Dystans319.62 km Czas14:45 Vśrednia21.67 km/h VMAX42.61 km/h Podjazdy1507 m
Dookoła Opola, czyli czas spadających mazurków
Kategoria >300 km

 Tęskniłem za tym zapachem podkładów kolejowych. Nawet trochę za tą wonią zastanej uryny, która nieodłącznie towarzyszy stacji Chorzów Miasto. W pociągu było jednak gorąco, maszynista dysponował co prawda otaśmowaną strefą wydzieloną, ale maskę na twarzy miała tylko kierowniczka pociągu. Po 7 miesiącach bez kontaktu z pociągiem łaknąłem anegdot. Nie zawiodłem się: ponoć na linii do Lublińca jakaś 73-latka popełniła samobójstwo. Kolejarki zaskakiwał nie tyle wiek samobójczyni, co pomysł by kłaść się pod ruszający pociąg.

Droga 494 z Olesna do Bierdzan była wyjątkowo spokojna, choć na obszarze Olesna obowiązuje ścieżka rowerowa… W Laskowitz i Budkowitz oraz w Friedrichsthal typowo śląskie klimaty. Niepokojąca czystość podwórzy, pozamiatane chodniki i wszyscy w maseczkach. Przezwać Friedrichsthal Zagwiździem to wyjątkowy sadyzm. Może zemsta za to, że 99 lat temu 81% mieszkańców głosowało tu w plebiscycie za Niemcami? Z Murowa do Kupa (chyba nie Kupy?) na odcinku ponad 4 km jechałem piękną aleją z dębów czerwonych. Odcinek z Kupa (Kupu?) do Ładzy był przeorany 2 metry w głąb. Kolejny remont, na zbyt krótkim odcinku bym go wypatrzył na mapach Google. Na szczęście idylliczny odcinek przez Bory Stobrawskie (Ładza – Popielów) wynagrodził mi niedogodności przedzierania się przez plac budowy. Od Popielowa walczę już z przeciwnym wiatrem i jadę przez często odwiedzane tereny: Lewin Brzeski oraz Niemodlin, gdzie szokuje mnie frekwencja tirów rozjeżdżających ładny niemodliński rynek. Gdy przecinam ohydne cielsko A4 symbolicznie wyjeżdżam z krainy autochtonów. W Magnuszowicach nie zastaję podwójnej tablicy, jest za to, dotąd nieobecny: brud, chaos i zrujnowane budynki. Nic nowego nie obserwuję też w naturze, nic poza kolejnymi łanami maków polnych, maków wątpliwych, firletek poszarpanych i chabrów przy drodze.

Towarzyszą mi na trasie kwitnące żarnowce i maki. W trzcinowiskach wydzierają się trzciniaki i trzcinniczki, wśród pól złocą się trznadle. No i właśnie za Niemodlinem trafiam na deszcz spadających podlotków. W zasadzie jest już po deszczu. Nowe miasto Tułowice (gdy byłem tu ostatnio – w 2016 r. – Tułowice były wsią i dopiero budowały ciąg pieszo-rowerowy) wita mnie widokiem sprasowanych pierzastych kulek szpaczych i wróblich. Sam przejeżdżam tuż obok struchlałego podlotka mazurka. Ożywia się dopiero gdy po niego sięgam. Wykazuje sporą żywotność, jest zdrowy i narowisty. Ma ładne, czyste upierzenie. Po pamiątkowej fotce daję mu sfrunąć z ręki. Za kilka dni będzie już samodzielny, a stres pozwoli mu zapamiętać by nie zbliżać się do jezdni.

