Wpisy archiwalne w kategorii
>200 km
| Dystans całkowity: | 27113.32 km (w terenie 2.91 km; 0.01%) |
| Czas w ruchu: | 1217:28 |
| Średnia prędkość: | 20.84 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 73.01 km/h |
| Suma podjazdów: | 151366 m |
| Liczba aktywności: | 119 |
| Średnio na aktywność: | 227.84 km i 10h 58m |
| Więcej statystyk | |
Dystans226.82 km Czas10:48 Vśrednia21.00 km/h VMAX54.06 km/h Podjazdy1148 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 12: Wiatr decyduje

Te żółte plamki przed namiotem to oczywiście kurki

Bytów - zamek

Ech, Kaszeby

Idylla

Jezioro Wielewskie

Czersk (nie ten mazowiecki)

Arboretum Wirty

Zamek Kiszewski
Trasa:

Te żółte plamki przed namiotem to oczywiście kurki

Bytów - zamek

Ech, Kaszeby

Idylla

Jezioro Wielewskie

Czersk (nie ten mazowiecki)

Arboretum Wirty

Zamek Kiszewski
Trasa:
Dystans215.35 km Czas10:24 Vśrednia20.71 km/h VMAX46.36 km/h Podjazdy973 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 10: Czarne chmury nad borami

Tuchola - brama do Borów

Rowerzysto! Kradnij, zabijaj, ale powiat chujnicki omijaj. Zakazy są wszędzie, nawet na najbardziej lokalnych drogach. Na drodze Tuchola - Chojnice akurat ich nie ma, jest w zamian piekło związane z wąską nawierzchnią i pluciem w twarz takimi oto ścieżkami, zanikającymi po 20 metrach...

Starówka w Chojnicach może się podobać: jest odnowiona, choć ma gdzieniegdzie ubytki


Typowy obrazek w powiecie chujnickim. Droga lokalna.

Jedyny fragment oryginalnej zabudowy miasta Czarne

Okonek - rynek

Ta dobrze zbudowana pani z dzbanem to największa atrakcja wizualna Debrzna :P
Trasa:

Tuchola - brama do Borów

Rowerzysto! Kradnij, zabijaj, ale powiat chujnicki omijaj. Zakazy są wszędzie, nawet na najbardziej lokalnych drogach. Na drodze Tuchola - Chojnice akurat ich nie ma, jest w zamian piekło związane z wąską nawierzchnią i pluciem w twarz takimi oto ścieżkami, zanikającymi po 20 metrach...

Starówka w Chojnicach może się podobać: jest odnowiona, choć ma gdzieniegdzie ubytki


Typowy obrazek w powiecie chujnickim. Droga lokalna.

Jedyny fragment oryginalnej zabudowy miasta Czarne

Okonek - rynek

Ta dobrze zbudowana pani z dzbanem to największa atrakcja wizualna Debrzna :P
Trasa:
Dystans204.12 km Czas10:48 Vśrednia18.90 km/h VMAX41.53 km/h Podjazdy884 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 8: Spod Drawska po Krajnę

Drawski PK potrafi zachwycić pejzażem

jw.

Złocieniec - rynek

Zamek Rzpltej w Drahimiu strzegł przed Brandenburgią Wielkopolski

Ta galeria w Bornem (na długości kilkuset metrów) to strzał w "10"

Jastrowie - rynek

Złotów - najlepszy pomysł na plan Starego Miasta!
Trasa:

Drawski PK potrafi zachwycić pejzażem

jw.

Złocieniec - rynek

Zamek Rzpltej w Drahimiu strzegł przed Brandenburgią Wielkopolski

Ta galeria w Bornem (na długości kilkuset metrów) to strzał w "10"

Jastrowie - rynek

Złotów - najlepszy pomysł na plan Starego Miasta!
Trasa:
Dystans213.86 km Czas10:59 Vśrednia19.47 km/h VMAX41.60 km/h Podjazdy976 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 7: Plantacje choinek

Karlino

Białogard - rynek

Jedyny w Polsce pomnik ziemniaka.

