Dystans109.18 km Czas06:02 Vśrednia18.10 km/h VMAX54.80 km/h Podjazdy1246 m
Kaszuby Środkowe, czyli z Kościerzyny do Wejherowa

Zaczęło się od deszczu w Kościerzynie i wizycie w cukierni. Potem, w towarzystwie wiatru, chmur i czasem mżawki jechaliśmy na północ. Było zwiedzanie dworu w Sikorzynie, był smaczny i tani obiad w Strzepczu (wspaniałe frytki!) Były momentami kiepskie płytowe drogi, ale tez słoneczny finał w Wejherowie.

Kościerzyna

Dwór Wybickich (tych Wybickich) w Sikorzynie

Zjazd z Wieżycy

Widok na jezioro Brodno Małe

Kaszuby od kuchni

Finał w Wejherowie

Trasa: Gdynia - PKP - Kościerzyna - Wieżyca - Chmielno - Strzepcz - Wejherowo - SKM - Orłowo - Karwiny
(powrót i dojazd rowerami)

Dystans185.21 km Czas09:55 Vśrednia18.68 km/h Podjazdy1446 m
Na Gdynię, dzień 3
Kategoria Pomorskie 2021, >100 km

Liczyłem, że trzeci dzień będzie lżejszy, że aura trochę odpuści. Do popołudnia było faktycznie lżej, zachmurzenie przygnębiające i wiatr przeciwny, ale tylko nędzne 5 m/s (uśrednione). Ponadto gdy wstałem już nie padało. Gdy zwinąłem więc mokry tropik mój los powinien się poprawić. Pesymizm budziła okoliczność, że wybrawszy ten wariant trasy musiałem przejechać przez Chojnice, a przecież już dawno temu ukułem powiedzenie rowerzysty: "kradnij, zabijaj, ale Chujnice omijaj". W zasadzie miałem na myśli powiat cho(u)jnicki, wyjątkowo nieprzyjazny rowerzystom. Wybrałem drogę wojewódzką nr 235 na Brusy i był to kiepski wybór. Miałem jednak świadomość, że wszystkie wybory były złe. Wzdłuż drogi na długich odcinkach wiódł "trakt" rowerowy, który w kluczowych momentach przemieniał się w łachy piachu o imponującej miąższości. Kilka razy musiałem odkopywać rower, co szczególnie irytowało na zjazdach, bo trasa była momentami całkiem interwałowa i biegła po morenach. Ironią losu był fakt, że pierwszy dłuższy postój zrobiłem sobie pod wiatą w miejscowości Męcikał. Była tu też oczyszczalnia ścieków "Męcikał". Za Brusami pseudodroga rowerowa zanikła i trzeba było się użerać z "dynamicznym" stylem jazdy miejscowych patokierowców. Z drogą 235 pożegnałem się dopiero w Lipuskiej Hucie i zrobiłem to ze sporą ulgą. 

Cały czas było chmurno i ciemnawo. W Lipuszu mijałem młyn wodny i była to jedna z większych atrakcji dnia... Odcinek do Sulęczyna wiódł przynajmniej przez lasy i nie padało. Od Klukowej Huty zaczęło mżyć. Szybko mżawka przeszła w upierdliwy, gęsty deszcz, który ograniczał widoczność i narażał mnie na ciągłe ochlapywanie przez miejscowych rajdowców. Kierowców-szurów w Pomorskiem nie brakuje, ale na drodze 228 panuje prawdziwa epidemia "polskiego stylu jazdy". Ta jednostka choroba rozkwitała w tych trudnych warunkach. Różnica w kulturze jazdy między Śląskim a Pomorskim jest zauważalna gołym okiem. Jest wręcz szokująca. Pozostaje mi współczuć rowerzystom z okolic Gdańska. Niebezpiecznej jest chyba tylko na wąskich drogach wojewódzkich Mazowsza. Mazowsze to jednak odwieczna czarna dziura, środek obwarzanka, śródziemie nicości. Tutaj spodziewałem się śladów cywilizacji - całkowicie bezpodstawnie. Zrozumiałem jednak dlaczego tylu polityków z Gdańska zrobiło kariery w Warszawce. 