Przed Moszną trafiam na dobrą drogę rowerową równoległą do drogi nr 409. Moim celem są teraz Głogówek i Głogowiec. Tradycyjnie zmieniłem plany w trakcie. Zmagania z wiatrem sprawiły, że zamiast jechać przez Białą, Racławice Śl. i Głubczyce postanawiam skrócić nieco trasę i przez rodowodowy (po kądzieli) Głogówek dostać się do Baborowa. Od Kujaw obserwuje co jakiś czas majowe gaiki. Pięknie, że lokalsi i moi odlegli krewniacy kultywują prastare obyczaje przodków. Jeszcze przed Głogowcem czeka mnie niespodzianka – droga całkiem rozgrzebana, zdarta do podkładu. Wycofuję się więc na… Racławice i przez Kietlice, Lisięcice oraz Grudynię zmierzam na Baborów. Tu teren zaczyna falować a słońce dogrzewać. Wigor odzyskuję na odcinku Baborów – Tworków. Do Krzyżanowic zmierzam kolejną ładną drogą rowerową i podziwiam Beskid Śląsko-Morawski, wcześniej z okolic Korfantowa i Głogówka widziałem zarys Jesioników. Resztki widności dopadam w Łaziskach Rybnickich, jestem tu po raz trzeci na rowerze. To najcenniejszy drewniany kościół w województwie. Przez Jastrzębie (jakże spokojne o 22), Warszowice, Kryry i Woszczyce zmierzam do Chorzowa. Tradycyjny ostatni postój na rozprostowanie kości robię w Bujakowie i gdzieś przed 2 w nocy ląduję w łóżku. Czeka mnie kolejny brzydkawy majowy weekend.


Podlotek mazurka rodem z Tułowic

Laskowice

Późna wiosna w pełni

Droga Kup - Łodza

Odra w Mikolinie

Wiosna w Szydłowcu

Niemodlin - ofiara krajówki

W drodze z Korfantowa do Moszny

Z Dębiny do Moszny

Głogówek City

Głogowiec Villa z widokiem na Jesioniki

Płaskowyż Głubczycki w gasnących żółciach rzepaku

Ale cudnie na płaskowyżu

Rynek w Baborowie

Tworków

Do Krzyżanowic - w tle góry

Łaziska Rybnickie - ostatnie chwile widności

U Jastrzębioków

Kryry

100 lat temu, miesiąc i 2 dni wcześniej powstał tu klub sportowy "Ruch" 


Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32822000
Dystans18.35 km Czas00:51 Vśrednia21.59 km/h Podjazdy161 m
SprzętMerida Drakar
Park Śląski
Dystans101.33 km Czas04:32 Vśrednia22.35 km/h Podjazdy762 m
Jaworzno - GSD - Sączów - Świerklaniec - Chorzów
Kategoria >100 km, blisko domu

Wiał zimny wiatr północny, gdy już jednak dotarłem nad opustoszałe Pogorie poczułem "górski" zew i ruszyłem przez Psary na GSD, Górę Siewierską i Wał Sączowski. Gdy już witałem się z gąską na widok otwartego kościoła, padł definitywnie akumulator. Takie są skutki nagrywania wykładów na YT. Manierystyczny ołtarz rodem z Radomska oparł mi się więc po raz kolejny. Z Sączowa jechałem przez Niezdarę i Świerklaniec do domu. 

Zarys gór widoczny z GSD

Między Górą Siewierską a Twardowicami

Sączów - u starego znajomego, św. Jakuba

Mapka:
https://ridewithgps.com/routes/32693022
Dystans73.02 km Czas03:10 Vśrednia23.06 km/h VMAX46.04 km/h Podjazdy505 m
Chorzów - GSD - Jaworzno
Kategoria blisko domu

Umajone, w zasadzie to umaczone pobocze towarzyszyło mojej peregrynacji do Michałkowic. Maki były pojedyncze, ale ich czerwień wyraźnie odcinała się na tle zieleni.
Na GSD panował przepełniony ptasimi śpiewami spokój. Ludzie zniknęli, pozostała na murku jedynie opaska z napisem: "chodzę z kijkami bo lubię". Przy Lesie Grodzieckim niosła się mdląca woń rzepaku, która mieszała się dalej z feerią zapachów przekwitających lilaków i czeremch. Nastrój prysł nad Pogorią - niemożebne tłumy opanowały alejki i plaże Pojezierza Zagłębiowskiego. Gdy skierowałem się na południe, chmury zaczęły gęstnieć na niebie, a wiatr zaczął zdmuchiwać mi maseczkę z brody. Większość "pogoriowiczów" maseczek nie miała wcale... Jak to w maju, nawet wrażenia z rutynowej trasy potrafiły zapaść w pamięci. Na koniec w Jaworznie powitały mnie piski jerzyków, wiosna przechodzi więc powoli w fazę schyłkową.


