszałem ostatnio dekadę temu, w Sandomierzu. Gołąbek odchodził z godnością, rozpostarł skrzydła jak orzeł i czekał na rozwalcowanie przez kolejne pojazdy, a jechał ich cały sznurek. Odwróciłem głowę i pojechałem dalej.

Trójka dzień później. Nie do uwierzenia... Dzień wcześniej tratowali się tu ludzie, teraz byli tu tylko nieliczni desperaci

Przełajka - bzowa granica Śląska na Brynicy. Nie przypadkiem bzy czarne rosną w tak dużym zwarciu już po śląskiej stronie - to święte germańskie krzewy :P
Trasa: Jaworzno - Pogoria III i IV - Grodziec - Chorzów
Jakże inaczej jechało się niż dzień wcześniej. Chłodnawo, pochmurno, bez śladów zaduchu. Lekka mżawka złapała mnie przed Gołonogiem. Pozwoliłem sobie na pętelkę dookoła Trójki i przejazd śluzą na Czwórkę. Potem już było bez szaleństw, czyli przez Grodziec do domu. W Maciejkowicach tuż obok mnie blachosmród zmasakrował gołębia. Fanem gołąbków raczej nie jestem, ale ten charakterystyczny chrzęst łamanych kości słyszałem ostatnio dekadę temu, w Sandomierzu. Gołąbek odchodził z godnością, rozpostarł skrzydła jak orzeł i czekał na rozwalcowanie przez kolejne pojazdy, a jechał ich cały sznurek. Odwróciłem głowę i pojechałem dalej.

Trójka dzień później. Nie do uwierzenia... Dzień wcześniej tratowali się tu ludzie, teraz byli tu tylko nieliczni desperaci

Przełajka - bzowa granica Śląska na Brynicy. Nie przypadkiem bzy czarne rosną w tak dużym zwarciu już po śląskiej stronie - to święte germańskie krzewy :P
Trasa: Jaworzno - Pogoria III i IV - Grodziec - Chorzów
Dystans54.91 km Czas02:15 Vśrednia24.40 km/h VMAX55.57 km/h Podjazdy384 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Chorzów - Jaworzno
Ciepła zupka zleżałego upału towarzyszyła mi na tej trasie. Wilgotność była jednak znacznie niższa niż w Boże Ciało i nieznośne było jedynie oczekiwanie na zmianę świateł w pełnym słońcu. Na Przełajce festiwal kwitnących maków, nad Pogorią rekordowe tłumy leżące pokotem na plaży i tratujące się po alejkach, oblegające bary...

Po tym jak rozorano dokumentnie pogranicze Bańgowa i Przełajki - maki polne przejęły kontrolę nad terenem i uratowały pejzaż

Nad Trójką tratowały się tłumy
Trasa: Chorzów - Przełajka - Grodziec - Gzichów - Łagisza - Pogoria III - Maczki - Jaworzno
Ciepła zupka zleżałego upału towarzyszyła mi na tej trasie. Wilgotność była jednak znacznie niższa niż w Boże Ciało i nieznośne było jedynie oczekiwanie na zmianę świateł w pełnym słońcu. Na Przełajce festiwal kwitnących maków, nad Pogorią rekordowe tłumy leżące pokotem na plaży i tratujące się po alejkach, oblegające bary...

Po tym jak rozorano dokumentnie pogranicze Bańgowa i Przełajki - maki polne przejęły kontrolę nad terenem i uratowały pejzaż