Nie uważam, że przesadzam. Spędziłem w Pomorskiem 2 tygodnie i wielokrotnie bałem się o życie na drodze. W rejonie Trójmiasta trudno znaleźć jest spokojne drogi. Sieć drogowa jest generalnie niedorozwinięta a drogi niebywale obciążone blachosmrodami. Takie wrażenia miałem też podczas wcześniejszych wizyt, tym razem przez 2 tygodnie pobytu miałem czas by stwierdzić, że wrażenia są słuszne. Z Kartuz jechałem przez Przodkowo, było o tyle lepiej że padało słabiej. Bałem się jechać przez Żukowo, takiego natężenia bandytów drogowych dłużej bym nie zniósł. Spokojniej zrobiło się w rejonie Gdańska Osowej, ale już droga do Chwaszczna, mimo pory była absurdalnie ruchliwa. Liczyłem, że skrócę sobie drogę i pojadę od razu na Gdynię Wielki Kack, ale okazało się że lokalne drogi są w dramatycznym stanie i przypominają poradzieckie płytówki na Łotwie. Potem okazało się, że jedyna droga wiodąca stąd do Gdyni, krajowa 20, jest w całości remontowana i rozkopana... Miałem już wszystkiego serdecznie dość. Eksplorowałem więc Gdynię Dąbrowę po resztkach zmasakrowanych dróg rowerowych. Ostatecznie z wielką ulga dotarłem na Karwiny. Nazajutrz odkryłem, że jedyną możliwością wyjazdu rowerem z Karwin jest... jazda na Orłowo. Wszystkie inne trasy groziły śmiercią, kalectwem lub zniszczeniem roweru...

Dotarłem na miejsce zniesmaczony i zniechęcony. W najciekawszym pejzażowo fragmencie trasy padało, padało przez 3,5 h. Okazało się dzień drugi wcale nie był najgorszy na tej trasie...

Wałdowo, kościół z 1621 roku.

Chojnice

Wzdłuż drogi wojewódzkiej 235 po tzw. drodze rowerowej, w miejscu gdzie akurat - przypadkiem - drogę rowerową przypominała

Nazwa mówi wszystko

Krajobraz przed Lipuszem

Warunki coraz gorsze na drodze nr 228

Okolice Brodnicy i jeziora Brodno Wielkie

Kartuzy

Rzadka rzecz, czyli ddr gdzieś pod Rębiechowem

Realia dojazdu rowerem do Gdyni...


Dystans136.15 km Czas08:06 Vśrednia16.81 km/h Podjazdy727 m
Na Gdynię, dzień 2
Kategoria Pomorskie 2021, >100 km

Drugi dzień podróży to były antypody dnia pierwszego. Początki złego były jednak stereotypowo dobre i obiecujące. Obudziłem się u stóp moich dębów, pola tryskały jeszcze zielenią a ptaki śpiewem. Na niebie niepokoiły ławice chmur, ale wschód był piękny. Ruszyłem więc raźnie w polodowcowy pejzaż. Było bardzo ładnie, szczególnie w miarę zbliżania się do Lednickiego Parku Krajobrazowego. Szczególnie ujął mnie pejzaż okolic wsi Żydówko. W przyjemnych okolicznościach przyrody dotarłem więc do Kłecka. Miasteczko było wyludnione, pojechałem więc dalej, na lubiany przeze mnie Janowiec Wielkopolski, który ujął mnie zimą 2018 roku. Tym razem było zupełnie inaczej, rynek tonął w zieleni a w rzece Wełnie niemal nie było wody. Fajną cechą tego miasteczka jest położenie: leży idealnie na środku nigdzie, takie położenie generuje zaś spokój na drogach. 