GSD po 2  miesiącach

Pogoria Trzecia



Dystans82.07 km Czas03:56 Vśrednia20.87 km/h Podjazdy682 m
SprzętMerida Drakar
Polami i lasami do Łazisk i ŚOB
Kategoria blisko domu


Tego było mi trzeba - tlenu. Swoboda oddychania przetrwała już tylko na izolowanych stanowiskach - w lasach. Odkurzyłem więc czołg i ruszyłem na słoneczne południe, czyli w rejon Chudowa, Orzesza, Wyr i Mikołowa. Zaskoczyły mnie kozy i krowy na polach oraz zdewastowanie Fiołkowej Góry przez Śląski Ogród Botaniczny, a konkretnie przez jego płot.


Za Panewnikami

Chudów

Bujaków

Kasztanowiec żółty

ŚOB - Sośnia Góra

Dmuchawce, latawce, wiatr

Cuda w Śmiłowicach

Trasa: Chorzów - Panewniki - Borowa Wieś - Chudów - Bujaków - Góra św. Wawrzyńca - Łaziska - Sośnia Góra - Fiołkowa Góra - Stracona Wioska - Śmiłowice - Stara Kuźnia - Panewniki - Rybaczówka - Chorzów
Dystans135.17 km Czas07:39 Vśrednia17.67 km/h Podjazdy2422 m
SprzętFocus Arriba 4.0 Uczestnicy
Przez Kiełek i Górę Ludwiki do sanatorium-krematorium

 Pierwszy w roku wypad w góry obfitował w przygody i zwroty akcji. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów dotarłem w góry blachosmrodem. Ostatni raz mój rower podróżował na dachu prawie dekadę temu... To był pierwszy raz w górach w tym roku i od razu z cyklotrekiem. Jak zwykle zaczynanie od cyklotreku było błędem, ale takie błędne decyzje zmieniają trasę w przygodową. A o to przecież chodzi - statystyki to tylko "nieme źródła historyczne". Wymiar trasie zawsze nadaje "styl przeżytych przygód" pisząc Messnerem. 

 Cyklotrek był nadspodziewanie trudny. Przyczyniło się do tego oznakowanie. Ostatni raz takie problemy orientacyjne miałem w słowackim masywie Čipčie, czyli na mini-Choczu. Tam także zaskoczyła mnie obecność szlaku. Nie nauczyłem się wiele od tego czasu, znów polazłem szlakiem (spacerowy żółty wg oznaczeń PTTK), którego przebiegu nie znałem. Chodzenie znakowanymi szlakami zawsze wyłącza samodzielną orientację, no i przyczynia kłopotów. Na wierzchołku Mount Kiełek zaskoczył mnie wysoki na jakieś 7-8 metrów prowizoryczny maszt ustawiony przez krótkofalowców. Tuz nad punktem osnowy! Podawali właśnie te swoje kody. Pomyślałem: cudacy (pozdrowienia dla Palmy, SW górą!), ale zaraz potem spojrzałem na siebie, włóczącego się po krzakach w rowerowym wdzianku, z dala od roweru... Ostatecznie lepiej wyznaczać trendy niż podążać za tłumem. Brawo Wy! Nie każdy idzie na bezszlakowe (formalnie szlak nie był szlakiem tj. był tylko spacerowy, nie turystyczny) góry z masztem na plecach :)