Nad Trójką tratowały się tłumy
Trasa: Chorzów - Przełajka - Grodziec - Gzichów - Łagisza - Pogoria III - Maczki - Jaworzno
Dystans200.87 km Czas09:37 Vśrednia20.89 km/h VMAX48.14 km/h Podjazdy955 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Boże Ciało 2020, cz. II: Odwrót z Sadogóry
Na przystanku wpadałem w drzemki, raz po raz budziły mnie ujadania psów, ale jak na środek wsi było dość spokojnie. Dźwięki zagłuszały sznury deszczu. O przedświcie zrobiło się wreszcie nieco chłodniej (jakieś 15-16 stopni) no i wybudził mnie brak odgłosów kropel uderzających o dach przystanku. Zerwałem się z niewygodnej ławy i ujrzałem, że już nie pada. Nawet niebo zaczęło się przejaśniać. Tym samym tuz po 4 ruszyłem dalej. Musiałem przeprawiać się przez namuliska na drodze i gigantyczne jeziora, które ktoś skłonny do zdrobnień nazwałby kałużami. Co jakiś czas miałem więc nogi w górze. Na drogach panował rzecz jasna totalny bezruch. Minąłem słabo jeszcze doświetlonego drewniaka w Wielkim Buczku oraz klasycystyczny kościół w Trzcinicy. Gdy skierowałem się na Miechową odkryłem, że ten odcinek padł ofiarą prawdziwego potopu. Droga przypominała wstęgę rzeki. W samej Miechowej dopiero za trzecim podejściem trafiłem na kościół. Od pól i łąk zionęło wilgocią a krótko przystrzyżony przykościelny trawnik i tak przemoczył mi buty.
W Byczynie dostałem od losu nagrodę w postaci sylwetki miasta we wschodzącym słońcu. Miasto miałem tylko dla siebie, poszwendałem się po zaułkach, zjadłem resztki zapasów (sklepy jeszcze zamknięte były), zachwyciłem się nowymi ławkami na rynku. To był trzeci raz w Byczynie i jeszcze nigdy to miasto nie wydało mi się tak bliskie. Gdyby nie zniszczenia II wojny to byłaby prawdziwa perła. By zobaczyć o miasto przed rokiem 45 trzeba sobie wizualizować brakujące fragmenty, te ziejące pustką czarne przestrzenie po wyrwanych bez znieczulenia kamienicach. Jednak to co zostało (jakieś 20-25% oryginalnej tkanki miejskiej) daje dobre wyobrażenie o dawnej całości.
Z Byczyny ruszyłem na wschód delektując się chłodem poranka. Następny postój miałem dopiero w Praszce, gdzie prowiantowałem się w Biedrze. Za Praszką musiałem przebić się przez barierę mgieł, z daleka wyglądały zresztą jak front opadowy, tak były gęste. Podziwiałem więc rosę na makach i moczyłem buty łażąc po miedzach. Odbite na przystankowej ławce żebra dokuczały mi co jakiś czas, przed Herbami, na nudnym leśnym odcinku dorwała mnie senność. W samych Herbach dużo ludzi się kręciło, uzupełniałem wodę w Lewku i skierowałem się na nielubianą drogę na Boronów. Te pseudo-ścieżki rowerowe mnie po prostu wk... Jedynie odcinek Zumpy-Boronów jest wykonany z szacunkiem dla rowerzystów tj. z gładkiej kostki położonej zgodnie z kierunkiem jazdy, czyli wzdłuż a nie w poprzek...
Za Boronowem skierowałem się na Lubszę i Woźniki. Ponieważ senność mi przeszła, by dobić do dwusetki i osłodzić sobie porażkę "snu nocy letniej" zrobiłem jeszcze wypad na Płaskowyż (Toporowice i Twardowice) i przez Rogoźnik oraz chorzowski rynek (omijając rozkopaną 913) dotarłem w domowe pielesze, gdzie ku mojej uciesze, nie było piekarni, co słońcem się karmi, bo zapomniałem odsłonić zasłony. Bardzo tym ucieszony, po ciepłym posiłku, usnąłem z wysiłku i z niedospania. Dość rymowania!

Miała być Byczyna o zmierzchu, była o świcie - też znakomicie!