Dalsza moja droga biegła równie spokojnie. Dotarłem nawet do podupadłej osady przemysłowej o nazwie Wapno. Z opisów dowiedziałem się, że pod wsią zalega wysad solny przykryty czapą gipsową. Znajduje się tu nieczynna głębinowa kopalnia soli kamiennej (zbudowana w latach 1911–1917), która została zalana w sierpniu 1977 roku przez wody podziemne w wyniku efektownej katastrofy górniczej. W czasie katastrofy zapadło się kilkanaście budynków mieszkalnych (w tym bloki). To wszystko widać, wieś ma w centrum sporą nieczynną stację kolejową, jest też zaniedbany park, którego czasy świetności przypadły zapewne na pocz. lat 70. Ogólnie miejscowość sprawia wrażenie jakby nie otrząsnęła się z tej katastrofy i zatrzymała w rozwoju. A mieszkańców jest sporo - 1700. Pomyśleć, że wjeżdżając tu nie miałem o tym wszystkim pojęcia. A trafiłem tu przecież przypadkiem - była to najprostsza/najkrótsza droga na Kcynię. 

Prognozy wyglądały bardzo nieciekawie, spieszyłem się więc bardzo do Nakła, gdzie liczyłem na schronienie i węzeł transportowy. Przeciwny wiatr, który towarzyszył mi od rana przemienił się już w tzw. międzyczasie w huragan. Co gorsza ten huragan dął mi prosto w ryj. We wsi Paterek, jeszcze przed przekroczeniem Noteci poczułem megasilne uderzenia wiatru. To co rozpętało się za chwilę zapamiętam na zawsze. Ledwo zdążyłem uciec z rynku na dość odległą stację kolejową. Tamże odkryłem, że wybór pociągów mam bardzo ograniczony. Po raz pierwszy skorzystałem z internetu w nowym smartfonie i szukałem w nim rozwiązania przez najbliższe 3 godziny. W tym czasie rozpętało się prawdziwe piekło, siła wiatru - nie tylko na prognozach - wykraczała poza skalę. Porywy na poziomie 28-30 m/s wprawiały mnie w prawdziwy niepokój, wiatr podważał dachy peronów... Wymiatał wszystko, a w poczekalni spali menele i niemiłosiernie śmierdziało. Przeanalizowałem na wszystkie sposoby wszystkie dostępne prognozy pogody i odkryłem, że znalazłem się w pułapce bez wyjścia. Jazda pociągiem do Bydgoszczy lub nawet dalej, choćby do Grudziądza okazała się nie mieć sensu, bo apokaliptyczny wiatr przemieszczał się właśnie w tamtym kierunku i tamże wzmagał do absurdalnych wartości, gdy wysiadłbym z pociągu, byłoby jeszcze gorzej, a w dodatku zbliżałby się wieczór... 

Tym samym wybrałem się do nakielskiej Biedronki, a po zakupach ruszyłem przed siebie, na północ, prosto w otmęty żywiołu. Padać miało dopiero pod wieczór, postanowiłem zrealizować sprytny plan tj. uciec do namiotu przed deszczem. Ten znakomity plan wymagał znalezienia odpowiednio szybko, odpowiednio osłoniętego miejsca na biwak. Pierwszy odcinek po przymusowej przerwie nakielskiej był naprawdę bardzo ciężki, pokonywałem go ze średnią 8-10 km/h a wiatr nieraz cofał mnie z powrotem. Gdy dotarłem do Mroczy byłem szczęśliwy i otwarłem nawet paczkę pistacji, które po raz pierwszy kupiłem będąc na rowerze. Ta inauguracja pistacji wypadła imponująco. Nie spodziewałem się, że dysponując torbą rowerową na kierownicę można je tak wygodnie łupać. Jak tylko zjechałem z drogi wojewódzkiej nr 243 linię mojej jazdy znaczyły równomiernie porozrzucane po asfalcie pistacjowe skorupki. Tego mi było trzeba! Śmiecąc skorupkami przejechałem triumfalnie Wąwelno, a amunicji starczyło mi aż do Sośna. Moje śmieci były na szczęście organicznego pochodzenia, nie przygniatały mnie więc wyrzuty sumienia. Ku mojemu zaskoczeniu, około 19, tuż za Sośnem znalazłem świetne miejsce na nocleg. Na nieużytku, przy miedzy, za osłoną głogów i tarniny. Chwilę po tym jak rozłożyłem namiot zaczęło padać i lało solidnie, nie wiem jak długo bo po prostu zasnąłem. 



