Dystans23.77 km Czas01:05 Vśrednia21.94 km/h Podjazdy207 m
Park Śląski

2 konferencje jednego dnia plus zakupy dla rodziców. Czasu na rower starczyło na niecałe 3 pętle po parku. Od wtorku miał się zacząć pogodowy armageddon.
Dystans38.27 km Czas01:49 Vśrednia21.07 km/h Podjazdy293 m
Dobieszowice

W niedzielę mój plan dnia był napięty jak bielizna na Bartoszu Węglarczyku. Wstałem późno (po sobotnim rajdzie), ale doświadczenie uczyło by zrobić rozruch. Pomimo silnego wiatru wybrałem się więc na północ. Połowa trasy była więc ciężka, ale druga połówka zadziwiająco lekka (z wiatrem).
Dystans241.38 km Czas11:02 Vśrednia21.88 km/h VMAX58.23 km/h Podjazdy1513 m
Fajna Ryba po ariańsku
Kategoria >200 km

Tytuł brzmi nieźle, prawda? To efekt mariażu dwóch pomysłów: dawno planowanego cyklotreku na Fajnej Rybie i lektury książki "Ariańskim szlakiem" Haliny Machul. Sama nazwa Fajna Ryba jest typowym dla XIX wieku przekręceniem lokalnej nazwy przez kartografów. Okolice wzgórza należały wówczas do przedborskiego Żyda o nazwisku Wajnryb. Na pytanie co to za góra, miejscowi odrzekli: Wajnryba. W ten oto sposób z góry Wajnryba zrobiła się Fajna Ryba; przyrządziłem ją więc po ariańsku i skonsumowałem na rowerze. Tyle tytułem wstępu. 

Dlaczego po ariańsku? Lektura przewodnika po ariańskich zabytkach uświadomiła mi, że nigdy nie byłem w Gryszczynie, przy tamtejszych tajemniczych ruinach świątyni. Planując trasę odkryłem też, że nie nawiedziłem kopców upamiętniających uczestników bitwy pod Szczekocinami, która rozegrała się pod Wywłą (tak jak bitwa grunwaldzka pod Stębarkiem itd). Miałem więc zarys trasy, wystarczyło ten zarys uzupełnić o szkołę ariańską w Moskorzewie (gdzie byłem tylko raz na rowerze i to krajówką) i zbór ariański w Ludyni (tam też już zajechałem dwukołowcem, ale spiesząc się na pociąg do Włoszczowy nie próbowałem uwiecznić). Pora wczesna, ciemno szybko, pomyślałem więc o wykorzystaniu pociągu PolRegio relacji Łódź - Częstochowa. Przepis był gotowy, trzeba było zabrać się do gotowania. 

 Lekko wcale nie było: musiałem trzymać tempo a wyruszyłem dość późno. Obawy o przemarznięcie były bezpodstawne: i tak przemarzłem, w letnich butach z siatką -0,4 stopnia to już spora trauma. Lodownia spowodowała, że pierwszy postój zrobiłem dopiero przed Złożeńcem. Niezwykły był jednak zapach mrożonego czosnku niedźwiedziego w Parku Zielona w Dąbrowie. Wiatr był silny i kiedy tylko zamieniał się w boczny lub przeciwny (odcinki krótkie, ale bolesne) to na otwartej przestrzeni było bardzo niefajnie. Bardzo spokojnie jechało mi się natomiast przez Wierzbicę, Dobraków i Otolę - muszę tu jeździć częściej. W Małoszycach zaskoczyła mnie duża liczba drewnianych domów z bali. Zobaczyłem też pierwsze pliszki siwe, a nad Pilicą między Dąbrowicą a Obiechowem było tłumnie od czajek. Dojazd pod ruinki w Gruszczynie wiódł drogą-piaskownicą i tutaj znakomicie zdały egzamin moje tanie opony Schwalbe Land Cruiser. Jeszcze nigdy nie dałem rady przejechać takiego odcinka piachu na trekkingu. Zrobiło to na mnie wrażenie - na maratonkach byłoby prawie 500 metrów prowadzenia roweru... Od Gruszczyna po Przedbórz zmagałem się z silnym, porywistym wiatrem. Dotarłem wtedy do Żeleźnicy, czyli wsi gdzie Kazimierz Wielki połamał nogę uganiając się za jeleniem. Ten incydent przyczynił się do rychłej śmierci króla i zakończenia panowania Piastów na tronie polskim. 