Pożegnanie z gminą Rychtal

Tak było nocą - droga do Miechowej

Święty Graal odnaleziony - za trzecią próbą, z drogi totalnie niewidoczny

Nowe porządki w Byczynie

Wreszcie był czas by się tu rowerowo poszwendać

Zdziechowice

Maki pod Praszką

Gmina Rudniki pamięta o przeszłości

Boronów

Lubsza

Woźniki

Czerwcowo nad Rogoźnikiem
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/33029615
Na przystanku wpadałem w drzemki, raz po raz budziły mnie ujadania psów, ale jak na środek wsi było dość spokojnie. Dźwięki zagłuszały sznury deszczu. O przedświcie zrobiło się wreszcie nieco chłodniej (jakieś 15-16 stopni) no i wybudził mnie brak odgłosów kropel uderzających o dach przystanku. Zerwałem się z niewygodnej ławy i ujrzałem, że już nie pada. Nawet niebo zaczęło się przejaśniać. Tym samym tuz po 4 ruszyłem dalej. Musiałem przeprawiać się przez namuliska na drodze i gigantyczne jeziora, które ktoś skłonny do zdrobnień nazwałby kałużami. Co jakiś czas miałem więc nogi w górze. Na drogach panował rzecz jasna totalny bezruch. Minąłem słabo jeszcze doświetlonego drewniaka w Wielkim Buczku oraz klasycystyczny kościół w Trzcinicy. Gdy skierowałem się na Miechową odkryłem, że ten odcinek padł ofiarą prawdziwego potopu. Droga przypominała wstęgę rzeki. W samej Miechowej dopiero za trzecim podejściem trafiłem na kościół. Od pól i łąk zionęło wilgocią a krótko przystrzyżony przykościelny trawnik i tak przemoczył mi buty.
W Byczynie dostałem od losu nagrodę w postaci sylwetki miasta we wschodzącym słońcu. Miasto miałem tylko dla siebie, poszwendałem się po zaułkach, zjadłem resztki zapasów (sklepy jeszcze zamknięte były), zachwyciłem się nowymi ławkami na rynku. To był trzeci raz w Byczynie i jeszcze nigdy to miasto nie wydało mi się tak bliskie. Gdyby nie zniszczenia II wojny to byłaby prawdziwa perła. By zobaczyć o miasto przed rokiem 45 trzeba sobie wizualizować brakujące fragmenty, te ziejące pustką czarne przestrzenie po wyrwanych bez znieczulenia kamienicach. Jednak to co zostało (jakieś 20-25% oryginalnej tkanki miejskiej) daje dobre wyobrażenie o dawnej całości.
Z Byczyny ruszyłem na wschód delektując się chłodem poranka. Następny postój miałem dopiero w Praszce, gdzie prowiantowałem się w Biedrze. Za Praszką musiałem przebić się przez barierę mgieł, z daleka wyglądały zresztą jak front opadowy, tak były gęste. Podziwiałem więc rosę na makach i moczyłem buty łażąc po miedzach. Odbite na przystankowej ławce żebra dokuczały mi co jakiś czas, przed Herbami, na nudnym leśnym odcinku dorwała mnie senność. W samych Herbach dużo ludzi się kręciło, uzupełniałem wodę w Lewku i skierowałem się na nielubianą drogę na Boronów. Te pseudo-ścieżki rowerowe mnie po prostu wk... Jedynie odcinek Zumpy-Boronów jest wykonany z szacunkiem dla rowerzystów tj. z gładkiej kostki położonej zgodnie z kierunkiem jazdy, czyli wzdłuż a nie w poprzek...
Za Boronowem skierowałem się na Lubszę i Woźniki. Ponieważ senność mi przeszła, by dobić do dwusetki i osłodzić sobie porażkę "snu nocy letniej" zrobiłem jeszcze wypad na Płaskowyż (Toporowice i Twardowice) i przez Rogoźnik oraz chorzowski rynek (omijając rozkopaną 913) dotarłem w domowe pielesze, gdzie ku mojej uciesze, nie było piekarni, co słońcem się karmi, bo zapomniałem odsłonić zasłony. Bardzo tym ucieszony, po ciepłym posiłku, usnąłem z wysiłku i z niedospania. Dość rymowania!

Miała być Byczyna o zmierzchu, była o świcie - też znakomicie!