Okolice wsi Żydówko

Kłecko

Nakło nad Notecią

Mrocza

Na łąkach przed Wąwelnem pasły się żurawie i... nie zwracały na mnie uwagi (nie potrzebowałem nawet więcej niż 200mm)

Za osłoną czyżni, tuż za Sośnem.

Trasa:
Dystans239.64 km Czas11:10 Vśrednia21.46 km/h Podjazdy1087 m
Na Gdynię, dzień 1
Kategoria Pomorskie 2021, >200 km

Ruszam z bagażem, nad morze. Najpierw podjeżdżam pociągiem do Olesna. Dlaczego? Do czwartku muszę dotrzeć do Gdyni, a jadę przecież z bagażem. Jeszcze tak nie jechałem - żeby od razu, najprostszą trasą wprost do Trójmiasta. Dotrę więc po raz czwarty z bagażem nad polskie morze, ale po raz pierwszy nie będzie to trasa typu "dookoła Polski". To ma być ta nowość. W dodatku mam zapewnione luksusowe noclegi w Gdyni-Karwinach i miłe towarzystwo. W zasadzie problemy są tylko dwa: pierwszy to kiepskie prognozy, które pokazują za dobę wichury i burze na Pomorzu; drugi problem to trwające Euro 2020 (vel 2021), właśnie we wtorek i środę grać będą półfinały. Ryzyko i Euro przegrywają z przygodą, to znaczy że jestem zdrowy... Mógłbym przecież obejrzeć mecze i pojechać do Gdyni pociągiem, ale to byłoby zbyt standardowe. Wolałem stracić półfinały i władować się w Armagedon pogodowy na Pomorzu. To wszystko jednak dopiero przede mną. Gdy ruszam niebo jest bezchmurne a słońce praży od rana. 

Jedzie się dobrze, bo motywuje mnie rosnąca temperatura. W okolicach Kluczborka towarzyszą mi często aleje, także cudownie pachnące aleje lipowe. Pachną, mruczą pszczołami i jeszcze dają solidny cień. Kocham lipy! Wiatr jest nieznaczny i korzystny. Zachwyca mnie Kępno. Byłem tu już dwa razy rowerem ale zawsze omijałem starówkę. To był straszliwy błąd, bo to jedna z najładniejszych starówek w Polsce w kategorii średnich miast. Tu wszystko pamięta zabór pruski, jestem oczarowany. Śródmieście jest zakonserwowane i wygląda jak dekoracja. Sporo jest ładnych dwupiętrowych kamienic. Wszystko nietknięte pożogą wojenną. Wyjeżdżam nieco oszołomiony w kierunku na Mikorzyn. Tryskam dobrym humorem, wiem że czeka mnie odcinek po bezludnych drogach: jadę przez Bukownicę i Chlewo i bocznymi drogami na Ołobok. Do Kalisza trzymam znakomite tempo, zapominam w ogóle że mam bagaż. Przygnębia mnie dopiero wizyta w Kaliszu. To jednak wiocha jest. Owszem, zabudowa odbudowanej starówki jest wyższa niż w Kępnie, ale sama starówka większa wcale nie jest. Kępno jako zespół miejski robi znacznie lepsze wrażenie. Wyjeżdżam skonsternowany. Miało być odkrywczo, ale nie aż tak! Jadę przez podkaliskie wioski, robi się upalnie i ruchliwie. Trasa z fascynującej robi się nużąca. Nic w tym Kaliszu nawet nie zjadłem, zapomniałem z wrażenia (negatywnego). 