Finalnie dotarłem też do stóp mego celu - Fajnej Ryby. Na podejściu z Gór Suchych podejście bardzo strome (ok. 50% nachylenia), ale krótkie. Na grzbiecie okazało się, że idealna ścieżka, niemal droga gruntowa, pokryta igliwiem. Gdybym wiedział (spodziewałem się piachu) - wjechałbym rowerem. Zaliczyłem jednak cyklotrek. Po powrocie na rower i wizycie w przedborskiej Biedronce musiałem dalej zmagać się z przeciwnym wiatrem. Byłem jednak spokojny - miałem spory zapas czasu do pociągu. Nigdy jednak nie należy lekceważyć przeciwnika. Z własnej winy pogubiłem się więc i odkryłem to we wsi Ochotnik. Trochę trwało zanim złapałem orientację, chwilę potem zaczęło kropić i znów straciłem sporo czasu na przebieranki przystankowe. Zamiast spokojnej jazdy miałem więc nerwową końcówkę i na stację w Gorzkowicach przybyłem zaledwie 12 minut przed pociągiem. W Zawierciu dowiedziałem się, że pociąg pojedzie przez Sosnowiec Pd z powodu samobójcy na torach, ale uprzątnięto zwłoki na czas i jechaliśmy standardowo przez Sikorkę, Ząbkowice i Będzin Miasto. Ot, życie. Uczciłem 11 rocznicę katastrofy smoleńskiej, ale chodziło mi o uczczenie 500. rocznicy frajerskiej śmierci Ferdynanda Magellana. Rocznica przypadała 7 kwietnia, ale mogłem ją uświetnić jedynie z opóźnieniem. Pociąg - na szczęście - przyjechał do Chorzowa zgodnie z rozkładem. 

Gruszczyn - ruiny świątyni, niegdyś ariańskiej

Żeleźnica, zwana kiedyś Żelaznymi Drogami (pewnie od rudy żelaza) - tu połamał nogę i złapał gangrenę Kazimierz III Wielki...

Stromę podejście na Fajna Rybkę

Przedbórz widziany z Korytna


Więcej zdjęć tutaj: Galeria rajdu

Trasa:


Dystans39.29 km Czas01:55 Vśrednia20.50 km/h Podjazdy351 m
SprzętMerida Drakar
Wigilia 500. rocznicy śmierci Magellana

7 kwietnia przypadała 500. rocznica śmierci Magellana, ale ja nie miałem nawet czasu by choćby symbolicznie pójść na rower. Pogoda też nie zachęcała. Cały zapas samobiczowania zużyłem bowiem dzień wcześniej - właśnie w ten pamiętny wtorek. Najdziwniej spędzony dzień wolny w życiu. Łącznie 8 godzin uganiania się za formalnościami. Wpierw w prokuraturze za zgodą na pochówek, potem w przychodni za kartą zgonu, następnie w USC za aktem zgonu. Wszędzie tam kolejki, sekretariaty, rejestracje itd. Na koniec jeszcze prawie godzinny pobyt w zakładzie pogrzebowym. Wszystko wzbogacone gorącą linią telefoniczną, śniegiem o poranku, lodowatym wiatrem. Rzecz działa się w dwóch miastach, przemieszczać musiałem się zgodnie z kolejnością urzędową, czyli jak ping-pong... 

