Dystans67.13 km Czas03:04 Vśrednia21.89 km/h Podjazdy355 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Wojkowice Kościelne
Chmury miały się rozejść, ale nie rozeszły, wyglądały coraz groźniej. Wróciłem o 11 do domu po drodze zahaczając jeszcze o sklep (Lidl na Kościuszki - 5% rabatu).


Chmury miały się rozejść, ale nie rozeszły, wyglądały coraz groźniej. Wróciłem o 11 do domu po drodze zahaczając jeszcze o sklep (Lidl na Kościuszki - 5% rabatu).


Dystans6.92 km Czas00:19 Vśrednia21.85 km/h Podjazdy 57 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dystans177.44 km Czas08:33 Vśrednia20.75 km/h VMAX45.95 km/h Podjazdy834 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Trójkąt włoszczowski, dzień 3: Do domu
Zawsze można zobaczyć coś nowego. Dla mnie tym nowym na znanym terenie był kościół w Mierzynie widziany w świetle dziennym. Zrobiłem też sobie fotkę z Reymontem w Kobielach (bo pałac odstręcza od eksploracji) no i przede wszystkim trafiłem na epigonów pielrzymkowania na Częstochowę (był wszak 14.08) i tym samym zobaczyłem figurę Anny Samotrzeciej w Świętej Annie. Przed Żytnem dopadło mnie spore oberwanie chmury, ale zdążyłem się ulokować na wygodnym przystanku.

Mierzyn - oryginalne gotyckie prezbiterium ze sklepieniem krzyżowym (widocznym przez kratę)

Kodrąb

Św. Anna

Słaby aparcik rezerwowy poradził sobie średnio z wnętrzem, ale coś tam widać...

Stawy Raczyńskich w Złotym Potoku

Kirkut w Żarkach
Zawsze można zobaczyć coś nowego. Dla mnie tym nowym na znanym terenie był kościół w Mierzynie widziany w świetle dziennym. Zrobiłem też sobie fotkę z Reymontem w Kobielach (bo pałac odstręcza od eksploracji) no i przede wszystkim trafiłem na epigonów pielrzymkowania na Częstochowę (był wszak 14.08) i tym samym zobaczyłem figurę Anny Samotrzeciej w Świętej Annie. Przed Żytnem dopadło mnie spore oberwanie chmury, ale zdążyłem się ulokować na wygodnym przystanku.

Mierzyn - oryginalne gotyckie prezbiterium ze sklepieniem krzyżowym (widocznym przez kratę)

Kodrąb

Św. Anna

Słaby aparcik rezerwowy poradził sobie średnio z wnętrzem, ale coś tam widać...

Stawy Raczyńskich w Złotym Potoku

Kirkut w Żarkach
Dystans183.98 km Czas09:52 Vśrednia18.65 km/h VMAX50.85 km/h Podjazdy1057 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Trójkąt włoszczowski, dzień 2: Na Piotrków
Oj paliło słońce od rana. Wpierw jednak trochę mnie orzeźwiło, bo w namiocie miałem 10.9 stopnia... Wszystko było mokre, bo podniosła się mgła. Zanim dotarłem do małogoskiej biedronki byłem już jednak przegrzany. Słońce było bezlitosne a podjazdy przez Pasmo Małogoskie kosztowały mnie sporo potu. W Przedborzu po raz kolejny biedronkowałem, tu jednak mogłem schronić się w parku. Ostatnie biedronkowanie w Piotrkowie a następnie nerwowe poszukiwanie miejsca na nocleg.

Krzyż w Galowie

Romański portal w Mokrsku

Drewniak w Rembieszycach

Rynek w Małogoszczy. Dopiero po raz drugi na rowerze.

Fajna Ryba

Zachowany narożnik rynku w Przedborzu

Piotrków Trybunalski
Oj paliło słońce od rana. Wpierw jednak trochę mnie orzeźwiło, bo w namiocie miałem 10.9 stopnia... Wszystko było mokre, bo podniosła się mgła. Zanim dotarłem do małogoskiej biedronki byłem już jednak przegrzany. Słońce było bezlitosne a podjazdy przez Pasmo Małogoskie kosztowały mnie sporo potu. W Przedborzu po raz kolejny biedronkowałem, tu jednak mogłem schronić się w parku. Ostatnie biedronkowanie w Piotrkowie a następnie nerwowe poszukiwanie miejsca na nocleg.