Zaczynam męczyć bułę/trasę. Przestaję cieszyć się jazdą. Niby już 150 km, ale dopiero teraz przypominam sobie że jadę z bagażem, że cel daleki, że nie mogę tak się wycofać. Jest mi przykro, bo chciałbym już nie chcieć. Wojewódzka 442 jest nudna jak flaki z olejem a ja nie mogę jechać wspomnieniem Kępna i Wzgórz Ostrzeszowskich, ile można!  Tuż za Choczem postanawiam zatankować w znajomym Dino. To znakomity pomysł. Barszcz z kartonu stawia mnie na nogi. Dla mnie to taki wielkopolski Wielki Chocz. Płasko tu, fakt, ale siła rodzi się nie tylko z gór, wypływa z barszczu. Gdy ruszam dalej - odżywam. Do tego stopnia, że nie stopuje mnie nawet deszczyk przed Pyzdrami. Popuściła jakaś chmura, ale całkiem olewam fakt, że leje. Jadę dalej, bo zależy mi na widoku Pyzdr znad Warty, jeszcze przed zachodem słońca, najlepiej w złotej godzinie. Zostaję nagrodzony i dwusetny kilometr uwieczniam na moście nad Wartą. Potem zatrzymuje się - po raz kolejny w życiu (byłem tu zimą 2018!) - na rekonstrukcji granicy rosyjsko-pruskiej. Tej strasznej linii, która zatrzymała Pyzdry w Azji, wykroiła je z Europy. Raczej na zawsze. 

Po raz pierwszy zwiedzam pałac w Kołaczkowie. Potem gnam już do Wrześni, chcę tam być jeszcze za dnia. Udaje mi się. Tak się jednak spieszę, że władowuje się za głęboko w centrum. Muszę wracać po własnych śladach, nowy smartfon jeszcze jest nieuruchomiony. Nie mam czasu. Spieszę się na nocleg. Upatrzyłem go przed wyjazdem. Lubię te noclegi z satelity. Rozłożyć się miałem za Czerniejewem, niepodal wsi Goranin. Znalazłem jednak dogodne miejsce jeszcze przed wsią. W pobliżu polnego traktu obsadzonego dębami. Zaprzyjaźniłem się więc z nimi, tym chętniej że noc miała być spokojna. W zasadzie wszystko mi się tego dnia udało, średnia była jak nie z bagażem. To zwiastowało, że lepiej już nie będzie...

W zasadzie zaliczyłem dwa incydenty nieprzyjemne na trasie. Dwukrotnie wjechałem obciążonym tylnym kołem w dziurę. A przed Ołobokiem przejechałem po potrąconym kocie. Uczucie jedyne w swoim rodzaju, dość makabrycznie. Czułem wszystkie wypustki jego kręgosłupa. Tak to bywa, gdy się zagapię na pobocze. 

Za Wrześnią, o zmierzchu, przy drodze do Czerniejewa, zainspirowali mnie wędkarze czatujący na stawach. Stworzyłem więc i zapisałem fraszkę
"Rybak"
"Zanim wstanie ranna zorza. Wciąga węgorza". Styl mocno sztaudyngerski, ot co. Humor jak widać mi dopisywał. 

Drewniak w Maciejowie

Byczyna

Bolesławiec

Kępno - miasto jak z obrazka

Wspaniała, w 100% oryginalna zabudowa

Na rynku jest arcyprusko i wielkopolsko

Okolice Bukownicy

Kalisz

Było jakoś smutno na rynku. Rekonstrukcje są wyczuwalne. 

Złota godzina w Pyzdrach

Letnia wizyta nastąpiła w 2 lata po zimowej. 

Pałac w Kołaczkowie. Chwila relaksu przed zachodem. 