Nie miałem czasu ani ochoty by uwiecznić ośnieżone drzewa w parku, gdy rano jechałem do prokuratury w Siemianowicach...
Dystans193.66 km Czas09:06 Vśrednia21.28 km/h Podjazdy1186 m
Rajd III Powstania, czyli spotkanie z adrenaliną
Kategoria >100 km

Dość dramatyczny w przebiegu rajd, który miał docelowo uczcić 100. rocznicę III powstania śląskiego. Powstania, które dziś określa się po prostu wojna hybrydową polsko-niemiecką. Warunki były ciężkie, silny, porywisty wiatr. Ciężka sytuacja w domu, rodzice zarażeni covidem, konieczność spędzenia całego kolejnego dnia na załatwianiu formalności z pochówkiem cioci. Wszystko to skłoniło mnie do wyrypy, musiałem odreagować. Nie zacząłem nawet szczególnie wcześnie, ale za to bardzo mocno. Jechałem bardzo mocnym tempem i po chwili byłem w Pyskowicach. Pierwszą przerwę zrobiłem jednak dopiero na Górze św. Anny, przy Muzeum Powstańczym. 

Z Góry św. Anny zdecydowałem się jechać z wiatrem na Krasiejów i zakończyć wycieczkę w Oleśnie. W Oleśnie straciłem sporo czasu, bo wiedziałem że mam jeszcze czas do pociągu. Gdy więc dotarłem w końcu na peron zdziwiło mnie, że pociągu nie ma. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że jest poniedziałek wielkanocny i najbliższy pociąg przyjedzie za 3 godziny. Wiatr nie pozostawiał mi wybory: albo ruszę dalej na północ by złapać pociąg z Wielunia, albo utknę w świątecznym Oleśnie na resztę życia, czyli na 3 godziny...

Wybrałem rzecz jasna szalony rajd w kierunku Wielunia. Mój rajd powstańczy stracił więc swój śląski charakter, ale zyskał dawkę adrenaliny. Żeby zdążyć musiałem trzymać niezłe tempo.  Na ostatniej prostej, już w Dzietrznikach dopadł mnie potężny żywioł - oberwanie chmury z potężnym huraganem. W jądro niżu jedzie się bardzo fajnie, pod warunkiem wszakże, że nas to jądro nie wciągnie. Mnie zaczęło już wsysać. Resztką sił zwalczyłem żywioł i chwilę po tym jak dotarłem pod wiatę przystanku kolejowego wtoczył się pociąg do Tarnowskich Gór.

Myślałem, że to już koniec przygód. Nie mogłem się bardziej mylić. Na kolejny pociąg (przesiadłem się w TG) relacji Tarnowskie Góry - Katowice zwaliła się trakcja z czterema słupami. Za 2 minuty miałem wysiadać i byłem już w przedsionku. Słup zatrzymał się 20 cm od szyby i mojej głowy... Jeden ze słupów zwalił się prosto na kabinę maszynisty i o mało nie wybił okna z przodu pociągu. Było ok. 19:30. Z pociągu wyszedłem - po drabinach (rower wynieśli strażacy) - po godz. 22:30. W domu byłem tuż przed 23. Ostatni odcinek (2,5 km) zajął mi więc 3,5 h. I po co ja się tak spieszyłem na ten pociąg? Życie tworzy najbardziej poryte historie. Załapałem się nawet na zdjęcie w Dzienniku Zachodnim. Szkoda, że nie umieścili fotki jak strażacy transportowali mój rower drabinami po skarpie. Pociągi na linii Katowice-Bytom były wstrzymane przez 2 dni... 

Pyskowice

Aleja z Leśnicy na Anaberg

Muzeum na Górze Św. Anny

Rekonstrukcja wozu Korfanty

Pomnik na Anabergu

Krasiejów

Piękna tablica

Olesno - miałem tu zakończyć, ale okazało się że tego dnia pociąg nie kursuje...