 W masywie Kiełka zaskoczył mnie nie tylko szlak spacerowy i krótkofalowcy, zaskoczyła mnie stromizna stoków. Postanowiłem schodzić bez szlaku, szerokim połogim płajem, ale szeroki płaj z kroku na krok zmieniał się w wąską ścieżynkę, aż zanikł całkowicie w jodłowym młodniku. Zgroza! Ciemniejsze były tylko piwnice na warszawskiej Woli w 1944... Tam całkiem straciłem orientację i tę przesadną pewność siebie (przecież tyle razy już chaszczowałem!). Truizm głoszący, że żadnej góry nie należy lekceważyć potrafi boleśnie smagnąć po kostkach. Dosłownie i w przenośni. Las, choć gatunkowo naturalny (jodłowo-bukowy) był zachwaszczony, pełen posuszu, wykrotów i pętli z jeżyn. Pętle z jeżyn potrafią nie tylko zniszczyć skarpetki, potrafią błyskawicznie wypoziomować każdego, kto nie patrzy pod nogi. Wtedy to, pośród jeżynowisk i jagodzisk trafiłem na bardzo strome zbocze, tak strome że ujrzałem cały masyw Babiej i Pasmo Policy. Po ułożeniu gór zorientowałem się także, że jestem po złej stronie góry. Cóż - musiałem zejść wprost do roweru ukrytego w świerkowym młodniku. Ten warunek potrafi bardzo utrudnić najbardziej nawet rozkoszne chaszczowanie.

Dalsza droga to były rozpaczliwe próby wyjścia z matni, czyli opuszczenia tych świerkowych wężowisk i dojścia do widocznego zarysu kolejnego płaju. Gdy już dotarłem do cywilizacji ukazał mi się... szlak spacerowy. Szkoda tylko, że tym odcinkiem nie szedłem w pierwszą stronę, nie wiedziałem więc gdzie jestem. Uratował mnie dopiero słupek oddziałowy sidzińskiego leśnictwa. Od tego momentu już tylko raz zmyliłem drogę - zszedłem prawie na dno sidzińskiej doliny. Zorientowałem się po altimetrze, który przezornie zabrałem ze sobą. Wtedy też niemal usiadłem na kosim gnieździe, kapitalnie wkomponowanym w skarpę głębocznicy. Spanikowana samica niemal wyleciała mi spod krocza. Gdyby się nie ruszyła nigdy bym nie zauważył tego gniazda. Leśne kosy nie zatraciły wspaniałej zdolności kamuflowania gniazd. Zarówno jednak leśne, jak i miejskie kosy są takimi samymi panikarzami. To spowodowało, że zaliczyłem wreszcie pierwsze zniesienie w tym roku. Gniazdobranie zaliczone! Wiosnę mogę wreszcie uznać za odbytą!  

Przydługie "Kiełkowanie" spowodowało 2 godziny straty czasowej do tajemniczego Tinkoffa, który w Zawoi zasłaniał mi widok na Diablaka. Dzięki temu spóźnieniu widziałem jednak drozda cień, znaczy prawdziwego turdusa merulę :P

Rozsierdził mnie prawdziwie dopiero koniec podjazdu na Górę Ludwiki. Kolumb, jak wiemy, odkrył Amerykę, historia wspomina go czule. Jam odkrył więcej, odkrywszy Ludwikę, bo naraz obydwie półkule - pisał mistrz Jan z Krakowa. Podjeżdżałem tym razem od północy (od pd. wjeżdżałem tu w 2016, wracając z Suchych Cipek) i odkryłem tę drugą półkulę. Mój pęd poznawczy wyhamowało wierzchowinowe błoto. Dalej było jeszcze trochę szutru do Wysokiej, a stamtąd już pospolite asfalty, którymi dotarłem do miejsca kaźni - do Rabki. 