Krzyż w Galowie

Romański portal w Mokrsku

Drewniak w Rembieszycach

Rynek w Małogoszczy. Dopiero po raz drugi na rowerze.

Fajna Ryba

Zachowany narożnik rynku w Przedborzu

Piotrków Trybunalski
Dystans203.15 km Czas09:53 Vśrednia20.55 km/h VMAX62.73 km/h Podjazdy1348 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Trójkąt włoszczowski, dzień 1: Na Ponidzie
Zew gnał Stradoviusa do Stradowa... Tamże spore namuliska, zerwany częściowo asfalt, wymyte podłoże. Wszystko jeszcze wilgotne, oj działo się tu w sobotę 11 sierpnia... Gdy dotarłem do Skałek ujrzałem ten sam widok od zawsze w zagrodzie Majewskich... To tu jest centrum świata! Niezmienne o odporne na działanie czasu... Na drodze Krzyżanowice - Kowala wycięte wszystkie akacje... Podobnie wycięte topole na pięknym ongiś trakcie z Gacek do Chrobrza. Zapędziłem się aż po Szaniec, a noclegowałem w Grochowiskach. Tym samym zakończyłem identycznie jak pierwszy powrót na Ponidzie w roku 2011...

Niedzielny poranek w Czeladzi

Jeszcze dość spokojnie nad Pogoriami

Jura nad Kolbarkiem (droga do Zarzecza)

Z wizytą u Macieja Miechowity

Pożydowskie mienie, Działoszyce

W niedziele bez handlu centrum życia Skalbierza przenosi się pod kolegiatę :)

Nawet zaniedbany, niekoszony i wypalony słońcem jest piękny! Stradów.

Chroberz - nowa przystań!

Przy kościele w Bogucicach także szalał Hołowczyc...

Szaniec o zachodzie, czyli mała tradycja
Zew gnał Stradoviusa do Stradowa... Tamże spore namuliska, zerwany częściowo asfalt, wymyte podłoże. Wszystko jeszcze wilgotne, oj działo się tu w sobotę 11 sierpnia... Gdy dotarłem do Skałek ujrzałem ten sam widok od zawsze w zagrodzie Majewskich... To tu jest centrum świata! Niezmienne o odporne na działanie czasu... Na drodze Krzyżanowice - Kowala wycięte wszystkie akacje... Podobnie wycięte topole na pięknym ongiś trakcie z Gacek do Chrobrza. Zapędziłem się aż po Szaniec, a noclegowałem w Grochowiskach. Tym samym zakończyłem identycznie jak pierwszy powrót na Ponidzie w roku 2011...

Niedzielny poranek w Czeladzi

Jeszcze dość spokojnie nad Pogoriami

Jura nad Kolbarkiem (droga do Zarzecza)

Z wizytą u Macieja Miechowity

Pożydowskie mienie, Działoszyce

W niedziele bez handlu centrum życia Skalbierza przenosi się pod kolegiatę :)

Nawet zaniedbany, niekoszony i wypalony słońcem jest piękny! Stradów.

Chroberz - nowa przystań!

Przy kościele w Bogucicach także szalał Hołowczyc...

Szaniec o zachodzie, czyli mała tradycja
SprzętFocus Arriba 4.0
Kraje bałtyckie - podsumowanie
4.07.2018 - 10.08.2018

Statystyki:
czas: 30 dni (4.07-10.08: z przerwą na pobyt stacjonarny w Uhowie),
dystans: 4989.06 km
noclegi: 100% za darmo, w tym 3 na legalnych biwakach RMK (pozostałe na dziko)
awarie: torba MSX, szprycha w przednim kole, aparat Samsung NX2000 (sterowanie przesłoną)