Ławka niepodległości niczym ojczyzna: brudna i bez sensu

DDR Olesno - Gorzów, czyli spiesząc na pociąg z Wielunia

Praszka

Nad Wartą w pobliżu Kępowizny

Zawalenie się 4 słupów trakcji na pociąg tuż przed metą, na przystanku Chorzów Miasto. 

Mój pociąg - gdyby poszło na szybę maszynisty byłoby nieciekawie

Ja w trakcie ewakuacji - reporter stwierdził, że rower będzie wyglądał dramatycznie...

Trasa:

Dystans88.83 km Czas04:11 Vśrednia21.23 km/h VMAX49.95 km/h Podjazdy892 m
Płaskowyż Twardowicki 14/2021
Kategoria blisko domu

Smutna i nietypowa Wielkanoc. Wpierw jeździłem po "Cwajce" by znaleźć czynna aptekę i zakupić rodzicom czopki obniżające trawiącą ich gorączkę (covid19). Zeszłoroczny koronakwiecień spędzony w domu na zakazie został więc szybko przebity przez tegoroczny, prawdziwie tragiczny i covidowy. Po wypełnieniu zadania (a rano było naprawdę nieprzyjemnie) pojechałem na Górę św. Doroty i dalej na Płaskowyż w tradycyjnym, mocnym zestawieniu: Brzękowice-Wał, Goląsza Górna, Najdziszów, Dziewicza. Było zimno, dzięki czemu była dobra widoczność.  

Zamek w Będzinie widziany z GSD

Widok z kuesty triasowej Płaskowyżu

Trasa: Chorzów - GSD - Góra Siewierska - Goląsza Górna - Najdziszów - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza - Chorzów
Dystans27.88 km Czas01:19 Vśrednia21.17 km/h Podjazdy289 m
Formalności + Park Śląski

Wizyta w przychodni (Maciejkowice) i półtorej rundy po parku (tylko tyle, bo ludzi chmara)
Dystans106.87 km Czas04:51 Vśrednia22.04 km/h VMAX52.10 km/h Podjazdy723 m
Dookoła zbiornika Świerklaniec
Kategoria >100 km

  Wypad w Lasy Lublinieckie by wykorzystać ciepły i bezdeszczowy dzień oraz rozprostować kości o najdłuższym wypadzie w sezonie (dzień wcześniej). Było niestety pochmurnie, zdecydowałem się więc na okolice lesiste. Wpierw była pierwsza w sezonie wizyta w Piekarach, potem przez Bibielę jechałem lasami do Cynkowa. Powód był oczywisty: dotlenienie. Z Cynkowa przez Zendek i Sączów. Potem wybrałem zwrot na Płaskowyż. Zaliczyłem podjazd na Dziewiczą Górę i Górę Siewierską i dopiero stamtąd - przez Rogoźnik - zjechałem do bazy. 
Jechało mi się bardzo dobrze. Opony Land Cruiser z wyraźnym bieżnikiem świetnie spisują się na gruntach i szutrach. Tempo było dobre do tego stopnia, że od Strąkowa wróciłem do tempa typowo treningowego. Nie bez znaczenia był jednak fakt, że jechałem bez sakwy...

Świerklaniec w prima aprilis

Miasteczko Śląskie - Bibiela

Dziewicza Góra

Trasa:


Dystans228.26 km Czas10:19 Vśrednia22.13 km/h VMAX43.75 km/h Podjazdy970 m
Temp.25.8 °C SprzętFocus Arriba 4.0
Linia Stradoviusa, czyli rocznicowy rajd plebiscytowy
Kategoria >200 km

Słońce błyśnie między wschodem a zachodem
Mimochodem obrysuje miasto chmur.
Jednych dziegciem dzień nakarmi, innych miodem,
Temu głowę wzniesie, temu napnie sznur.
[...]
Nic już więcej z tego rymu nie wywiodę,
Mimochodem układając cierpką pieśń.
Pocieszenie tylko dodam na osłodę,
Że w niej drzemie mimochodem ważka treść:

Chwila światła między wschodem a zachodem
Wobec której trudno tak po prostu przejść

Mimochodem, mimochodem
Trudno tak po prostu przejść.

