Dystans78.73 km Czas03:35 Vśrednia21.97 km/h Podjazdy583 m
Temp.7.0 °C SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki 1/2021
Dzień był chmurny, ale tym razem nie padało. W dodatku woda spłynęła z dróg, stopniały śniegowe złogi na poboczach. Skusiłem się więc na wizytę w Ujejscach, Podwarpiu, Przeczycach i Sączowie. Dotarłem nawet pod kopiec w Sadowiem Drugim i na Dziewiczą Górę. Droga rowerowa Sączów-Pomłynie była zasyfiona, pełna śnieżnej brei, wody i żwiru, więc jechałem zwykłą (a bydełko na mnie 2 razy trąbiło, choć droga pusta). W drodze powrotnej (od Sączowa) zmagania z przeciwnym wiatrem z południa.

Kulawy bażant w Strzemieszycach

Przeczyce w zimowej, odwilżowej scenerii

Widok z Sadowia Drugiego na Mierzęcice
Trasa:
Dzień był chmurny, ale tym razem nie padało. W dodatku woda spłynęła z dróg, stopniały śniegowe złogi na poboczach. Skusiłem się więc na wizytę w Ujejscach, Podwarpiu, Przeczycach i Sączowie. Dotarłem nawet pod kopiec w Sadowiem Drugim i na Dziewiczą Górę. Droga rowerowa Sączów-Pomłynie była zasyfiona, pełna śnieżnej brei, wody i żwiru, więc jechałem zwykłą (a bydełko na mnie 2 razy trąbiło, choć droga pusta). W drodze powrotnej (od Sączowa) zmagania z przeciwnym wiatrem z południa.

Kulawy bażant w Strzemieszycach

Przeczyce w zimowej, odwilżowej scenerii

Widok z Sadowia Drugiego na Mierzęcice
Trasa:
Dystans55.39 km Czas02:35 Vśrednia21.44 km/h Podjazdy371 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Chorzów - Jaworzno
Niewinny przejazd zamienił się w walkę o przetrwanie; w manewrowanie między jeziorami na drodze a lodem na poboczu... Ilości wody z topniejącego śniegu były doprawdy pokaźne.
Po 10 km odkąd wyruszyłem zaczęło kropić, byłem przekonany że to przelotne kropelki - żadna prognoza nie pokazywała deszczu. Byłem w błędzie, rozpętało się piekło, momentami padało dość mocno, w dodatku przejazd nad Pogorią okazał się niemożliwy. Alejkę pokrywała warstwa sprasowanego śniegu-lodu pokryta wodą. Musiałem wycofać się na Korzeniec i przez Dziewiąty dotarłem na Gołonóg. W Maczkach przemoczyło mi kompletnie buty. Moczyło mnie z góry (deszcz), z boku (balchosmordy) i z dołu (kałuże). Gdyby takie warunki dopadły mnie na wyprawie byłby skończony - w butach miałem tyle wody, że można je było wykręcać. Dobrze chociaż, że było dość ciepło.

Grodziec - jeszcze łudziłem się, że przejdzie

Koniec trasy - Velostrada, przestało padać...
Trasa: Chorzów - Pogoria - Dziewiąty - Jaworzno
Niewinny przejazd zamienił się w walkę o przetrwanie; w manewrowanie między jeziorami na drodze a lodem na poboczu... Ilości wody z topniejącego śniegu były doprawdy pokaźne.
Po 10 km odkąd wyruszyłem zaczęło kropić, byłem przekonany że to przelotne kropelki - żadna prognoza nie pokazywała deszczu. Byłem w błędzie, rozpętało się piekło, momentami padało dość mocno, w dodatku przejazd nad Pogorią okazał się niemożliwy. Alejkę pokrywała warstwa sprasowanego śniegu-lodu pokryta wodą. Musiałem wycofać się na Korzeniec i przez Dziewiąty dotarłem na Gołonóg. W Maczkach przemoczyło mi kompletnie buty. Moczyło mnie z góry (deszcz), z boku (balchosmordy) i z dołu (kałuże). Gdyby takie warunki dopadły mnie na wyprawie byłby skończony - w butach miałem tyle wody, że można je było wykręcać. Dobrze chociaż, że było dość ciepło.