Wrażenia ogólne (tylko z części zagranicznej):
Wrażenia na plus:
+ całkowity brak zakazów dla rowerów
+ kapitalne oznaczenie zabytków tablicami informacyjnymi (na Litwie każda popierdółka)
+ wspaniała, bujna przyroda
+ przestrzeń i niewielka gęstość zaludnienia
+ długie, niezwykle długie dnie
+ poziom dróg oraz infrastruktury rowerowej w Estonii
+ legalne, darmowe biwaki RMK (Estonia)
+ dbałość o grodziska na Litwie
+ czystość dróg - brak smieci na poboczach
+ pomocne znaki ostrzegające przed końcem asfaltu (Łotwa)
+ otwarte i dostępne za darmo wnętrza gotyckich kościołów (Estonia)
+ dostępne za darmo ruiny zamków (Estonia)
(w dodatku przystosowane do ruchu turystycznego)
+ dbałość o zabudowę i jej styl (Estonia)
Wrażenia na minus:
- bardzo słabe oznaczenia nazw miejscowości i kierunków na Litwie
- męczące pogańskie totemy w formie rzeźb ludowych (Litwa)
- żenujace słupki drogowe na Litwie (plastikowa listwa...)
- etykiety w dyskontach wyłącznie w językach bałtyckich lub estońskim
(zaklejane oryginalne opisy i skład produktu)
- całkowity brak drzew przy drogach, nawet na odcinkach leśnych (!)
- niemal całkowity brak wiat przystankowych czy turystycznych
- psychopatyczni kierowcy w rodzaju rajdowców-amatorów (Łotwa)
- dramatyczne boczne drogi w formie szutropiachów rodeo (Litwa)
- dramatyczne drogi "wojewódzkie" i krajowe w formie szerokich kamienistych szutrów (Łotwa)
- fatalne przejazdy kolejowe (jak w Polsce)
- płatne wszelkie atrakcje (Łotwa)
- smród zgnlizny od morza (Estonia)
- chmary jusznic na pełnych pyłu drogach (Łotwa)
-----

Statystyki:
czas: 30 dni (4.07-10.08: z przerwą na pobyt stacjonarny w Uhowie),
dystans: 4989.06 km
noclegi: 100% za darmo, w tym 3 na legalnych biwakach RMK (pozostałe na dziko)
awarie: torba MSX, szprycha w przednim kole, aparat Samsung NX2000 (sterowanie przesłoną)

Wrażenia ogólne (tylko z części zagranicznej):
Wrażenia na plus:
+ całkowity brak zakazów dla rowerów
+ kapitalne oznaczenie zabytków tablicami informacyjnymi (na Litwie każda popierdółka)
+ wspaniała, bujna przyroda
+ przestrzeń i niewielka gęstość zaludnienia
+ długie, niezwykle długie dnie
+ poziom dróg oraz infrastruktury rowerowej w Estonii
+ legalne, darmowe biwaki RMK (Estonia)
+ dbałość o grodziska na Litwie
+ czystość dróg - brak smieci na poboczach
+ pomocne znaki ostrzegające przed końcem asfaltu (Łotwa)
+ otwarte i dostępne za darmo wnętrza gotyckich kościołów (Estonia)
+ dostępne za darmo ruiny zamków (Estonia)
(w dodatku przystosowane do ruchu turystycznego)
+ dbałość o zabudowę i jej styl (Estonia)
Wrażenia na minus:
- bardzo słabe oznaczenia nazw miejscowości i kierunków na Litwie
- męczące pogańskie totemy w formie rzeźb ludowych (Litwa)
- żenujace słupki drogowe na Litwie (plastikowa listwa...)
- etykiety w dyskontach wyłącznie w językach bałtyckich lub estońskim
(zaklejane oryginalne opisy i skład produktu)
- całkowity brak drzew przy drogach, nawet na odcinkach leśnych (!)
- niemal całkowity brak wiat przystankowych czy turystycznych
- psychopatyczni kierowcy w rodzaju rajdowców-amatorów (Łotwa)
- dramatyczne boczne drogi w formie szutropiachów rodeo (Litwa)
- dramatyczne drogi "wojewódzkie" i krajowe w formie szerokich kamienistych szutrów (Łotwa)
- fatalne przejazdy kolejowe (jak w Polsce)
- płatne wszelkie atrakcje (Łotwa)
- smród zgnlizny od morza (Estonia)
- chmary jusznic na pełnych pyłu drogach (Łotwa)
-----
Dystans104.23 km Czas05:41 Vśrednia18.34 km/h Podjazdy369 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Odwrót
Prognozy były złe, bardzo złe. Wszystko wskazywało na potężny front burzowy. Tymczasem ja, po tylu dniach noclegowego survivalu (ponad trzy tygodnie bez prysznica, nie licząc tego z butelki) nie zamierzałem przeżywać deja vu trudnych sztormowych początków na Litwie (w połowie lipca). Nie miałem też motywacji - ta kończyła się na Kozienicach, które odwiedziłem tylko raz, w dodatku w całkowitej ciemności, w czasie mojego rajdu do Nałęczowa (koniec maja 2013). Chciałem w tychże Kozienicach własnoocznie podziwiać najstarszy świecki monument okolicznościowy, wystawiony w dawnej Rzeczypospolitej a upamiętniający narodziny "króla-dojutrka" Zygmunta II Augusta - ostatniego z Jagiellonów. Ponadto większe emocje wzbudzały we mnie Maciejowice - tu zakończyła się kariera Kościuszki - oraz przeprawa promowa na Wiśle, w Świerżach.