Pożegnanie z gminą Rychtal

Tak było nocą - droga do Miechowej

Święty Graal odnaleziony - za trzecią próbą, z drogi totalnie niewidoczny

Nowe porządki w Byczynie

Wreszcie był czas by się tu rowerowo poszwendać

Zdziechowice

Maki pod Praszką

Gmina Rudniki pamięta o przeszłości

Boronów

Lubsza

Woźniki

Czerwcowo nad Rogoźnikiem
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/33029615
Dystans226.29 km Czas09:42 Vśrednia23.33 km/h VMAX41.13 km/h Podjazdy632 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Boże Ciało 2020, cz. 1: Klątwa Stroni
Zajechałem pociągiem do Olesna. Trasa miała być czysto śląska - zawitałem więc na rynek i dopiero z rynku ruszyłem na Bierdzany. Ruch na drogach był bożocielny, czyli żaden. Było tak nawet na krajówce w Bierdzanach. Ja jednak wbiłem w głąb Jełowej. Boleśnie przekonałem się też, że część wsi celebruje jeszcze poniemieckie bruki. Potem jechalem nudną drogą na Kup, tak nudną że źle skręciłem i dopiero po jakimś czasie odkryłem, że jadę na Świerkle. Dotarłem tu po raz pierwszy, już w epoce niewoli opolskiej. Patryk Jaki sprawił, że Świerkle stały się niedawno Opolem, minęły mnie nawet miejskie autobusy... Była droga rowerowa (częściowo w budowie), były nowe wrażenia - tak oto nuda prowadzi do niespodziewanych "wzruszeń".
W Dobrzeniu powitał mnie "karny kutas dla Chróścic" wymalowany na jednej ze ścian. W samych Chróścicach napotkałem zaś procesję, mogłem więc jechać kawałek po kwietnym dywanie, który upiększył asfalt. Dalej jechałem tradycyjnie, czyli przez Mikolin do Lewina (trzeci raz na rowerze). Potem okrążałem Brzeg drogą 458 aż do Jankowic Wielkich, podziwiając po drodze łany maków, chabrów i facelii. Przelatywały gęsto jaskółki i wypasiona szpacza młodzież. Niezmordowanie katowały swoimi pieśniami otoczenie mazurki, wróble i cierniówki. W krajobrazie raz po raz wyrastał jakiś gotycki kościół, jak to w okolicach Brzegu... Na odcinku Wierzbnik - Kolnica idyllę popsuł mi słabszy asfalt. Wilgotność w powietrzu nie odpuszczała, temperatura zaś rosła, robiła się ta niemiła zawiesinka zwiastująca ryzyko nawałnic, ale nic sobie z tego nie robiłem. Celem był zamek w Wojnowicach, Prusice i Trzebnica. W Bąkowie byłem kolejny raz na rowerze i doprawdy nie wiem czemu kolejny raz zdziwił mnie ten fatalny bruk... Korzystając z naturalnego przyhamowania wstąpiłem do wiejskiego sklepiku. A tam - olaboga - tłok jak w barze na plaży, wszyscy bez maseczek, łącznie ze sprzedawcą.
Za Wiązowem był rozjazd i postanowiłem skonsultować uaktualnioną prognozę pogody. Ten moment zmienił przebieg mojej trasy - okazało się, że na zachód i północ od Wrocławia wystąpi burzowy armagedon, no i posypały się moje marzenia o okrążeniu Breslau. Potwierdziło się też, że "Wrocław od zawsze poddaje się ostatni". Kwerenda meteo nakazywała skrócić trasę, nowym celem stała się więc Oleśnica i odkładana przez lata Stronia. Do Oleśnicy poszło gładko. Ten trzeci raz na rowerze w Oleśnicy nie dał mi szans na nowe odkrycie, z jednym wyjątkiem - ulicy Wileńskiej. To brukowe paskudztwo wiodło własnie w moim kierunku, na wschód. Schody zaczęły się więc już w Oleśnicy i trwały do Stroni (a nawet za Stronią, bo drogi strońskie są fatalne) - nawierzchnie były bowiem solidarnie koszmarne. Nie żałowałem jednak tego strońskiego zboczenia - ze względu na architekturę kościoła. Drugiego takiego w Polszcze nie ma, a ja wreszcie tutaj dotarłem! Ze Stroni planowałem do zmierzchu dotrzeć pod Byczynę. W tym celu po raz drugi nawiedziłem dwukołowcem rynek w Rychtalu i skierowałem się na Wielki Buczek licząc, że pstryknę tutejszego drewniaka w świetle dnia (do zachodu było jeszcze 1,5 h).
Pociemniało przede mną, ale za plecami miałem wielkie czerwone słońce przygotowujące się do majestatycznego zachodu. Zastanawiałem się właśnie co to za dziwna pogoda, i że to nic groźnego przede mną, bo prognozy pokazywały tu spokój. Jednak ten kolor budził we mnie pewien niepokój...
W sam raz na burzę. Piękną burzę.
Nie miękką burzę, a mocną burzę, że mam w głowie błysk od powtórzeń.
Może nawet ciut za gęsto to strobo,
ale wreszcie jakieś pokrewieństwo z pogodą.