 Przebywałem w tutejszym więzieniu (zwanym dla niepoznaki GORD-em) 23 lata temu. Taki spotkał mnie wyrok – bez sądu, bez prokuratorów. Odsiadywałem skoliozę. Skrzynka do której wrzucaliśmy listy z pozdrowieniami dla sprawców naszej gehenny (tj. do rodziców) jest wciąż w tym samym miejscu. Trwa na przekór czasom. GORD nie jest już GORD-em, teren ośrodka został rozorany pod nowe alejki, stary więzienny mur zastąpiony stalową siatką, po boisku do siaty nie pozostał nawet nikły ślad. Skrzynka jednak trwa, może zachowała w swojej metalowej pamięci naszą genialna akcję, by zbiorowo napisać do rodziców tekst: „Pozdrowienia z sanatorium-krematorium”. Jeszcze jedno się nie zmieniło – kraty w oknach. Z tym wybrzuszeniem, by skazaniec mógł zaczerpnąć trochę powietrza. Ten luksus był zresztą zarezerwowany dla weteranów. Takich co odsiadywali półroczne wyroki (byli tacy, rodzice ich nie kochali).

 W roku utraconego kwietnia, roku problemów z oddychaniem, taka puenta z więziennych wspomnień jest wysoce adekwatna!
Ulica Nowy Świat – nasza brama do reglamentowanej wolności (trasa do sklepów w centrum) – była całkiem rozorana, jakże to symboliczne. Mam nieodparte wrażenie, że nasz nowy wspaniały świat lat 20. XX wieku będzie właśnie jak Rabka. To znaczy jak moje wspomnienia z Górnośląskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzieci. Szczególnie te związane z Siostrą Ostrą i tym sympatycznym wuefistą na basenie (wyglądał jak Sean Connery przed 70), co przygniatał klapkami palce i serwował kopa z zaskoczenia stojącym na krawędzi głębokiego basenu – RIP.

W Rabce zaskoczyły mnie zmiany w parku. Ten park zawsze był piękny i rozległy. Jak dla mnie – jedyny poważny powód by odwiedzić Rabkę. W tutejszym drewniaku byłem po raz pierwszy… na egzaminie przewodnickim. W czasie niewoli GORD-yjskiej prowadzono nas karnymi oddziałami wyłącznie na msze do pobliskiego ceglaka.

Po wyjechaniu z Rabki dalszą trasę pokonywałem już pospolitym sposobem, czyli bez szczególnych przeżyć i wspomnień, po asfalcie. Mijałem też Żarnówkę, która była z kolei miejscem niemiłych wspomnień dla MalutkiejMiOdblaskowy drozd miał zaś swoje traumy w nieodległej Kasince. Te rabczańskie okolice kryją w sobie niezliczone mroczne historie. Dość powiedzieć, że wracałem przez matecznik ojca Natanka…



Ruscy są wszędzie, nawet pod Babią

Widok na Babią ze stoków Kiełka

Pierwsze jaja tej wiosny - w kapitalnym miejscu, na skarpie tuż nad ścieżką

Kosie jaja

W drodze na Górę Ludwiki

Po raz drugi przy dworze w Wysokiej

GORD zamienił się w ŚCRU...

Niesamowite. Do tej samej skrzynki 23 lata temu wrzucałem listy do domu

Powrót w dolinę Skawicy

Mapka: https://ridewithgps.com/routes/32661084

Dystans55.40 km Czas02:27 Vśrednia22.61 km/h Podjazdy329 m
Park Zielona
Kategoria blisko domu

Tym razem wyjechałem przed pracą. Było bardzo rześko, ale potem zrobiło się dużo groźniej i rozbudowane "gradowe" chmury przepędziły mnie do komputera. Najbliższe dwa dni czekają mnie w trybie zdalnym. 

W Parku Zielona, po raz pierwszy w głębi parku odkąd wjazd jest legalny...