Września

Trasa:

Dystans63.23 km Czas02:28 Vśrednia25.63 km/h Podjazdy409 m
Pogorie
Kategoria blisko domu, trening

Wypad treningowy nad Pogorie. Przed wyjazdem na morze. 

Pogoria IV

Trzebiesławice

Trasa:
Chorzów - Będzin - Pogoria III - Pogoria IV - Przeczyce - Góra Siewierska - Chorzów
Dystans55.47 km Czas02:33 Vśrednia21.75 km/h Podjazdy374 m
Dystans58.39 km Czas02:38 Vśrednia22.17 km/h Podjazdy388 m
Chorzów - Jaworzno
Kategoria praca

Powrót z pracy (ostatni dzień) do Jaworzna.
Dystans16.46 km Czas00:44 Vśrednia22.45 km/h Podjazdy118 m
Praca + zamówienia
Dystans381.27 km Czas17:48 Vśrednia21.42 km/h VMAX47.76 km/h Podjazdy2102 m
Wzdłuż Nidy, czyli 30 lat minęło jak jeden dzień
Kategoria >300 km

Postanowiłem uczcić jakoś 30. rocznicę pierwszego lata spędzonego na Ponidziu. Jeździe na wschód sprzyjała kontuzja, której doznałem wsiadając na rower. Trasa miała biec wzdłuż Nidy, z dala od jakichkolwiek stromych podjazdów, będących wyraźnie poza moim zasięgiem. Pierwszy poważniejszy test - tydzień wcześniej - wykazał silny, kłujący ból przy nagłych zrywach i ruszaniu z miejsca, dużą opuchliznę poniżej rzepki, ale też pokazał że da się jechać; byleby robić to bez nagłych zmian tempa i wychyłów na boki (co wywoływało przejmujący ból). 
Wyruszyłem o 4:03 i było już jasno, co w drugi najdłuższy weekend roku dziwić nie może. W Kwaśniowie odkryłem, że nie zabrałem kremu do opalania i tym samym zamiast jechać przez Cisową zahaczyłem o Pilicę. W tamtejszej Żabce nabyłem krem "15" i mocno już uspokojony pojechałem na Szczekociny, by jak najszybciej osiągnąć źródła Białej Nidy. Krajówka na Moskorzew była wyjątkowo spokojna, w samej wsi również nie było widać żywego ducha. Wszyscy żyjący byli w kościele i jego pobliżu (lub w domach). Drogowo ciekawiej zrobiło się od Krasowa, po raz pierwszy jechałem stąd skrótem do Oksy. Drogi były bezludne, umaczone i o dobrych nawierzchniach. Pierwszy raz jechałem też z Węgleszyna na Brzegi. Nowa es siódemka zmasakrowała strasznie most na Nidzie, ale przejazd na Sobków okazał się bezproblemowy i bezkolizyjny. W Sobkowie i Mokrsku zaskoczyła mnie ilość ludzi, głównie kajakarzy. Jechałem odtąd cały czas równolegle do rzeki, ale kajakarze to nie był widok jaki towarzyszył mi nad Nidą w dzieciństwie. Raczej były to czajki i czaple. 

Muszę przyznać, że widok Góry Pińczowskich od strony Nidy zawsze robi na mnie pewne wrażenie. Widać po prostu tę różnicę wzniesień przekraczającą 100 metrów. Wrażenie potęguje też soczysta czerwcowa zieleń. Odcinek z Imielna do Pińczowa jest dość ruchliwy, natomiast odcinek z Pińczowa do Bogucic jest bardzo nieprzyjemny. Drogi rowerowej wiele nie poprawili, dalej jest bliższa parodii prawdziwej drogi rowerowej ze względu na rodzaj użytych krawężników. Jeszcze gorzej jest na odcinku Pasturka - centrum Bogucic, to już walka o przetrwanie. Wąsko i duży ruch, mimo niedzieli. Nigdy nie jechało się tego odcinka miło (najbardziej chyba nieprzyjmeny odcineik drogi na całym Ponidziu), ale teraz to już mocne przegięcie. Z radością przystanąłem więc przy "Naszym sklepie" w Bogucicach. Obok lśnił nowy gmach OSP Bogucice. Pamiętam jak OSP dysponowała w tej ludnej wsi jedynie czymś w rodzaju większego garażu i zabytkowym wozem strażackim. Dziś OSP dominuje nad okolicą.