[Jacek Kaczmarski, Piosenka napisana mimochodem]

RIP - * pamięci cioci Teresy, która nie doczekała już świtu 31 marca 2021 r. 
-------------------------------------------------------------------------------

100 lat i kilka dni wcześniej, kilka dni po plebiscycie (20.03.1921) Wojciech Korfanty wytyczył tzw. linię Korfantego. Domagał się przyłączenia do Polski ziem leżących na wschód od tej linii. Nie zamierzałem jechać literalnie wzdłuż linii Korfantego, ale chciałem częściowo do niej nawiązać. Kilka dni wcześniej przypadała przecież 100. rocznica plebiscytu na Górnym Śląsku. Moja trasa wiodła wyłącznie przez miejscowości które nie chciały Polski...

Miałem nieprzespaną noc, nie miałem więc problemu by zdążyć na poranny pociąg do Raciborza. To był już mój drugi raz w tym roku, drugie powitanie dnia w Raciborzu. Mgły nad Odrą były gęste i imponujące, ale w samym mieście było dość ciepło. Tym razem jedynym dyskomfortem były pola mgieł nad Cyną oraz niespodziewany remont drogi z Kornic do Makowa. Remont przyniósł korzyści, które płyną z przeciwnych okoliczności, czyli zapoznał mnie z malowniczą drogą na Tłustomosty (3,5% głosów za Polską) o częściowo gruntowej nawierzchni. Dzięki uegzotycznieniu trasy mój cel z pewnością nie ucierpiał. Chciałem dotrzeć do jak największej liczby miejscowości w których jeszcze nie byłem i przejechać drogami, którymi jeszcze nie jechałem. Musiałem jednak uczcić antypolski Baborów, gdzie za Polską głosowało zaledwie 0,9% mieszkańców! (rekord na mojej trasie)

Z racji dnia powszedniego ruch na drogach krajowych był znaczny. Przejazd fragmentem wąskiej drogi nr 38 był bardzo mało przyjemny, pomimo znakomitej nawierzchni. W okolicach Głogówka dawała o sobie znać śląska gospodarność i totalitaryzm pracy. Każda piędź ziemi zagospodarowana, zadbane gospodarstwa i mnóstwo maszyn rolniczych na polach i drogach. W zasadzie od tego miejsca aż po Kopice nieustannie ścigałem się z traktorami. W takim Gościęcinie za Polską głosowało 2% mieszkańców, o połowę mniej niż w arcyniemieckim Kreuzburgu/Kluczborku! Na tym tle Głogówek ze swoim odsetkiem głosów za Polską jest lokalnym centrum polskiego nacjonalizmu (4% głosów). Najbardziej propolską wsią przez jaką przejeżdżałem na odcinku Racibórz-Głogówek był 100 lat temu Gross Nimsdorf (27%), za karę zwany dziś Naczęsławicami.

Widoczne i słyszalne były ptaki: potrzeszcze, szpaki, rudziki. Widziałem też pierwszego bociana, pokląskwę i kilka kląskawek. Wciąż mnie to zadziwia, kiedyś zaobserwowanie kląskawki to było wydarzenie, dziś, szczególnie na Śląsku Opolskim to pestka.