Grodziec - jeszcze łudziłem się, że przejdzie

Koniec trasy - Velostrada, przestało padać...
Trasa: Chorzów - Pogoria - Dziewiąty - Jaworzno
Dystans18.09 km Czas00:57 Vśrednia19.04 km/h Podjazdy152 m
SprzętMerida Drakar
Maciejkowice + serwis
Pożegnanie z wersją fabryczną Drakara. Przejechane na w pełni oryginalnych komponentach, bez jakichkolwiek regulacji i wymian podzespołów (nawet bez zmiany klocków) 9 000 km przez niemal równo 4 lata (zakupiłem go 27.01.2017, zabrakło tygodnia). Prawdziwy czołg, w dodatku w typie T-34 :)
Świetnie sprawdziła się wygodna geometria (wysoka główka) i niezniszczalne, nieprawdopodobnie stabilne hamulce mechaniczne Tektro Novela. Znakomicie sprawił się napęd (korba Tourney kosztuje niecałe 50 zł...), obręcze i opony. To wszystko jest/było strasznie ciężkie i toporne, ale w zamian niezniszczalne i niezawodne. Kupiłem go taniej nowego (rocznik 2013 kupiłem w 2017) niż chodziły używane. Najlepszy zakup roweru w moim życiu.
Jedynie pod koniec problemy sprawiały linki (też przez 4 lata nietknięte) i zmienianie biegów na mrozie (potrafiły się zablokować klamkomanetki STEF, które też są niezniszczalne i bardzo wygodne, ale potrafią przymarzać na mrozie). Ogólnie Drakar zaprezentował poziom niezawodności Ukrainy, przy niższej wadze i większej uniwersalności. Merida pokazała, że da się stworzyć tani i bardzo solidny rower (kosztem jego wagi). Idealny na zimówkę.
Pożegnanie z wersją fabryczną Drakara. Przejechane na w pełni oryginalnych komponentach, bez jakichkolwiek regulacji i wymian podzespołów (nawet bez zmiany klocków) 9 000 km przez niemal równo 4 lata (zakupiłem go 27.01.2017, zabrakło tygodnia). Prawdziwy czołg, w dodatku w typie T-34 :)
Świetnie sprawdziła się wygodna geometria (wysoka główka) i niezniszczalne, nieprawdopodobnie stabilne hamulce mechaniczne Tektro Novela. Znakomicie sprawił się napęd (korba Tourney kosztuje niecałe 50 zł...), obręcze i opony. To wszystko jest/było strasznie ciężkie i toporne, ale w zamian niezniszczalne i niezawodne. Kupiłem go taniej nowego (rocznik 2013 kupiłem w 2017) niż chodziły używane. Najlepszy zakup roweru w moim życiu.
Jedynie pod koniec problemy sprawiały linki (też przez 4 lata nietknięte) i zmienianie biegów na mrozie (potrafiły się zablokować klamkomanetki STEF, które też są niezniszczalne i bardzo wygodne, ale potrafią przymarzać na mrozie). Ogólnie Drakar zaprezentował poziom niezawodności Ukrainy, przy niższej wadze i większej uniwersalności. Merida pokazała, że da się stworzyć tani i bardzo solidny rower (kosztem jego wagi). Idealny na zimówkę.
Dystans16.74 km Teren1.50 km Czas00:58 Vśrednia17.32 km/h Podjazdy132 m
SprzętMerida Drakar
Katowice + Park Śląski
Do dentysty, powrót przez park - główne alejki dobrze odśnieżone i zapewniające przyjemną jazdę na góralu
Do dentysty, powrót przez park - główne alejki dobrze odśnieżone i zapewniające przyjemną jazdę na góralu
Dystans108.23 km Teren5.80 km Czas06:45 Vśrednia16.03 km/h Podjazdy889 m
SprzętMerida Drakar
Rajd śnieżny, czyli zimowe Pasmo Smoleńskie
To był szalony pomysł. Zdecydowałem się skorzystać z pociągu i dotrzeć do Jaroszowca, a stamtąd przez Jurę powrócić do domu na rowerze. Niezwykłości dodawały trasie warunki. W pociągu czułem się jak zesłaniec wieziony na Sybir - sosny w okolicach Bukowna pokryte były śnieżnymi welonami, pociąg wzbudzał zadymkę, co w połączeniu z tradycyjną pustką (relacja Katowice-Kozłów) wywoływało wrażenie jazdy przez dziewicze tereny. W dodatku kierownik policzył mi za całość 5 zł (razem z rowerem), pomimo, że wsiadłem w Katowicach bez biletu. Po wysiadce w Jaroszowcu (przy stacji) okazało się, że śniegu jest około 20 cm, nawet na góralu zjazd z linii wątłej ścieżki oznaczał ugrzęźnięcie w śniegach.
Sceneria okolic Jaroszowca, Golczowic i Cieślina była bajkowa. Drogi zazwyczaj białe, ale już wyjeżdżone, idealne na górala. Wszędzie pokryte śniegiem sosny. Czasem wpadałem na zjazdach w kontrolowane poślizgi. Przed Złożeńcem wyszło słońce. Najtrudniej było podjechać pod Zegarowe Skały i odnaleźć się w nowej roli. Przypiąć raczki i ruszyć w niezmącone śniegi, na bezludne skały. Przejazd Doliną Wodącą był już lżejszy, a dalsza trasa na tyle przyjemna, że w Ryczowie zapędziłem się za daleko (jadąc na pamięć na Ogrodzieniec) i musiałem cofać, bo celem był Grochowiec.
Wejście na Grochowiec w zimowym cyklotreku okazało się przecieraniem szlaku, miejscami śniegu za kolana. Dużo miejsc zawianych. Towarzyszył mi widok na Beskidy i niestety zachmurzone już niebo. Dookoła panowała niezmącona cisza, dlatego przejazd przez Śrubarnię znów sprawił, że poczułem się jak na Syberii. Dopiero wjazd do Dąbrowy Górniczej sprawił, że proza życia wybudziła mnie z jurajskiego, zimowego snu. Pojawiły się tabuny aut, błoto pośniegowe i ludzie. Odcinek jurajski był niemal bezludny. To była udana ucieczka od górskich, feryjnych tłumów.
Z ciekawszych wrażeń: w Smoleniu-Podlesiu goniła mnie zgraja psów, w Chruszczobrodzie psy wyły tęsknie razem z sygnałami karetki, a w Rokitnie zaciekawił mnie w ogródku bałwan z toporem. Najpiękniejszym widokiem dnia był zimowy widok na Złożeniec z Zegarowych Skał. Słusznie uważam go za najładniej położoną wieś jurajską.