Koszalin. Wolę Słupsk...

Największy głaz w Polsce

Willowa, nadjeziorna część Szczecinka

Wieczorne Barwice
Trasa:

Karlino

Białogard - rynek

Jedyny w Polsce pomnik ziemniaka.

Koszalin. Wolę Słupsk...

Największy głaz w Polsce

Willowa, nadjeziorna część Szczecinka

Wieczorne Barwice
Trasa:
Dystans251.74 km Czas11:02 Vśrednia22.82 km/h VMAX47.27 km/h Podjazdy1146 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 5: Piękny dzień brzydkich miast

Recz najlepiej prezentował się z drogi krajowej

Barlinek - rynek

Strzelce Krajeńskie - rynek

Malownicze i spokojne jezioro Bierzwnik

Dobiegniew - rynek

Tuczno - zamek
Trasa:

Recz najlepiej prezentował się z drogi krajowej

Barlinek - rynek

Strzelce Krajeńskie - rynek

Malownicze i spokojne jezioro Bierzwnik

Dobiegniew - rynek

Tuczno - zamek
Trasa:
Dystans209.03 km Czas09:57 Vśrednia21.01 km/h VMAX42.56 km/h Podjazdy620 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 3: Pracowity, zimny dzień na diecie

Rzadko mi się to zdarza, ale o istnieniu tejże miejscowości dowiedziałem się dopiero z tablicy :)

W Drezdenku cały czas mrzyło

Na widok Czarnkowa nawet firnament się rozchmurzył

Wielkopolskie miasto Rogoźno nieco zawiodło, a cudów się nie spodziewałem

W Janowcu Wielkopolskim nie spodziewałem się czegokolwiek, zadbana płyta rynku była więc pewnym zaskoczeniem

Wszystkie dziurawe, łatane drogi prowadzą do Rzymu - tego Rzymu!

A w Wenecji na stacji, pode zamkiem, czarne spacerują koty
Trasa:

Rzadko mi się to zdarza, ale o istnieniu tejże miejscowości dowiedziałem się dopiero z tablicy :)

W Drezdenku cały czas mrzyło

Na widok Czarnkowa nawet firnament się rozchmurzył

Wielkopolskie miasto Rogoźno nieco zawiodło, a cudów się nie spodziewałem

W Janowcu Wielkopolskim nie spodziewałem się czegokolwiek, zadbana płyta rynku była więc pewnym zaskoczeniem

Wszystkie dziurawe, łatane drogi prowadzą do Rzymu - tego Rzymu!

A w Wenecji na stacji, pode zamkiem, czarne spacerują koty
Trasa:
Dystans202.48 km Czas09:58 Vśrednia20.32 km/h VMAX48.10 km/h Podjazdy560 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dzień 2: Jak nie pana, to sraczka

Żagań od strony militarnej tym razem

Rynek w Żarach

Lubsko - można zachwycić się tym miastem: wojna nawet go nie drasnęła

Krosno Odrzańskie - czym dalsza perspektywa tym mniej szpetne :)

W Sulechowie można znaleźć sporo ładnych miejsc, Lubsko to jednak nie jest.

W Międzyrzeczu są nie tylko schrony, jest np. zamek

W niektórych gminach najciekawsze są tablice informacyjne... (o ile się na nie natkniemy)
Trasa:

Żagań od strony militarnej tym razem

Rynek w Żarach

Lubsko - można zachwycić się tym miastem: wojna nawet go nie drasnęła

Krosno Odrzańskie - czym dalsza perspektywa tym mniej szpetne :)

W Sulechowie można znaleźć sporo ładnych miejsc, Lubsko to jednak nie jest.