Widok na Michałów (pow. Brzeg) - żaden malarz nie dorówna naturze. Pszenica przegrywa z makami i chabrami...

Olesno

Jełowa - wieś przodków

Maki czerwcowe

W Opolu - przez przypadek

Boże Ciało w Chróścicach

Lewin Brzeski - tutaj 4 lata temu słuchałem relacji z meczu na Euro...

Krzyż pokutny (pojednania) w Michałowie

Wierzbnik - dużo oryginalnej zabudowy, ale tylko kościół zadbany...

Kucharzowice, kolejny podbrzeski gotyk

Miechowice Oławskie - ruiny gotyku

Oława

Jelcz-Laskowice - fajnie być tu burmistrzem. Pałac - Urząd Miasta

Oleśnica

Stronia - cudny przedsionek

Smogorzów po raz drugi

Rychtal - najbardziej śląska z wielkopolskich gmin :)

Pole facelii błękitnej - taki poplon to ja lubię. Widok na kościół w Krzyżownikach (gm. Rychtal)

Sadogóra z przystanku na którym spędzę następne 7 godzin. Ta mżawka miała zaraz przejść, chciałem zdążyć na sylwetę Byczyny o zachodzie...
Mapa: https://ridewithgps.com/routes/33029271
W Dobrzeniu powitał mnie "karny kutas dla Chróścic" wymalowany na jednej ze ścian. W samych Chróścicach napotkałem zaś procesję, mogłem więc jechać kawałek po kwietnym dywanie, który upiększył asfalt. Dalej jechałem tradycyjnie, czyli przez Mikolin do Lewina (trzeci raz na rowerze). Potem okrążałem Brzeg drogą 458 aż do Jankowic Wielkich, podziwiając po drodze łany maków, chabrów i facelii. Przelatywały gęsto jaskółki i wypasiona szpacza młodzież. Niezmordowanie katowały swoimi pieśniami otoczenie mazurki, wróble i cierniówki. W krajobrazie raz po raz wyrastał jakiś gotycki kościół, jak to w okolicach Brzegu... Na odcinku Wierzbnik - Kolnica idyllę popsuł mi słabszy asfalt. Wilgotność w powietrzu nie odpuszczała, temperatura zaś rosła, robiła się ta niemiła zawiesinka zwiastująca ryzyko nawałnic, ale nic sobie z tego nie robiłem. Celem był zamek w Wojnowicach, Prusice i Trzebnica. W Bąkowie byłem kolejny raz na rowerze i doprawdy nie wiem czemu kolejny raz zdziwił mnie ten fatalny bruk... Korzystając z naturalnego przyhamowania wstąpiłem do wiejskiego sklepiku. A tam - olaboga - tłok jak w barze na plaży, wszyscy bez maseczek, łącznie ze sprzedawcą.
Za Wiązowem był rozjazd i postanowiłem skonsultować uaktualnioną prognozę pogody. Ten moment zmienił przebieg mojej trasy - okazało się, że na zachód i północ od Wrocławia wystąpi burzowy armagedon, no i posypały się moje marzenia o okrążeniu Breslau. Potwierdziło się też, że "Wrocław od zawsze poddaje się ostatni". Kwerenda meteo nakazywała skrócić trasę, nowym celem stała się więc Oleśnica i odkładana przez lata Stronia. Do Oleśnicy poszło gładko. Ten trzeci raz na rowerze w Oleśnicy nie dał mi szans na nowe odkrycie, z jednym wyjątkiem - ulicy Wileńskiej. To brukowe paskudztwo wiodło własnie w moim kierunku, na wschód. Schody zaczęły się więc już w Oleśnicy i trwały do Stroni (a nawet za Stronią, bo drogi strońskie są fatalne) - nawierzchnie były bowiem solidarnie koszmarne. Nie żałowałem jednak tego strońskiego zboczenia - ze względu na architekturę kościoła. Drugiego takiego w Polszcze nie ma, a ja wreszcie tutaj dotarłem! Ze Stroni planowałem do zmierzchu dotrzeć pod Byczynę. W tym celu po raz drugi nawiedziłem dwukołowcem rynek w Rychtalu i skierowałem się na Wielki Buczek licząc, że pstryknę tutejszego drewniaka w świetle dnia (do zachodu było jeszcze 1,5 h).