[Elektrownia Kozienice z rejonu przeprawy na Wiśle w Świerżach]
Zacząłem jednak dzień od przejazdu przez poranne Górzno i traumatycznych zmagań z krajową "17" na przedpolu Garwolina, przerabianą zresztą na ekspresówkę i funkcjonującą z wyłączoną jedną nitką (tym samym mimo wczesnej godziny, sporym ruchem). Zaliczyłem niestety dłuższy odcinek tą drogą, bo zjazd na Łaskarzew okazał się możliwy dopiero we wsi Gąsów.

[Łaskarzew, rynek]
Gdy - po dłuższym czekaniu (przyjechałem nieco za szybko na prom) - udało mi się ostatecznie i nieodwołalnie przeprawić przez Wisłę, dotarłem pod pałac w Kozienicach. Dotarłem tam jadąc bocznymi, ustronnymi drogami przez jakieś Holendry i Cudowy. Pod monumentem Zygmunta Augusta postanowiłem nie walczyć z żywiołem, tylko pierzchnąć i odłożyć Ponidzie na później (wzorowałem się na królu Zygmuncie II).
Zdecydowałem się skierować na Pionki i ostatecznie na stacji Jedlnia Kościelna wsiadłem do pociągu KM na Radom. Tamże przesiadłem się na Skarżysko i dalej na Kielce. Dopiero w Kielcach zafundowałem sobie dłuższą przejażdżkę, bo do pociągu na Katowice dzieliły mnie dwie godziny. Pozwiedzałem śródmieście, odwiedziłem biedronkę i pociągiem "Ostaniec" dotarłem do Katowic. Już w Kielcach zaczęło padać, z Katowic do Chorzowa jechałem w ulewie, ale na ostatnich kilometrach przed domem nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.
No cóż, pierwotnie zamierzałem wracać przez Świety Krzyż i Ponidzie, ale ten niedosyt odbiłem sobie już po dwóch dniach :)
To co zobaczyłem kilka dni później na Ponidziu świadczyło o prawdziwym niedzielnym potopie. Całe szczęście, że niedzielę spędziłem już w domu (szkoda zdrowia!).

Kielce, rynek

[Elektrownia Kozienice z rejonu przeprawy na Wiśle w Świerżach]
Zacząłem jednak dzień od przejazdu przez poranne Górzno i traumatycznych zmagań z krajową "17" na przedpolu Garwolina, przerabianą zresztą na ekspresówkę i funkcjonującą z wyłączoną jedną nitką (tym samym mimo wczesnej godziny, sporym ruchem). Zaliczyłem niestety dłuższy odcinek tą drogą, bo zjazd na Łaskarzew okazał się możliwy dopiero we wsi Gąsów.