Trasa: Chorzów - Grodziec - Łęknice - Psary - Wojkowice - Chorzów
Dystans67.11 km Czas03:19 Vśrednia20.23 km/h Podjazdy622 m
Płaskowyż Twardowicki (8/2020)
Kategoria blisko domu

 Wyjechałem późno, około 12, bo musiałem odbębnić zdalną pracę. Na polach i w głogowiskach upał i do 14 bezruch powietrza, potem wzmagający się wiatr, rosnące zachmurzenie, a na finał pierwsze krople (bez ciągu dalszego). Sporo jaskółek na Płaskowyżu, nawet makolągwy. Wszędzie kwitnące głogi i lilaki. Na Równej Górze syf, śmieci, kładowiec i rozwalony słupek punktu osnowy geologicznej, który posłużył za ławeczkę na koronaparty przy pobliskim ognisku . Przykre to wszystko...

Pod koniec czułem nogi, jechałem bardzo spokojnym tempem, ale dały o sobie znać trudy soboty. Temperatura była naprawdę zadziwiająco wysoka - w cieniu 25,9 w słońcu 29,6. To było mgnienie lata...


Równa Góra - symbol dewastacji

Sączów - majowe powitanie

Trasa: Chorzów - Wojkowice - Grodziec - Góra Siewierska - Toporowice - Najdziszów - Myszkowice - Sączów - Dobieszowice - Chorzów
Dystans367.98 km Czas16:56 Vśrednia21.73 km/h Podjazdy2144 m
Rajd małomiasteczkowy, czyli z wizytą w Opatowcu
Kategoria >300 km, Cyklotrek

 Nazwa mikro-wyprawy nawiązywała do faktu, że na jej trasie znalazły się dwa najmniejsze miasta w Polsce: Opatowiec i Wiślica. Gdybym jeszcze zahaczył o Koszyce, byłby tryplet! Przejechałem też przez piąte najmniejsze miasto Polski (Działoszyce) a siódme (Nowy Korczyn) minąłem podobnie jak Koszyce, o włos! Na 8 polskich miast liczących poniżej tysiąca dusz (8 cudów Polski!), aż pięć znajduje się na historycznym pograniczu Ziemi Krakowskiej i Sandomierskiej. Obszar to ciekawy historycznie i przyrodniczo, w dodatku o tej porze pulsujący barwami i zapachami. 

Zacznę jednak od początku, od lodowni jaka tradycyjnie dała mi w kość w Błędowie. Przemsza jest mściwa i tworzy takie zastoiska chłodu, że odnotowałem 0,6 stopnia i nawet pobyt nad Pogorią wspominałem jako tropiki (tam było komfortowe 2,7). Nawet zimowe skarpety nie sprawiły, że czułem pełen komfort, choć mgiełka tym razem była ażurowa, tzn. znośna. W Chorzowie jak zwykle mijałem same radiowozy, dopiero za Łośniem poczułem się swobodnie i zsunąłem mokrą maseczkę. Dalej było już tradycyjnie - maseczkę miałem na nosie przejeżdzając jedynie przez miasta i siedziby gmin. 

Towarzyszyło mi kwilenie piskląt i głosy ostrzegawcze kosów i pokrzewek. Za Przybysławicami w dolinie Szreniawy prześladował mnie ten sam zajadły kundel. Znów zachwycał mnie ptasi gwar nad Szreniawą, który najintensywniejszy jest w Sulisławicach i tuż za nimi, gdzie rzeczka zaczyna mocno meandrować. Usłyszałem pierwsze wilgi. Ptasi szczebiot towarzyszył mi w roli motywu przewodniego także na przerwie śniadaniowej na opłotkach Miechowa. Zająłem miejsce między rewirami kapturki i słowika. W samym Miechowie, na podjeździe na Bukowską Wolę mijałem słabych rowerzystów z "Grupy Rowerowej Murcki". Piękne mieli koszulki i gołe kolanka, ale formy podjazdowej nie mieli, podobnie jak rozsądku w zakresie zapobiegania artroskopii kolan. Widać stać ich na to, mnie nie. Dlatego jechałem wtedy jeszcze w długich nogawkach...