W sklepie spotyka mnie spore zaskoczenie, za ladą obsługuje bowiem... znajoma ekspedientka. Chodziłem do niej po zakupy jeszcze do blaszoka, potem do nowego sklepu, a dziś zakończyła karierę w dawnym GieeSie, chyba jest najemcą. Nie pytałem, nie rozpoznała mnie. 10 lat temu jeszcze mnie poznała, ale wtedy od mojego ostatniego pobytu minęły ledwie 4 lata.  Nie chciałem się ujawniać, w tym tragicznym roku dwóch pogrzebów w rodzinie chciałem odwiedzić grób bliskiej mi osoby, na której pogrzebie być nie mogłem, ale której śmierć zmieniła moje życie, wywarła jak to się pisze "przemożny wpływ" na jego dalszy bieg. Do dziś pamiętam każdy szczegół tej sceny, intonację głosu, użyte zwroty, których brzmienie odebrało mi radość wyczekiwania kolejnych wakacji na wsi. Byliśmy umówieni na wspólne wakacje '93. Ten rok był dla mnie na wsi wyjątkowo smutny. To nie tak miało być. Bolało tak bardzo, że tabuizacja tematu była nieunikniona. Po raz pierwszy odważyłem się pójść na bogucki cmentarz po 15 latach od tej wielkiej tragedii. Obecna, czwarta wizyta, też nie była łatwa. Uświadamia jak życie jest kruche, jak czas jest ulotny, jak świat jest niesprawiedliwy. Najodważniejsze dzieci giną w dzieciństwie. To jest chwila, w latach 90. uważałem się za nieśmiertelnego. Zginąć mogłem dwukrotnie, z czego raz zastrzelony. Długo jednak bałem się wody, może dlatego żyję? 

Bałem się tej wizyty. Grób był znowu tak zadbany, jakby to stało się wczoraj. Nowa obudowa, znicze, kwiaty, ten sam przejmujący cytat, ale wszystko nowe. Oczywiście długo nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Skonsternował mnie jednak pomysł zamknięcia bramy wpuszczającej na teren przykościelny w Zagości. To już drobne przegięcie. Zagość niedostępna, kolegiata - wiadomo - od 2 lat podkopana. Wiślica jednak tętniła życiem: otwarte Delikatesy Centrum i Dino, ożywczy cień na rynku. Pojechałem na Koniecmosty i Czarkowy. Oberwanie chmury było tu niezłe kilka dni wcześniej, bo miejscami miąższość namulisk sięgała 10 cm. Był nie tylko less czy ił, były prawdziwe łachy żwiru. Wszystko na dobrym, gładkim asfalcie. Oczywiście pejzaż okolic wsi Czarkowy był zachwycający. Eksplorowałem w dzieciństwie te tereny, wyszukiwałem zagubionych wśród gąszczu kapliczek i figur przydrożnych, nieraz takich o 300-letniej metryce. Te eksploracje były zawsze solą pobytu na Ponidziu. Tym razem jednak spieszyłem się do Nowego Korczyna, bo chciałem jeszcze zobaczyć Wiślicę z okolic Jurkowa oraz zobaczyć zmiany w kościele strożyskim, gdzie właśnie odkryto średniowieczne malowidła. Cenne - bo  z czasów Kazimierza Wielkiego. Kościół zastałem oskalpowany z drzew. Znikły bez śladu te piękne lipy... W dodatku kościół by zamknięty na cztery spusty, a piesek proboszcza nie mógł się zdecydować czy na mnie szczeka czy się do mnie łasi.