Na samiuśkim szczycie Zegarowych Skał. Uwielbiam te widoki.

W Smoleniu

Powrót przez Żelazko
Galeria:
Rajd śnieżny - galeria
Trasa:
To był szalony pomysł. Zdecydowałem się skorzystać z pociągu i dotrzeć do Jaroszowca, a stamtąd przez Jurę powrócić do domu na rowerze. Niezwykłości dodawały trasie warunki. W pociągu czułem się jak zesłaniec wieziony na Sybir - sosny w okolicach Bukowna pokryte były śnieżnymi welonami, pociąg wzbudzał zadymkę, co w połączeniu z tradycyjną pustką (relacja Katowice-Kozłów) wywoływało wrażenie jazdy przez dziewicze tereny. W dodatku kierownik policzył mi za całość 5 zł (razem z rowerem), pomimo, że wsiadłem w Katowicach bez biletu. Po wysiadce w Jaroszowcu (przy stacji) okazało się, że śniegu jest około 20 cm, nawet na góralu zjazd z linii wątłej ścieżki oznaczał ugrzęźnięcie w śniegach.
Sceneria okolic Jaroszowca, Golczowic i Cieślina była bajkowa. Drogi zazwyczaj białe, ale już wyjeżdżone, idealne na górala. Wszędzie pokryte śniegiem sosny. Czasem wpadałem na zjazdach w kontrolowane poślizgi. Przed Złożeńcem wyszło słońce. Najtrudniej było podjechać pod Zegarowe Skały i odnaleźć się w nowej roli. Przypiąć raczki i ruszyć w niezmącone śniegi, na bezludne skały. Przejazd Doliną Wodącą był już lżejszy, a dalsza trasa na tyle przyjemna, że w Ryczowie zapędziłem się za daleko (jadąc na pamięć na Ogrodzieniec) i musiałem cofać, bo celem był Grochowiec.
Wejście na Grochowiec w zimowym cyklotreku okazało się przecieraniem szlaku, miejscami śniegu za kolana. Dużo miejsc zawianych. Towarzyszył mi widok na Beskidy i niestety zachmurzone już niebo. Dookoła panowała niezmącona cisza, dlatego przejazd przez Śrubarnię znów sprawił, że poczułem się jak na Syberii. Dopiero wjazd do Dąbrowy Górniczej sprawił, że proza życia wybudziła mnie z jurajskiego, zimowego snu. Pojawiły się tabuny aut, błoto pośniegowe i ludzie. Odcinek jurajski był niemal bezludny. To była udana ucieczka od górskich, feryjnych tłumów.
Z ciekawszych wrażeń: w Smoleniu-Podlesiu goniła mnie zgraja psów, w Chruszczobrodzie psy wyły tęsknie razem z sygnałami karetki, a w Rokitnie zaciekawił mnie w ogródku bałwan z toporem. Najpiękniejszym widokiem dnia był zimowy widok na Złożeniec z Zegarowych Skał. Słusznie uważam go za najładniej położoną wieś jurajską.