Interesująco wyglądały moje obserwacje mentalne. W Miechowie znów ludzie bardzo zdyscyplinowani i wszyscy w maseczkach. W Łośniu transparenty i plandeki z napisami oprotestowującymi budowę masztu 5G (o wpływie 5G na koronawirusa nic nie było). Za Skalbmierzem, gdzieś w Sielcu Biskupim płoty obwieszone transparentami oprotestowującymi budowę jakiejś biogazowni. Tłumy wycieczkowiczów i imprezowiczów w rezerwatach Ponidzia: Przęślinie (tam nigdy żywej duszy nie było!) i Skorocicach. Młodzieńcy rozjeżdżający murawy kserotermiczne na motorkach. Tragicznie wykonana ścieżka rowerowa Pasturka-Pińczów, wzbogacona 5-cm. wysokości progami. Oto Polska w pigułce. 

W okolicach Kazimierzy cieszyły oczy ciemne, żyzne i co ważne, wilgotne skiby ziemi. Tu i ówdzie radował mnie kwitnący rzepak. Widok potrzeszczy, kląskawek, pliszek żółtych i kuropatw nie należał do rzadkości, ba, w okolicach Kowali, nad Nidą mogłem usłyszeć piosenkę godową czajki. Ponidzie ptactwem stoi, zawsze tak było. Tradycyjnie w okolicach Wodzisławia, już po zmierzchu, miałem spotkanie z chrabąszczami majowymi, które krążyły jak Don Kiszot wokół każdej latarni przy drodze. Co jakiś czas słyszałem charakterystyczne chrupnięcie gdy najeżdżałem na zalegające drogę chrabąszcze. Same drogi jak zwykle były puste, jak za dawnych lat. Na odcinku Wodzisław - Żarnowiec panował  tradycyjny, niezmącony spokój. Najważniejsze, że dotarłem do miłków wiosennych i nasyciłem się wiosennym Ponidziem. To była rekompensata za utraconą przerwę wielkanocną. 

Na koniec, w Rokitnie dopadła mnie niespodziewanie ulewa. Przeczekałem w Łazach. Kolejny raz silna ulewa dorwała mnie w Ząbkowicach i łącznie straciłem ponad godzinę czasu. Powrót przez Pogorię (o przedświcie) i Grodziec (o świcie) miał jednak dzięki temu swój czar. Czar wynikał z mokrych nawierzchni i odbijania się w nich księżyca, ustępującego wschodzącemu słońcu. To była wyjątkowo piękna trasa, a od 11 do 17 panował pierwszy w tym roku mini-upał (w cieniu było ponad 26 stopni, w słońcu 29,6), który rozkosznie spędziłem w nadnidziańskim stepie! 

Galeria: https://photos.app.goo.gl/io5onW2K8sm5FGbW7

Mapka

Dystans73.85 km Czas03:29 Vśrednia21.20 km/h Podjazdy696 m
Płaskowyż Twardowicki (7/2020)
Kategoria blisko domu

Zrobiło się ładnie, więc po odwaleniu zdalnej pracy ruszyłem na Płaskowyż. Był odczuwalny boczny wiatr, zaskoczyło mnie też to, że droga z Myszkowic do Siemoni już wyasfaltowana, zaś częściowo wyeliminowana droga Pomłynie - Góra Siewierska. Oczywiście są to wszystko fragmenty rozrytej doszczętnie drogi wojewódzkiej. Niepokoi jednak fakt, że na odcinku Góra Siewierska - Strzyżowice, na podjeździe na "przeł. Cmentarną" budują "ścieżkę rowerową". Wróży to jak najgorzej... 

Góra Siewierska umajona

Polana głogowa na kueście triasowej

Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Góra Siewierska - Goląsza Górna - Góra S. - Podzwonek - Brzekowice Wał - Twardowice - Myszkowice - Dziewicza Góra - Sączów - Dobieszowice - Chorzów