W Międzyrzeczu są nie tylko schrony, jest np. zamek

W niektórych gminach najciekawsze są tablice informacyjne... (o ile się na nie natkniemy)
Trasa:
Dystans235.72 km Czas11:00 Vśrednia21.43 km/h VMAX63.87 km/h Podjazdy846 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Pogranicze wewnątrz granic
Noc była tak ciepła, że zapociłem cały śpiwór, zamoczyłem sypialnię i przysypiałem w ciągu dnia (po nieprzespanej nocy). W Turobinie - przed 6 rano - zastałem kościół zamknięty. Stałże tam przed nim rower - atrapa, znaczy bicykl klasyczny. Jego siedzenie wykorzystałem jako kanapę do śniadania z resztek. Ruszyłem z Sandomierskiego na Ruś, znaczy do Szczebrzeszyna. Tamże uzupełniłem zapasy jadła (bolesne ceny w Delikatesach Centrum) i spocząłem w cieniu na rynku. Do pomnika chrząszcza nie podchodziłem, bo trwał w słońcu a ukrop robił się spory, mimo wczesnej pory. Ruszyłem za to drogą nr 74 na Janów Lubelski i muszę przyznać, że zjazd na Dzielce zrobił na mnie wrażenie - taka atrapa alpejskich zjazdów: szeroka i dobrze wyprofilowana droga o przyzwoitej nawierzchni pozwoliła zbliżyć się do 64 km/h, czyli osiągnąć tegoroczny rekord szybkości.
Mniej zachwycające były atrakcje Frampola czy Goraja. Uciekłem wprawdzie z drogi nr 74 definitywnie w Dzwoli, ale centrum Janowa ominąłem szerokim łukiem, trafiając na obrzeżach na Biedronkę i zaspokając swoje podstawowe potrzeby gastronimiczne. Z radością oczekiwałem na leśne drogi, by przez Momoty i Harasiuki dotrzeć okrężnie do flisackiego miasta Ulanów. Gdy już wybrałem ambitną wersję pojawiła się biegunka. Nie wiem czym sobie na nią zasłużyłem, ale zaliczyłem cztery odsłony. Dobrze chociaż że uroczysk w lesie nie brakowało...
Odcinek leśny z przyjemnego zamienił się w walkę z przeznaczeniem, na szczęście do Ulanowa doszedłem do siebie. Objechałem całe miasteczko, uzupełniłem zapasy wody (Muszynianka była konieczna - elektrolity itd) i dałem się zaskoczyć wspaniałością odcinka "wzdłuż Sanu", aże do Stalowej Woli. Otóż przyszło mi jechać przeszło 20 km ścieżką rowerową (w 70% asfaltową!). Poprowadzona była bardziej cieniście od jezdni, często miała lepszą nawierzchnię i sporą fekwencję miejscowych, relaksujących się w upalną niedzielę. Odzyskałem optymizm i wiarę w to, że doczołgam się za Zaklików. Zanim to się stało mijałem rekonstrukcję granicy Galicji z Kongresówką (droga 855) a po bezowocnej próbie uzupełnienia zapasów na zaklikowskim rynku (były otwarte dwa sklepy, ale ceny tak absurdalne, że odłożyłem sprawy na rano) ruszyłem w stronę Wisły (rzeki) by przekroczyć kolejną granicę, tym razem współczesną (podkarpackie/lubelskie). Zanim osaczył mnie mrok, zanazłem leże nocne u stóp wsi Kosin, niepodal rzeki Sanny.
Trasa na mapie powyżej, poniżej zdjęcia:

Poranek na drodze nr 842, okolice Tarnawki

Turobin

Szczebrzeszyn, rynek

Frampol, rynek

Ulanów, rynek

Jastkowice, dopiero tu kończyła się megaścieżka rowerowa

Stalowa Wola "na odwal"