Pociemniało przede mną, ale za plecami miałem wielkie czerwone słońce przygotowujące się do majestatycznego zachodu. Zastanawiałem się właśnie co to za dziwna pogoda, i że to nic groźnego przede mną, bo prognozy pokazywały tu spokój. Jednak ten kolor budził we mnie pewien niepokój...
W sam raz na burzę. Piękną burzę.
Nie miękką burzę, a mocną burzę, że mam w głowie błysk od powtórzeń.
Może nawet ciut za gęsto to strobo,
ale wreszcie jakieś pokrewieństwo z pogodą.
No i Łona wykrakał mi burzowy armagedon.To była pogoda przez duże P. P jak przesrane. Od 20:30 utknąłem więc na przystanku w Sadogórze i miałem przesrane o tyle, że najnowsza prognoza raptownie się zmieniła i pokazywała burzową strefę zgniotu od Oleśnicy przez Kluczbork, po Byczynę, czyli dokładnie w pasie, w jakim się znalazłem. Sznury wody i wiązki błyskawic miały szaleć do 7 rano... Byłem jakieś 150 km od Chorzowa, najbliższy pociąg ruszał o 6 rano... Zdecydowałem się więc zamieszkać na przystanku. Szczęście w nieszczęściu było takie, że przystanek był wielce solidny. Miał solidne ściany, także z przodu, długą ławę i małe okienka. W dodatku w pobliżu świeciła latarnia. Dziękuje gminie Rychtal za śląsko-wielkopolską solidność w budowie przystanku. To uratowało mi tyłek. Trudno uwierzyć, ale jeszcze w Stroni myślałem sobie: "jaka szkoda, że jestem tu tak szybko, bo sporo tu solidnych miejsc na awaryjny nocleg". W Miłowicach trafiłem jeszcze czynny sklep, a w Smogorzowie nie byłem w stanie odcedzić kartofelków, bo co chwilę ktoś przejeżdżał na rowerze. Zemściło się to na mnie o tyle, że musiałem szczać w strugach deszczu, tuz obok mojego przystanku. Tak o to kończyło się dla mnie Boże Ciało AD 2020.

Widok na Michałów (pow. Brzeg) - żaden malarz nie dorówna naturze. Pszenica przegrywa z makami i chabrami...

Olesno

Jełowa - wieś przodków

Maki czerwcowe

W Opolu - przez przypadek

Boże Ciało w Chróścicach

Lewin Brzeski - tutaj 4 lata temu słuchałem relacji z meczu na Euro...

Krzyż pokutny (pojednania) w Michałowie

Wierzbnik - dużo oryginalnej zabudowy, ale tylko kościół zadbany...

Kucharzowice, kolejny podbrzeski gotyk

Miechowice Oławskie - ruiny gotyku

Oława

Jelcz-Laskowice - fajnie być tu burmistrzem. Pałac - Urząd Miasta

Oleśnica

Stronia - cudny przedsionek

Smogorzów po raz drugi

Rychtal - najbardziej śląska z wielkopolskich gmin :)

Pole facelii błękitnej - taki poplon to ja lubię. Widok na kościół w Krzyżownikach (gm. Rychtal)

Sadogóra z przystanku na którym spędzę następne 7 godzin. Ta mżawka miała zaraz przejść, chciałem zdążyć na sylwetę Byczyny o zachodzie...
Mapa: https://ridewithgps.com/routes/33029271
Dystans18.32 km Czas00:55 Vśrednia19.99 km/h Podjazdy137 m
SprzętMerida Drakar