Najważniejsze, że zdążyłem i widziałem Wiślicę o zachodzie z Jurkowa. Ostatki zachodu dopadłem w Młodzawach a ostatnie zakupy zrobiłem na Orlenie w Pawłowicach. Wtedy na dobre - po jakichś 8 godzinach - opuściłem dolinę Nidę i wzdłuż Mierzawy, przez nowe miasto Wodzisław i Żarnowiec powróciłem do Pilicy. Okazało się, że niepotrzebnie przez nią jechałem w pierwszą stronę - krem zabrałem, tylko włożyłem do torby, pod aparat. Przez ten błąd lokalizacyjny nie tylko zakupiłem niepotrzebny krem, ale też zgubiłem klapkę od aparatu. Po raz wtóry zameldowałem się zresztą w Pilicy tuż przed drugą w nocy. Po dłuższej przerwie (wygodne drewniane schody ratusza) ruszyłem na ostatni etap, przez Ogrodzieniec (gdzie powitał mnie przedświt) do Wiesiółki. Dalsza jazda mnie nie pociągała, by uniknąć więc przysypiania i porannej wilgoci wsiadłem w pierwszy pociąg do Gliwic. Po po powrocie od razu zasnąłem. Obudziłem się o 14, ze sztywną i spuchniętą prawą nogą oraz bolącą lewą (przeciążenie i nacisk szły na nią). Co jednak istotne - spuchnięta noga nie bolała i po drodze dawała się tylko we znaki przy owych nagłych zrywach. Więcej nie dało się wycisnąć z moich nóg po przejściach. Ważne, że uczciłem 30. rocznicę zetknięcia z Ponidziem. Dla mnie Ponidzie zawsze będzie krainą wiecznych wakacji. 

Pola pod Kwaśniowem

Nawiedziłem poranny rynek w Pilicy, bo byłem przekonany, że muszę nabyć krem do opalania

Nad Żebrówką. Odkąd droga Pilica-Żarnowiec stała się niezbyt sympatyczna jeżdżę przez Wierzbicę

Na rynku szczekocińskim

Tu gdzie rodzi się Biała Nida. Nieopodal szkoły ariańskiej w Moskorzewie i zabytkowego kościoła. 

Młoda i krucha Nida w asyście czarnych bzów

Biała Nida "u młyna" w Krasowie

Piękne, gładkie i puste drogi, czyli skrót z Radkowa na Oksę
Przerwa poziomkowa w Nowych Kanicach

Rembieszyce - matecznik "wyjącego plebana" :)

Biała Nida przed Bizoręgą

Nad właściwą już Nidą właściwe widoki

W Sobkowie trochę samochodoza (ojczyzna-polszczyzna)

W Mokrsku Dolnym

Widok znad Nidy na rezerwat Skowronno

Stary pielgrzym dziejowy z toi-tojem... 

10565 dni wcześniej, 24 lipca 1992 roku, wielka tragedia wstrząsnęła wsią Bogucice. Nic o niej wtedy nie wiedziałem, idąc we wrześniu do szkoły, nie umiałem się doczekać kolejnych wakacji. Za rok nic już jednak nie było jak dawniej... R.I.P. 

Ze Skotnik na Kobylniki. Tak niewiele się tu zmieniło. 

Wiślica kwitnąca niedzielnym handlem

Tysiące lat osadnictwa na tej niepozornej wysepce wśród rozlewisk Nidy...

Piękne okolice wsi Czarkowy

Ostatni most na Nidzie, w Nowym Mieście Korczynie

Nowy Korczyn
Piękny kościół w Strożyskach

Stawy w Górkach

Wiślica od wschodu, od Strożysk

Wiślica od zachodu

W drodze na Chroberz

Zbliżający się zachód słońca w Młodzawach, a od Skrzypiowa pożegnanie z doliną Nidy

Mstyczów nocą

W Pilicy, w środku nocy.

Trasa:

Dystans12.22 km Czas00:37 Vśrednia19.82 km/h Podjazdy 91 m
Praca
Kategoria praca