Zaklików, rynek
Noc była tak ciepła, że zapociłem cały śpiwór, zamoczyłem sypialnię i przysypiałem w ciągu dnia (po nieprzespanej nocy). W Turobinie - przed 6 rano - zastałem kościół zamknięty. Stałże tam przed nim rower - atrapa, znaczy bicykl klasyczny. Jego siedzenie wykorzystałem jako kanapę do śniadania z resztek. Ruszyłem z Sandomierskiego na Ruś, znaczy do Szczebrzeszyna. Tamże uzupełniłem zapasy jadła (bolesne ceny w Delikatesach Centrum) i spocząłem w cieniu na rynku. Do pomnika chrząszcza nie podchodziłem, bo trwał w słońcu a ukrop robił się spory, mimo wczesnej pory. Ruszyłem za to drogą nr 74 na Janów Lubelski i muszę przyznać, że zjazd na Dzielce zrobił na mnie wrażenie - taka atrapa alpejskich zjazdów: szeroka i dobrze wyprofilowana droga o przyzwoitej nawierzchni pozwoliła zbliżyć się do 64 km/h, czyli osiągnąć tegoroczny rekord szybkości.
Mniej zachwycające były atrakcje Frampola czy Goraja. Uciekłem wprawdzie z drogi nr 74 definitywnie w Dzwoli, ale centrum Janowa ominąłem szerokim łukiem, trafiając na obrzeżach na Biedronkę i zaspokając swoje podstawowe potrzeby gastronimiczne. Z radością oczekiwałem na leśne drogi, by przez Momoty i Harasiuki dotrzeć okrężnie do flisackiego miasta Ulanów. Gdy już wybrałem ambitną wersję pojawiła się biegunka. Nie wiem czym sobie na nią zasłużyłem, ale zaliczyłem cztery odsłony. Dobrze chociaż że uroczysk w lesie nie brakowało...
Odcinek leśny z przyjemnego zamienił się w walkę z przeznaczeniem, na szczęście do Ulanowa doszedłem do siebie. Objechałem całe miasteczko, uzupełniłem zapasy wody (Muszynianka była konieczna - elektrolity itd) i dałem się zaskoczyć wspaniałością odcinka "wzdłuż Sanu", aże do Stalowej Woli. Otóż przyszło mi jechać przeszło 20 km ścieżką rowerową (w 70% asfaltową!). Poprowadzona była bardziej cieniście od jezdni, często miała lepszą nawierzchnię i sporą fekwencję miejscowych, relaksujących się w upalną niedzielę. Odzyskałem optymizm i wiarę w to, że doczołgam się za Zaklików. Zanim to się stało mijałem rekonstrukcję granicy Galicji z Kongresówką (droga 855) a po bezowocnej próbie uzupełnienia zapasów na zaklikowskim rynku (były otwarte dwa sklepy, ale ceny tak absurdalne, że odłożyłem sprawy na rano) ruszyłem w stronę Wisły (rzeki) by przekroczyć kolejną granicę, tym razem współczesną (podkarpackie/lubelskie). Zanim osaczył mnie mrok, zanazłem leże nocne u stóp wsi Kosin, niepodal rzeki Sanny.
Trasa na mapie powyżej, poniżej zdjęcia:

Poranek na drodze nr 842, okolice Tarnawki

Turobin

Szczebrzeszyn, rynek

Frampol, rynek

Ulanów, rynek

Jastkowice, dopiero tu kończyła się megaścieżka rowerowa

Stalowa Wola "na odwal"