Na samiuśkim szczycie Zegarowych Skał. Uwielbiam te widoki.

W Smoleniu

Powrót przez Żelazko
Galeria:
Rajd śnieżny - galeria
Trasa:
Dystans24.34 km Czas01:19 Vśrednia18.49 km/h Podjazdy202 m
SprzętMerida Drakar
Biblioteka Śląska + Park Śląski
Konieczny wypad do biblioteki. Wyszło trochę słońca, powrót przez park, gdzie na północ od ZOO warstwa śniegu (tzw. ślad).
Konieczny wypad do biblioteki. Wyszło trochę słońca, powrót przez park, gdzie na północ od ZOO warstwa śniegu (tzw. ślad).
Dystans54.21 km Teren7.00 km Czas03:07 Vśrednia17.39 km/h Podjazdy435 m
SprzętMerida Drakar
Kijowa Góra + Rogoźnik
Temperatura nie rozpieszczała, ale do wyboru był tylko obciachowy wypad w góry. Wybrałem więc coś trudniejszego - bezdroża Zagłębiowskich Gór Wyspowych (Góra św. Doroty, Parcina, Kijowa).
W miejscach zacienionych ziemia była zmrożona, pokryta śladem śniegu. W miejscach nasłonecznionych dominowała niestety błotnista maź. Było słonecznie, przy źródle u stóp Kijowej spory tłumek amatorów tutejszej wody. W drodze powrotnej zweryfikowałem stan prac na 913-tce: bez zmian. Dalej w Strzyżowicach szuter z błotem i światła. To była dobra trasa na Drakara, na innym rowerze byłaby nieprzejezdna.

Widok na Boboszyn i Słonkę

Błotniste pułapki Kijowej Góry. W cieniu zmrożona i śnieżna nawierzchnia, w słońcu błoto, a nawet piach.

Nad Wielonką
Trasa:
Chorzów - Grodziec - Kijowa - Strzyżowice - Rogoźnik - Chorzów
Temperatura nie rozpieszczała, ale do wyboru był tylko obciachowy wypad w góry. Wybrałem więc coś trudniejszego - bezdroża Zagłębiowskich Gór Wyspowych (Góra św. Doroty, Parcina, Kijowa).
W miejscach zacienionych ziemia była zmrożona, pokryta śladem śniegu. W miejscach nasłonecznionych dominowała niestety błotnista maź. Było słonecznie, przy źródle u stóp Kijowej spory tłumek amatorów tutejszej wody. W drodze powrotnej zweryfikowałem stan prac na 913-tce: bez zmian. Dalej w Strzyżowicach szuter z błotem i światła. To była dobra trasa na Drakara, na innym rowerze byłaby nieprzejezdna.

Widok na Boboszyn i Słonkę

Błotniste pułapki Kijowej Góry. W cieniu zmrożona i śnieżna nawierzchnia, w słońcu błoto, a nawet piach.

Nad Wielonką
Trasa:
Chorzów - Grodziec - Kijowa - Strzyżowice - Rogoźnik - Chorzów
Dystans61.75 km Czas02:57 Vśrednia20.93 km/h VMAX48.87 km/h Podjazdy491 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Jaworzno - WG - Chorzów
Gdy wyruszyłem zdziwił mnie widok dużej liczby spacerowiczów na Velostradzie. Na Wzgórzu Gołonoskim było niemal całkiem bezludnie i dopiero nieprzebrane tłumy dzieci, rodziców i dziadków nad Pogorią Trzecią uświadomiły mi, że trwają ferie zimowe. Po tym odkryciu zamiast jechać przez Park Zielona pomknąłem na Czwórkę i przez Marianki, Łagiszę i Grodziec czmychnąłem do domu. W Michałkowicach wyszło słońce skusiłem się więc jeszcze na rundkę maciejkowicką i omijając Park Śląski zameldowałem się w domu.