[Łaskarzew, rynek]
Gdy - po dłuższym czekaniu (przyjechałem nieco za szybko na prom) - udało mi się ostatecznie i nieodwołalnie przeprawić przez Wisłę, dotarłem pod pałac w Kozienicach. Dotarłem tam jadąc bocznymi, ustronnymi drogami przez jakieś Holendry i Cudowy. Pod monumentem Zygmunta Augusta postanowiłem nie walczyć z żywiołem, tylko pierzchnąć i odłożyć Ponidzie na później (wzorowałem się na królu Zygmuncie II).
Zdecydowałem się skierować na Pionki i ostatecznie na stacji Jedlnia Kościelna wsiadłem do pociągu KM na Radom. Tamże przesiadłem się na Skarżysko i dalej na Kielce. Dopiero w Kielcach zafundowałem sobie dłuższą przejażdżkę, bo do pociągu na Katowice dzieliły mnie dwie godziny. Pozwiedzałem śródmieście, odwiedziłem biedronkę i pociągiem "Ostaniec" dotarłem do Katowic. Już w Kielcach zaczęło padać, z Katowic do Chorzowa jechałem w ulewie, ale na ostatnich kilometrach przed domem nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.
No cóż, pierwotnie zamierzałem wracać przez Świety Krzyż i Ponidzie, ale ten niedosyt odbiłem sobie już po dwóch dniach :)
To co zobaczyłem kilka dni później na Ponidziu świadczyło o prawdziwym niedzielnym potopie. Całe szczęście, że niedzielę spędziłem już w domu (szkoda zdrowia!).

Kielce, rynek
Dystans161.40 km Czas08:47 Vśrednia18.38 km/h Podjazdy594 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Biednemu znowu wiatr w oczy
Poranek na skraju brzozowego gaju - to musiało nastrajać optymistycznie. Był to poranek słoneczny i sielski. Po kilku minutach od spakowania mijałem już tablicę z napisem Kłopoty Stanisławy. Byłem jednak przekonany, że to już koniec moich kłopotów. Przekonanie było głęboko niesłuszne jedynie w kwestii wiatru. Ten dął na północ, ja zaś - rzecz jasna - zmierzałem na południe. Szybko zatem straciłem złudzenia, że dotrę w okolice Łaskarzewa i skupiłem się na nabliższym celu, czyli Drohiczynie.
Gdy po raz kolejny w życiu przybyłem tu na rowerze, zaskoczyło mnie jedno: ZACHWASZCZONE I ZANIEDBANE grodzisko, zwane Górą Zamkową. Na Litwie taki obiekt cieszyłby oczy przystrzyżonym runem trawnika. U nas była plątanina wysuszonych chwastów :(
Przebieg mojej dalszej trasy wyznaczały nieliczne ciekawe punkty (Sawice, Mordy, rynek w Stoczku), których nie osiągnąłem jeszcze w tych stronach na rowerze. Ostatni raz bawiłem w Siedleckiem w czerwcu, celem było zatem ominięcie Siedlec szerokim łukiem. To mi się udało, lokalne drogi miały dobrą nawierzchnię i były bardzo spokojne. Zdarzył się tylko jeden przykry indycent. W Pruszynie, nieopodal ładnego późnoklasycystycznego kościoła ukrył się w cieniu 10-centymetrowy uskok. Walnęło mi mocno bagażem, ale obdukcja nie wykazała żadnych uszkodzeń tylnego koła. Dopiero po kilku godzinach zauważyłem, że straciłem szprychę... w przednim kole!
Noclegowałem w okolicach Miastkowa Kościelnego, na miedzy, na skraju zaoranego już pola i lasu.

Drohiczyn, Widok na Bug z Góry Zamkowej

Sawice, dawna cerkiew

Stoczek Łukowski, na rynku
Poranek na skraju brzozowego gaju - to musiało nastrajać optymistycznie. Był to poranek słoneczny i sielski. Po kilku minutach od spakowania mijałem już tablicę z napisem Kłopoty Stanisławy. Byłem jednak przekonany, że to już koniec moich kłopotów. Przekonanie było głęboko niesłuszne jedynie w kwestii wiatru. Ten dął na północ, ja zaś - rzecz jasna - zmierzałem na południe. Szybko zatem straciłem złudzenia, że dotrę w okolice Łaskarzewa i skupiłem się na nabliższym celu, czyli Drohiczynie.
Gdy po raz kolejny w życiu przybyłem tu na rowerze, zaskoczyło mnie jedno: ZACHWASZCZONE I ZANIEDBANE grodzisko, zwane Górą Zamkową. Na Litwie taki obiekt cieszyłby oczy przystrzyżonym runem trawnika. U nas była plątanina wysuszonych chwastów :(
Przebieg mojej dalszej trasy wyznaczały nieliczne ciekawe punkty (Sawice, Mordy, rynek w Stoczku), których nie osiągnąłem jeszcze w tych stronach na rowerze. Ostatni raz bawiłem w Siedleckiem w czerwcu, celem było zatem ominięcie Siedlec szerokim łukiem. To mi się udało, lokalne drogi miały dobrą nawierzchnię i były bardzo spokojne. Zdarzył się tylko jeden przykry indycent. W Pruszynie, nieopodal ładnego późnoklasycystycznego kościoła ukrył się w cieniu 10-centymetrowy uskok. Walnęło mi mocno bagażem, ale obdukcja nie wykazała żadnych uszkodzeń tylnego koła. Dopiero po kilku godzinach zauważyłem, że straciłem szprychę... w przednim kole!
Noclegowałem w okolicach Miastkowa Kościelnego, na miedzy, na skraju zaoranego już pola i lasu.