Zaklików, rynek
Dystans244.62 km Czas10:35 Vśrednia23.11 km/h VMAX44.91 km/h Podjazdy1033 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Paradyż i ptasie żniwa
Rano siup w pociąg i wysiadka o 7:30 przed Piotrkowem Trybunalskim. W Sulejowie kościół jeszcze zamknięty, zbierają się już jednak babcie. Ja nie czekam - jadę na Błogie Rządowe i Sławno. W Zajączkowie potężny i długi mur z przyporami odziela jaśniepana od ludu, tzn. dwór od wsi. W tymże Sławnie - nie szukając - znajduję miejscowego rozmówcę. Mówimy o Ruchu i Halembie (którą Sławnianin dobrze zna). Ot, smutna trochę rozmowa, ale sympatyczna. W Paradyżu trwa msza, wszędzie wokół kościoła sporo wiernych, odpustowe krużganki obsadzone - nie mam szans zobaczyć wnętrza. Jadę dalej.
Przeżywam szok przed wsią Przyłęk - są to pozostałości nawałnicy (wiatr 170 km/h) z trąbą powietrzną, jakie raczyły nawiedzić gminę Paradyż w 2016 roku. Na tym pobojowisku ratuję podlotka piegży przed rozsmarowaniem przez jadący za mną samochód. Piegża jest urocza, pierwszy raz mam ten gatunek w ręce. Jest tak malutka, że trzymam ją delikatnie między dwoma palcami, by nie zgnieść. Odnoszę w głąb kłębowiska powalonych konarów, 20 m od drogi, mój łup natychmiast odzyskuje witalność i czmycha w zarośla. Po chwili zjawia się rodzic z pokarmem. Jestem dumny - uratowałem największego mszycojada wśród ptaków (30% pożywienia). Kończy się sezon lęgowy wielu wróblowych, mijam wielu rozjechanych pechowców, co pierwszy lot zakończyli pod oponami. Tradycyjnie nie brakuje ścierw jeżów i kretów. Trafia się rozprasowana wiewiórka. Odkrywam, że w Starej (przed Skotnikami) padł sklep co uratował mnie dwa lata temu od odwodnienia.
W Przedborzu niestety cepelia - Dni Przedborza. Po wizycie w biedronce wybieram piękną trasę nadpiliczną przez Krzętów i Maluszyn. Czerwiec w pełni, tylko jaśminów po wsiach mało, szkoda. W Świetej Annie za trzecim podejściem trafiam wreszcie na otwarty kościół! Dalej jadę już standardowo na Żarki, Koziegłowy i przez Ożarowice do domu. Odcinek Złoty Potok-Żarki denerwuje dużym ruchem samochodowym. Za Żarkami zerwany asfalt na odcinku 3.5 km! Potem rzecz jasna dobre kilka minut na przejeździe kolejowym - linia S1 zobowiązuje... W Koziegłowach z trudem przekraczam jedynkę i przez Wojsławice przebijam się lasem do Strąkowa. Tam próbuję ratować potrąconą wróbliczkę, młoda samiczka nie kontaktuje co się dzieje, klasyczny wstrząs mózgu. Odstawiam ją na pobocze, aranżuję schronienie i już bez przygód zmierzam do domu. Co ciekawe z każdym kilometrem rośnie moja średnia i w dobrym nastroju, przed g. 21 jestem w domku.

Opactwo w Sulejowie

Alegoria dziejów Polski na dwóch tablicach: teraźniejszość i przeszłość.

Gdzieniegdzie krowy bieleją spod lasa - to Polska, Polska to ojczyzna nasza (parafrazując Fredrę)

Parazdyż lokalną drogą od strony Sławna

Słodziak - mszycobójca

Przed Przyłękiem

Przedborska fara, na rynku cyrki :(

Droga nadpiliczna - ścigałem się tu z myszołowem, wygrał (skurczybyk dryfował sobie bez wysiłku 5 m nad asfaltem 40 km/h)

Silniczka, kaplica ariańska z potężnymi narożnymi przyporami (XVII w)

Święta Anna - wnętrze

Złoty Potok - ostatni relaks na trasie

Rynek w Koziegłowach, kościół znowu zamknięty!!!

Wróbliczka mocno przymulona była, ale upierzenie piękne, czyste...