Widok ze Wzgórza Gołonoskiego na pochmurne Zagłębie.
Trasa: Jaworzno - WG - Pogorie - Chorzów
Gdy wyruszyłem zdziwił mnie widok dużej liczby spacerowiczów na Velostradzie. Na Wzgórzu Gołonoskim było niemal całkiem bezludnie i dopiero nieprzebrane tłumy dzieci, rodziców i dziadków nad Pogorią Trzecią uświadomiły mi, że trwają ferie zimowe. Po tym odkryciu zamiast jechać przez Park Zielona pomknąłem na Czwórkę i przez Marianki, Łagiszę i Grodziec czmychnąłem do domu. W Michałkowicach wyszło słońce skusiłem się więc jeszcze na rundkę maciejkowicką i omijając Park Śląski zameldowałem się w domu.

Widok ze Wzgórza Gołonoskiego na pochmurne Zagłębie.
Trasa: Jaworzno - WG - Pogorie - Chorzów
Dystans53.00 km Czas02:45 Vśrednia19.27 km/h Podjazdy350 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Ten ostatni raz w latach 10.
Sama trasa ciężka: potężna wilgotność, mikra widoczność (miejscami 10 metrów), 2 postoje na przejazdach, łącznie pół godziny w plecy i zmarznięte palce u stóp (puszczali po 2 składy ,w obu przypadkach, na bezczela, nie otwierając pomiędzy szlabanów). Olbrzymi ruch na drogach, zakończenie godne tego roku.
Symboliczny jest fakt, że padł mi licznik (wilgoć!) i odczyt jest szacowany...

[Grodziec]
Dla mnie lata dziesiąte zaczęły się równie źle jak skończyły: na początku lipca 2011 doznałem poważnej kontuzji (rana szyta) stawu skokowego i straciłem całe lato. W roku 2020 straciłem nie tylko piękny kwiecień (z dniami wolnymi!), ale też plany na wiosnę i lato. Historia zatoczyła więc klasyczne koło.
Słaby był też dla mnie w latach 10. rok 2013, naznaczony kupnem mieszkania i tego konsekwencjami (remont) oraz kolejny rok z kontuzją, czyli 2017, gdy po zimnej wiośnie nadeszło zimne i mokre lato na północy Polski (gdzie akurat rowerowałem), zwieńczone nagłą poprawą pogody i moją bolesną kontuzją stopy... Straciłem całą drugą połowę lata, a bawiłem się wtedy w "zalicz gminę na rowerze". Poza trzema nieparzystymi latami (2011-2013-2017) była to jednak dekada bogata i udana. W 2014 nastąpiła seria 7 lat tłustych, zakończona dopiero przeciwnościami roku 2020. Jechałem już w tym 2020 roku na oparach, czułem sakwiarskie wypalenie, tym bardziej że koronawirus skasował moje skandynawskie plany. Miałem zakończyć dekadę z przytupem, musiałem zaś ratować sezon "rajdami przygodowymi", czyli wypadami jedno lub dwudniowymi. Zamiast ostatniej poważnej wielodniowej trasy rok zdominowały rajdy ratunkowe i ratunkowa trasa wielodniowa po Korona-Francji. Tym sposobem uratowałem ten nieszczęsny rok 2020. Udało mi się to, choć w kwietniu chciałem rzucić rower na poważnie.
Zaliczyłem w 2020 r. rekordową liczbę wypadów długodystansowych, ale nie wynikało to z planów, to był skutek uboczny ograniczeń. Musiałem wymyślić sezon na nowo i po najgorszym od dekady kwietniu nastąpił lepszy maj i znakomity czerwiec. Przyciśnięcie dopiero w czerwcu sprawiło, że optymalną formę uzyskałem dopiero na początku sierpnia, ale wolne od ograniczeń lato wykorzystałem niemal na maksimum możliwości. Pascal pisał, że często nie doceniamy korzyści płynących z klęsk. Ja je doceniam - to była niepowtarzalna wiosna (wpierw uwięzienie przy cudnej pogodzie w kwietniu, następnie od końca kwietnia rajdy w dni powszednie, możliwe dzięki covidowej organizacji pracy) i jedyne takie lato, zdominowane przez krótkie wypady, bo wyprawę potraktowałem jako formę treningu, nie przygotowywałem się do niej w żaden sposób (zaliczyłem tylko jeden wypad z namiotem, w dodatku po smętnych nizinach dookoła Radomia).