Drohiczyn, Widok na Bug z Góry Zamkowej

Sawice, dawna cerkiew

Stoczek Łukowski, na rynku
Dystans124.46 km Czas06:43 Vśrednia18.53 km/h Podjazdy473 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Kłopoty-Stanisławy i inne kłopoty
Udało mi się wstać wyjątkowo wcześnie, dzięki temu wygrałem wyścig z przeznaczeniem: zdążyłem na poranny pociąg regionalny relacji Suwałki - Białystok. Pierwszym celem był znajomy sklepik rowerowy w Łapach. Udało mi się dostać koszyk i przy okazji pogawędziłem z prezesem Łapskiego Towarzystwa Rowerowego... Ludzie na Podlasiu, wiadomo, życzliwi.
Moja trasa biegła przetartym torem - chciałem zahaczyć o Brańsk by skorzystać z tamtejszego dobrego kebaba. Niestety radość z konsumpcji zmąciły ujawniające się od przedpołudnia problemy żołądkowe. Potężna biegunkę wywołałem sam serkami homogenizowanymi kupionymi w Lidlu podkoweńskim. Tak się cieszyłem, że wracam do Polski i zaniechałem w tej radości zwykłych środków ostrożności (zakaz serków białych, homo i kefirów, szczególnie wszystkich jednocześnie)...
6 razy zatem powtarzałem wątpliwą przyjemność gwałtownej defekacji. Udało mi się jednak z grubsza zrealizować plan, czyli zbliżyć się do Drohiczyna. Rozkładałem się na noc niedaleko Kłopotów, i jest to najlepsze podsumowanie tego dnia... Dobrze chociaż, że nocleg był wyjątkowo idylliczny!

Poranek na Suwalszczyźnie to zawsze wspaniałe przeżycie :)

Gdzieś po drodze, na Podlasiu

Dziadkowice, kościół
Udało mi się wstać wyjątkowo wcześnie, dzięki temu wygrałem wyścig z przeznaczeniem: zdążyłem na poranny pociąg regionalny relacji Suwałki - Białystok. Pierwszym celem był znajomy sklepik rowerowy w Łapach. Udało mi się dostać koszyk i przy okazji pogawędziłem z prezesem Łapskiego Towarzystwa Rowerowego... Ludzie na Podlasiu, wiadomo, życzliwi.
Moja trasa biegła przetartym torem - chciałem zahaczyć o Brańsk by skorzystać z tamtejszego dobrego kebaba. Niestety radość z konsumpcji zmąciły ujawniające się od przedpołudnia problemy żołądkowe. Potężna biegunkę wywołałem sam serkami homogenizowanymi kupionymi w Lidlu podkoweńskim. Tak się cieszyłem, że wracam do Polski i zaniechałem w tej radości zwykłych środków ostrożności (zakaz serków białych, homo i kefirów, szczególnie wszystkich jednocześnie)...
6 razy zatem powtarzałem wątpliwą przyjemność gwałtownej defekacji. Udało mi się jednak z grubsza zrealizować plan, czyli zbliżyć się do Drohiczyna. Rozkładałem się na noc niedaleko Kłopotów, i jest to najlepsze podsumowanie tego dnia... Dobrze chociaż, że nocleg był wyjątkowo idylliczny!