Ostatni podjazd - na Sączów
Rano siup w pociąg i wysiadka o 7:30 przed Piotrkowem Trybunalskim. W Sulejowie kościół jeszcze zamknięty, zbierają się już jednak babcie. Ja nie czekam - jadę na Błogie Rządowe i Sławno. W Zajączkowie potężny i długi mur z przyporami odziela jaśniepana od ludu, tzn. dwór od wsi. W tymże Sławnie - nie szukając - znajduję miejscowego rozmówcę. Mówimy o Ruchu i Halembie (którą Sławnianin dobrze zna). Ot, smutna trochę rozmowa, ale sympatyczna. W Paradyżu trwa msza, wszędzie wokół kościoła sporo wiernych, odpustowe krużganki obsadzone - nie mam szans zobaczyć wnętrza. Jadę dalej.
Przeżywam szok przed wsią Przyłęk - są to pozostałości nawałnicy (wiatr 170 km/h) z trąbą powietrzną, jakie raczyły nawiedzić gminę Paradyż w 2016 roku. Na tym pobojowisku ratuję podlotka piegży przed rozsmarowaniem przez jadący za mną samochód. Piegża jest urocza, pierwszy raz mam ten gatunek w ręce. Jest tak malutka, że trzymam ją delikatnie między dwoma palcami, by nie zgnieść. Odnoszę w głąb kłębowiska powalonych konarów, 20 m od drogi, mój łup natychmiast odzyskuje witalność i czmycha w zarośla. Po chwili zjawia się rodzic z pokarmem. Jestem dumny - uratowałem największego mszycojada wśród ptaków (30% pożywienia). Kończy się sezon lęgowy wielu wróblowych, mijam wielu rozjechanych pechowców, co pierwszy lot zakończyli pod oponami. Tradycyjnie nie brakuje ścierw jeżów i kretów. Trafia się rozprasowana wiewiórka. Odkrywam, że w Starej (przed Skotnikami) padł sklep co uratował mnie dwa lata temu od odwodnienia.
W Przedborzu niestety cepelia - Dni Przedborza. Po wizycie w biedronce wybieram piękną trasę nadpiliczną przez Krzętów i Maluszyn. Czerwiec w pełni, tylko jaśminów po wsiach mało, szkoda. W Świetej Annie za trzecim podejściem trafiam wreszcie na otwarty kościół! Dalej jadę już standardowo na Żarki, Koziegłowy i przez Ożarowice do domu. Odcinek Złoty Potok-Żarki denerwuje dużym ruchem samochodowym. Za Żarkami zerwany asfalt na odcinku 3.5 km! Potem rzecz jasna dobre kilka minut na przejeździe kolejowym - linia S1 zobowiązuje... W Koziegłowach z trudem przekraczam jedynkę i przez Wojsławice przebijam się lasem do Strąkowa. Tam próbuję ratować potrąconą wróbliczkę, młoda samiczka nie kontaktuje co się dzieje, klasyczny wstrząs mózgu. Odstawiam ją na pobocze, aranżuję schronienie i już bez przygód zmierzam do domu. Co ciekawe z każdym kilometrem rośnie moja średnia i w dobrym nastroju, przed g. 21 jestem w domku.

Opactwo w Sulejowie

Alegoria dziejów Polski na dwóch tablicach: teraźniejszość i przeszłość.

Gdzieniegdzie krowy bieleją spod lasa - to Polska, Polska to ojczyzna nasza (parafrazując Fredrę)

Parazdyż lokalną drogą od strony Sławna

Słodziak - mszycobójca

Przed Przyłękiem

Przedborska fara, na rynku cyrki :(

Droga nadpiliczna - ścigałem się tu z myszołowem, wygrał (skurczybyk dryfował sobie bez wysiłku 5 m nad asfaltem 40 km/h)

Silniczka, kaplica ariańska z potężnymi narożnymi przyporami (XVII w)

Święta Anna - wnętrze

Złoty Potok - ostatni relaks na trasie

Rynek w Koziegłowach, kościół znowu zamknięty!!!