[Młode śmieszki bały się latać w takiej mgle i wolały plażować nad Pogorią]
Te kończące się 7 lat tłustych zwieńczyłem 10 wyprawami wielodniowymi w 17 krajach. Ustanowiłem swoje rekordy w rocznym dystansie (2018) i rocznym przewyższeniu (2019). W 7 lat przejechałem 114 tys. km, w większości z pełnym bagażem i niemal wyłącznie na trekkingu (przynajmniej z jedną sakwą u boku). Zdobyłem w cyklotreku prawie 100 gór, od pozbawionych szlaków beskidzkich gór drugiego planu aż po alpejskie i pirenejskie trzytysięczniki. Oglądałem wschody i zachody słońca, polowałem z aparatem na koziorożce i bociany czarne. Parkowałem rower w korytach potoków, spałem na studzienkach ściekowych, piłem deszczówkę i zwiedzałem szpitale we Francji i w Toruniu. Zaliczyłem wszystkie polskie gminy, trzykrotnie objechałem Polskę dookoła i przejechałem górami z Portugalii do Polski. W Estonii brali mnie za Rosjanina, we Włoszech za Niemca, w Czechach za Słowaka i tylko w Austrii za swojaka.
Czas na przerwę, zbyt intensywna jazda na rowerze powoduje zaniedbania w innych dziedzinach. Rok 2021 nie zapowiada się zbyt optymistycznie, nie mam wobec niego żadnych oczekiwań, planuję zmiany i siłą rzeczy czasu na rower będę miał znacznie mniej niż dotąd.
Czas na sezon przejściowy.
Symboliczny jest fakt, że padł mi licznik (wilgoć!) i odczyt jest szacowany...

[Grodziec]
Dla mnie lata dziesiąte zaczęły się równie źle jak skończyły: na początku lipca 2011 doznałem poważnej kontuzji (rana szyta) stawu skokowego i straciłem całe lato. W roku 2020 straciłem nie tylko piękny kwiecień (z dniami wolnymi!), ale też plany na wiosnę i lato. Historia zatoczyła więc klasyczne koło.
Słaby był też dla mnie w latach 10. rok 2013, naznaczony kupnem mieszkania i tego konsekwencjami (remont) oraz kolejny rok z kontuzją, czyli 2017, gdy po zimnej wiośnie nadeszło zimne i mokre lato na północy Polski (gdzie akurat rowerowałem), zwieńczone nagłą poprawą pogody i moją bolesną kontuzją stopy... Straciłem całą drugą połowę lata, a bawiłem się wtedy w "zalicz gminę na rowerze". Poza trzema nieparzystymi latami (2011-2013-2017) była to jednak dekada bogata i udana. W 2014 nastąpiła seria 7 lat tłustych, zakończona dopiero przeciwnościami roku 2020. Jechałem już w tym 2020 roku na oparach, czułem sakwiarskie wypalenie, tym bardziej że koronawirus skasował moje skandynawskie plany. Miałem zakończyć dekadę z przytupem, musiałem zaś ratować sezon "rajdami przygodowymi", czyli wypadami jedno lub dwudniowymi. Zamiast ostatniej poważnej wielodniowej trasy rok zdominowały rajdy ratunkowe i ratunkowa trasa wielodniowa po Korona-Francji. Tym sposobem uratowałem ten nieszczęsny rok 2020. Udało mi się to, choć w kwietniu chciałem rzucić rower na poważnie.
Zaliczyłem w 2020 r. rekordową liczbę wypadów długodystansowych, ale nie wynikało to z planów, to był skutek uboczny ograniczeń. Musiałem wymyślić sezon na nowo i po najgorszym od dekady kwietniu nastąpił lepszy maj i znakomity czerwiec. Przyciśnięcie dopiero w czerwcu sprawiło, że optymalną formę uzyskałem dopiero na początku sierpnia, ale wolne od ograniczeń lato wykorzystałem niemal na maksimum możliwości. Pascal pisał, że często nie doceniamy korzyści płynących z klęsk. Ja je doceniam - to była niepowtarzalna wiosna (wpierw uwięzienie przy cudnej pogodzie w kwietniu, następnie od końca kwietnia rajdy w dni powszednie, możliwe dzięki covidowej organizacji pracy) i jedyne takie lato, zdominowane przez krótkie wypady, bo wyprawę potraktowałem jako formę treningu, nie przygotowywałem się do niej w żaden sposób (zaliczyłem tylko jeden wypad z namiotem, w dodatku po smętnych nizinach dookoła Radomia).