Poranek na Suwalszczyźnie to zawsze wspaniałe przeżycie :)

Gdzieś po drodze, na Podlasiu

Dziadkowice, kościół
Dystans156.48 km Czas08:21 Vśrednia18.74 km/h Podjazdy751 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Pożegnanie z Litwą
Ku mojemu zdziwieniu, po wspaniałym rajdzie nadniemeńskim, kolejny dzień zaczynał się od ładnych widoków i ciekawych zabytków. Niemal zdążyłem polubić Litwę, końcówka jednak sprowadziła mnie na ziemię. Do Kowna było jednak bardzo ciekawie i bezproblemowo. Samo Kowno podobało mi się bardziej od Wilna. Jest mniej poradzieckie, zdecydowanie. Starówka bardziej zwarta. Przedmieścia bardziej cywilizowane. Problemy zaczęły się gdy wyjechałem z Kowna.

[Kowno, czwarta stolica Litwy, zamek]
Za Garliavą znaki pokierowały mnie po prostu na nowiutką AUTOSTRADĘ (z prawdziwego zdarzenia). Przejechałem nią jakieś 9 km i żeby było zabawniej nikt na mnie nie trąbił :) Tak się skończyło olanie dokładniejszego mapowania końcówki trasy. Gdy pojawił się wreszcie pierwszy zjazd, z poczuciem ogromnej ulgi skorzystałem. Warto zauważyć, że zanim wjechałem na tę autostradę, nie było żadnych znaków zakazów rowerów i tabliczek z oznaczeniami autostrady... Problemy nawigacyjne miałem aż do wyjechania z Mariampola na Kalwarię. Moja mapa Litwy była po prostu zbyt poglądowa.
Końcówka trasa znowu była ciekawa i przyjazna rowerzyście. Przekroczyłem granicę w pięknej scenerii Suwalszczyzny i skierowałem się na Rutkę-Tartak. Przy drodze na Suwałki znalazłem nawet swietne miejsce na nocleg.
Z ciekawostek: na opłotkach Kowna trafiłem na najtańszy dyskont na Litwie - Lidla. Było to moje jedyne spotanie z Lidlem w krajach bałtyckich. Wstrząsów na łotewskich drogach okazał się także nie wytrzymać koszyk bidonu...

Czerwony Dwór (jeszcze nad Niemnem, przed Kownem)

Jeszcze na Litwie, nad Szeszupą. Pejzaż Sudovy
Ku mojemu zdziwieniu, po wspaniałym rajdzie nadniemeńskim, kolejny dzień zaczynał się od ładnych widoków i ciekawych zabytków. Niemal zdążyłem polubić Litwę, końcówka jednak sprowadziła mnie na ziemię. Do Kowna było jednak bardzo ciekawie i bezproblemowo. Samo Kowno podobało mi się bardziej od Wilna. Jest mniej poradzieckie, zdecydowanie. Starówka bardziej zwarta. Przedmieścia bardziej cywilizowane. Problemy zaczęły się gdy wyjechałem z Kowna.

[Kowno, czwarta stolica Litwy, zamek]
Za Garliavą znaki pokierowały mnie po prostu na nowiutką AUTOSTRADĘ (z prawdziwego zdarzenia). Przejechałem nią jakieś 9 km i żeby było zabawniej nikt na mnie nie trąbił :) Tak się skończyło olanie dokładniejszego mapowania końcówki trasy. Gdy pojawił się wreszcie pierwszy zjazd, z poczuciem ogromnej ulgi skorzystałem. Warto zauważyć, że zanim wjechałem na tę autostradę, nie było żadnych znaków zakazów rowerów i tabliczek z oznaczeniami autostrady... Problemy nawigacyjne miałem aż do wyjechania z Mariampola na Kalwarię. Moja mapa Litwy była po prostu zbyt poglądowa.
Końcówka trasa znowu była ciekawa i przyjazna rowerzyście. Przekroczyłem granicę w pięknej scenerii Suwalszczyzny i skierowałem się na Rutkę-Tartak. Przy drodze na Suwałki znalazłem nawet swietne miejsce na nocleg.
Z ciekawostek: na opłotkach Kowna trafiłem na najtańszy dyskont na Litwie - Lidla. Było to moje jedyne spotanie z Lidlem w krajach bałtyckich. Wstrząsów na łotewskich drogach okazał się także nie wytrzymać koszyk bidonu...

Czerwony Dwór (jeszcze nad Niemnem, przed Kownem)

Jeszcze na Litwie, nad Szeszupą. Pejzaż Sudovy