Wróbliczka mocno przymulona była, ale upierzenie piękne, czyste...

Ostatni podjazd - na Sączów
Dystans286.08 km Teren2.00 km Czas12:58 Vśrednia22.06 km/h VMAX48.44 km/h Podjazdy1089 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Sakwiarski ekspres
Rekordowy odcinek z zestawem dużych sakw, namiotem (3.15 kg) i śpiworem (1.5 kg). Waga zestawu rower+bagaż: 28,2 kg.
Pierwszy odcinek opisuję rzecz jasna osobno: polegał na powrocie z pracy i tłuczeniu się pociągiem Regio do Łaznowa, i dojeździe do lasu, i znalezieniu dogodnego miejsca na biwak. Miejsce było wspaniałe: niewidoczne i zarazem świetliste (piaszczysty ugor porośnięty sosną i pokryty kwieciem). Okolice wsi Buków (gm. Ujazd).
Pobudka o 4:00, wyjazd o 4:41, trasa jak na mapie:
30 nowych gmin poznanych na rowerze
Rekordowy odcinek z zestawem dużych sakw, namiotem (3.15 kg) i śpiworem (1.5 kg). Waga zestawu rower+bagaż: 28,2 kg.
Pierwszy odcinek opisuję rzecz jasna osobno: polegał na powrocie z pracy i tłuczeniu się pociągiem Regio do Łaznowa, i dojeździe do lasu, i znalezieniu dogodnego miejsca na biwak. Miejsce było wspaniałe: niewidoczne i zarazem świetliste (piaszczysty ugor porośnięty sosną i pokryty kwieciem). Okolice wsi Buków (gm. Ujazd).
Pobudka o 4:00, wyjazd o 4:41, trasa jak na mapie:
30 nowych gmin poznanych na rowerze
Nad ranem zamglenie i chłodno (10 st), trasa po zazwyczaj dobrych, szerokich łódzkich drogach. Większe emocje przy jeździe wzdłuż drogi s-8, okazało się to jednak świetnym posunięciem - dobry asfalt i totalnie pusto. W dodatku w Czerniewicach odkryłem niezwykłe miejsce - zadbany gminny park z niecodziennym pomysłem na muszlę koncertową-belweder stworzoną z fragmentu fasady dawnego dworu/pałacu. Dalsza droga na Sadykierz oferowała już mniej sympatyczne nawierzchnie, nad Pilicą pojawiły się nawet podjazdy. W Mogielnicy minąłem dwa otwarte sklepy i wysnułem stąd fałszywy wniosek, że z aprowizacją - mimo święta - nie będzie problemu...
W Warce trwała rzecz jasna procesja Bożego Ciała a droga nr 79 wzbudziła we mnie ambiwalentne uczucia - żenująco wąska zgodnie z mazowieckim "standardem", ale też o przyzwoitej nawierzchni. Ruch falowy, raz niefajnie, raz pustawo. Obecności puszkinów miałem jednak dość i w Coniewie zboczyłem w prawo, na Czersk. Wspaniała lokalna droga wzdłuż wałów Wisły, z dużą frekwencją kolarzy. W samym Czersku cyrki związane z procesją Bożego Ciała spowodowały, że przeoczyłem podjazd pod zamek. W Górze Kalwarii odbiłem sobie tę stratę, meldując się na rynku.
Po drodze wszędzie odurzająca woń jaśminowców i gorzki posmak czarnego bzu. Lato.
Odcinek aż do Żelechowa był typowo mazowiecki: niebywały odsetek buraków na drogach (słoiki wróciły do drewnianych chatek na długi weekend i odkurzyły wieśwageny i bolidy mw?), wąskie drogi o kiepskich nawierzchniach, szokująco dużej frekwencji uskoków spowodowanych zapewne przez intensywne wydobycie sławnych mazowieckich kopalni...
W samym Ż. zjadłem nawet obiad na zmasakrowanym rynku, w kebabie. Gdy przekroczyłem granice Lubelskiego drogi nie stały się lepsze, ale chociaż szersze. Gwoli ścisłości odcinek Stara Huta - Stryj był najgorszy na całej trasie. Ponieważ zaczęło brakować mi płynów musiałem zabulić 7 zł za litrowego horteksa w jakimś barze na rynku w Adamowie. Trochę nerwów zabrało mi znalezienie miejsca na rozbicie namiotu. Zewsząd słychać było ujadające kundle, choć rozbiłem się jakieś 2 km od zabudowań, niepodal wsi Nowiny (gm. Borki). Było jeszcze widno gdy rozpocząłem procedurę namiotowania. Postanowiłem Kock zostawić sobie na rano; przed 23 zasnąłem w ciepłym śpiworze. Pomogły mi w tym wydatnie piankowe "czopki" do uszu :)