[Młode śmieszki bały się latać w takiej mgle i wolały plażować nad Pogorią]
Te kończące się 7 lat tłustych zwieńczyłem 10 wyprawami wielodniowymi w 17 krajach. Ustanowiłem swoje rekordy w rocznym dystansie (2018) i rocznym przewyższeniu (2019). W 7 lat przejechałem 114 tys. km, w większości z pełnym bagażem i niemal wyłącznie na trekkingu (przynajmniej z jedną sakwą u boku). Zdobyłem w cyklotreku prawie 100 gór, od pozbawionych szlaków beskidzkich gór drugiego planu aż po alpejskie i pirenejskie trzytysięczniki. Oglądałem wschody i zachody słońca, polowałem z aparatem na koziorożce i bociany czarne. Parkowałem rower w korytach potoków, spałem na studzienkach ściekowych, piłem deszczówkę i zwiedzałem szpitale we Francji i w Toruniu. Zaliczyłem wszystkie polskie gminy, trzykrotnie objechałem Polskę dookoła i przejechałem górami z Portugalii do Polski. W Estonii brali mnie za Rosjanina, we Włoszech za Niemca, w Czechach za Słowaka i tylko w Austrii za swojaka.
Czas na przerwę, zbyt intensywna jazda na rowerze powoduje zaniedbania w innych dziedzinach. Rok 2021 nie zapowiada się zbyt optymistycznie, nie mam wobec niego żadnych oczekiwań, planuję zmiany i siłą rzeczy czasu na rower będę miał znacznie mniej niż dotąd.
Czas na sezon przejściowy.
Dystans67.75 km Czas03:37 Vśrednia18.73 km/h VMAX57.08 km/h Podjazdy593 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki (16/2020)
Ostatni raz na Płaskowyżu w latach 10. XXI wieku. Tym razem nad Rogoźnikiem pustawo, na Równej Górze dużo błota, ale też pusto. Wiatr zimny i silny - na północ, pojechałem więc do Toporowic. Ostatni podjazd na Dziewiczą już ciężki, efekt 2 miesięcy bez regularnego jeżdżenia. W zasadzie ledwo dojechałem do domu - przewyższenie dające mocno w kość, jak na okoliczności grudniowe.

Równa Góra

Ostatni raz w 2020 r. nad Rogo

Krystaliczne powietrze, bez śladów smogu

Wiatr poprawiał dotlenienie

Nowość na Dziewiczej - słupek Camino (wreszcie można postawić rower, gracias!)
Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Równa Góra - Wał Brzękowice - Toporowice - Najdziszów - Myszkowice - Dziewicza Góra - Sączów - Chorzów
Ostatni raz na Płaskowyżu w latach 10. XXI wieku. Tym razem nad Rogoźnikiem pustawo, na Równej Górze dużo błota, ale też pusto. Wiatr zimny i silny - na północ, pojechałem więc do Toporowic. Ostatni podjazd na Dziewiczą już ciężki, efekt 2 miesięcy bez regularnego jeżdżenia. W zasadzie ledwo dojechałem do domu - przewyższenie dające mocno w kość, jak na okoliczności grudniowe.

Równa Góra

Ostatni raz w 2020 r. nad Rogo

Krystaliczne powietrze, bez śladów smogu

Wiatr poprawiał dotlenienie

Nowość na Dziewiczej - słupek Camino (wreszcie można postawić rower, gracias!)
Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Równa Góra - Wał Brzękowice - Toporowice - Najdziszów - Myszkowice - Dziewicza Góra - Sączów - Chorzów