Ja ścigałem się z kolejnymi traktorami i podziwiałem rozpoczynające kwitnienie forsycję, narcyzy po ogródkach i kępy ziarnopłonów na poboczu. Przed Białą dotarłem do granicy obszaru plebiscytowego. W niepozornej wsi Solec/Altzülz zachował się oryginalny kamień plebiscytowy, za polską głosowało tu 13% mieszkańców, czyli więcej niż w podgłogóweckim Głogowcu, rodzinnej wsi mojego pradziadka. Miasto Biała/Zülz nie znalazło się już na obszarze plebiscytowym, choć znajdowało się przecież na Górnym Śląsku. Za Białą musiałem po raz wtóry zmodyfikować misternie zaplanowaną trasę: droga wyglądająca na asfalt (Śmicz-Pleśnica) okazała się gruntopiachem na który nie miałem ochoty. Po raz drugi w życiu dotarłem więc do Ścinawy Małej. Złym pomysłem było zahaczenie o Przydroże Małe; pałac okazał się bowiem całkowicie niedostępny. Najwięcej pozytywnych przeżyć dostarczyła mi zabudowa Jasienicy Dolnej. Dotarłem tu po raz pierwszy i nie potrafię wyjść z podziwu. Nie potrafię sobie wyobrazić jakie wrażenie musiała robić ta wieś na sowieckich sołdatach... Niestety potem musiałem kawałek przejechać krajówką nr 46, to był horror... 

Zwrot akcji nastąpił w Kopicach. Nieprzespana noc dała o sobie znać w pełni gdy rozłożyłem się u stóp stawu w Kopicach. Niewyspanie, ciepło (26 stopni w słońcu) i uparta jazda na największym blacie (za duże tempo) - wszystko to razem sprawiło, że ogarnęła mnie silna senność. Zamiast jechać więc na Grodków i Brzeg postanowiłem zakończyć w Opolu. Trasa zyskała na zbliżeniu do przebiegu plebiscytu, Brzeg nie wchodził przecież w skład G. Śląska. Nie opuściłem więc ani chwilę granic rejencji opolskiej, nie wykroczyłem poza mityczny Oberschlesien. Ponownie w obszar plebiscytowy wjechałem zaś we wsi Żelazna. Droga nr 359 biegnąca przez Narok okazała się zaskakująco spokojna. Kolejna wieś - Sławice - o mało nie zniszczyła myśli przewodniej mojej trasy. Padły w niej zaledwie 2 głosy więcej na Niemcy/Deutschland niż na Polskę. Na zachód od stolicy Górnego Śląska - Oppeln! Skandal! Minimalnie, ale jednak wygrały tu Niemcy, dzięki czemu na trasie o długości 200 km nie znalazła się ani jedna miejscowość, która chciałaby być 100 lat temu w Polsce. Mój rajd antypolski mogę więc uznać za spójny historycznie. W przeciwieństwie do Korfantego niczego moją linią nie wyznaczałem, oprócz przygody rzecz jasna.  

Najbardziej polską miejscowością na mojej trasie - oprócz Sławic - był 100 lat temu Mionów/Polnisch Müllmen (między Głogówkiem a Białą), gdzie lokalsi wzięli sobie do serca pierwszy człon nazwy i aż 45% z nich głosowało za Polską. Pierwotnie wieś nazywała się Miłowaniem, nie zdołałem zapytać lokalsów czy dalej Polskę miłują, ale obecna była podwójna nazwa miejscowości z Polnisch Müllmen - więc chyba nie... 

Z Pietrowic Wielkich na Tłustomosty

Kamień plebiscytowy w Solcu pod Białą

Śmicz - lista poległych w Wielkiej Wojnie. Pokaźna jak listy we francuskich wioskach...
Chróścik w Chróścinie - tak niewiele trzeba by nadać tożsamość skrzyżowaniu

II wojna też zostawiła ślady po sobie... Jeszcze boleśniejsze na miejscowych cmentarzach (daty śmierci styczeń-luty 1945).

Galeria rajdu

Trasa:
Do trasy trzeba doliczyć dojazd na dworzec w Kato i powrót rowerem z Gliwic. 

Dystans31.14 km Czas01:23 Vśrednia22.51 km/h VMAX45.24 km/h Podjazdy266 m
Sklepy + Park Śląski
Kategoria trening

Zawrotne tempo jak na aktywność związane ze ściganiem się z gościem na elektryku na parkowej pętli. Wygrałem! Odpadał na zjazdach.