Słońce na linii - około 5 rano na skraju Bukowa

Lubochnia - kościół jako konglomerat epok :)

Czerniewice - zrujnowany ongiś pałac przekształcony na atrapę - belweder parkowy

Nowe Miasto nad Pilicą

Ciekawa zabudowa Mogielnicy

Warka

Góra Kalwaria - ratusz

Miastków Kościelny - pałac

Rynek w Żelechowie

Muzeum Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej
W Warce trwała rzecz jasna procesja Bożego Ciała a droga nr 79 wzbudziła we mnie ambiwalentne uczucia - żenująco wąska zgodnie z mazowieckim "standardem", ale też o przyzwoitej nawierzchni. Ruch falowy, raz niefajnie, raz pustawo. Obecności puszkinów miałem jednak dość i w Coniewie zboczyłem w prawo, na Czersk. Wspaniała lokalna droga wzdłuż wałów Wisły, z dużą frekwencją kolarzy. W samym Czersku cyrki związane z procesją Bożego Ciała spowodowały, że przeoczyłem podjazd pod zamek. W Górze Kalwarii odbiłem sobie tę stratę, meldując się na rynku.
Po drodze wszędzie odurzająca woń jaśminowców i gorzki posmak czarnego bzu. Lato.
Odcinek aż do Żelechowa był typowo mazowiecki: niebywały odsetek buraków na drogach (słoiki wróciły do drewnianych chatek na długi weekend i odkurzyły wieśwageny i bolidy mw?), wąskie drogi o kiepskich nawierzchniach, szokująco dużej frekwencji uskoków spowodowanych zapewne przez intensywne wydobycie sławnych mazowieckich kopalni...
W samym Ż. zjadłem nawet obiad na zmasakrowanym rynku, w kebabie. Gdy przekroczyłem granice Lubelskiego drogi nie stały się lepsze, ale chociaż szersze. Gwoli ścisłości odcinek Stara Huta - Stryj był najgorszy na całej trasie. Ponieważ zaczęło brakować mi płynów musiałem zabulić 7 zł za litrowego horteksa w jakimś barze na rynku w Adamowie. Trochę nerwów zabrało mi znalezienie miejsca na rozbicie namiotu. Zewsząd słychać było ujadające kundle, choć rozbiłem się jakieś 2 km od zabudowań, niepodal wsi Nowiny (gm. Borki). Było jeszcze widno gdy rozpocząłem procedurę namiotowania. Postanowiłem Kock zostawić sobie na rano; przed 23 zasnąłem w ciepłym śpiworze. Pomogły mi w tym wydatnie piankowe "czopki" do uszu :)

Słońce na linii - około 5 rano na skraju Bukowa

Lubochnia - kościół jako konglomerat epok :)

Czerniewice - zrujnowany ongiś pałac przekształcony na atrapę - belweder parkowy

Nowe Miasto nad Pilicą

Ciekawa zabudowa Mogielnicy

Warka

Góra Kalwaria - ratusz

Miastków Kościelny - pałac

Rynek w Żelechowie

Muzeum Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej











