Dystans12.13 km Czas00:35 Vśrednia20.79 km/h Podjazdy 90 m
SprzętMerida Drakar
Dystans12.23 km Czas00:36 Vśrednia20.38 km/h Podjazdy 91 m
SprzętMerida Drakar
Dystans412.24 km Czas18:51 Vśrednia21.87 km/h Podjazdy2463 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dookoła Kielc, czyli Miedzianka, Bartek i inne atrakcje
Ten rok przełomów i przeciwności sprawił, że z pewnością nie należy go traktować wyprawowo. Skoro zaś nie trzeba szlifować formy w górach, to można… pojechać w Góry Świętokrzyskie, które górami są tylko z nazwy. Prawdziwym celem trasy było zdobycie Miedzianki. Mount Miedzianka była w moich planach od dawna i od zawsze była nie po drodze. Dwakroć przejeżdżałem tuż obok, ale zawsze w biegu. Kiedy jednak nadrobić zaległości, jak nie w czerwcu?
Tym razem – o dziwo! – rano było dość ciepło i – rzecz jasna, poza Błędowem – bezmgielnie. Brakowało mi więc trochę tego poczucia dyskomfortu, ziębnięcia, braku widoczności. Czułem się nieswojo – niczym ta śmiertelnie potrącona puchata kuna domowa w Chechle. W Złożeńcu na siedzibie OSP uwijały się przy gniazdach jaskółki oknówki. Z kolei w Sławniowie za Pilicą labrador przeciągał przez drogę idealnie zachowany i okryty sierścią szkielet sarny… Widok dość zapadający w pamięć!
Wśród zielonych pól zwracały na siebie uwagę mocno już wyrośnięte zboża. Na asfalcie zaczęły dominować truchła żab i ropuch – najlepszy dowód na to że sezon lęgowy ptaków dobiega końca. W Nagłowicach poroszenie – kiełbaski, muzyka, flagi – jakieś święto Groszka. Tego Groszka – sieci sklepów w typie żabkoida… W lasach nagłowickich truchła rozprasowanych żab, ale też pierwsze w tym roku poziomki. Odkrywam też że mam rozładowaną komórkę i zapomniałem ją naładować dzień wcześniej. Przyroda próbuje mi to chyba wynagrodzić, bo słyszę kilka razy przepiórki i kilka razy o mało nie zaliczam kolizji z ptakami, które kończą sezon lęgowy i uwijają się jak w ukropie.
Prawdziwą bujną zieleń miałem okazję podziwiać z Miedzianki, i na Miedziance, i pod Miedzianką, i na miedzach. Czerwcowa rozkosz! Na odcinku od Bocheńca do Korzeńca zadziwiła mnie znakomita droga rowerowa poprowadzona wzdłuż trasy 762. Po cyklotreku na Miedziance (łatwo tu wjechać góralem na sam wierzchołek) ruszyłem na północ – do Zagnańska i Bartka. Pod Bartkiem było sporo ludzi, ale na parkingu ani jednego autobusu. Dotarłem tu po raz trzeci (po raz drugi na rowerze). Czas był zgodny z „harmonogramem”, postanowiłem więc przebić się przez Pasmo Masłowskie dookoła Kielc. Przez Kajetanów do Masłowa. Okazało się to niewykonalne. Musiałem wycofać się "na drugi krąg", w rejon Występy i Klonowa i dopiero stamtąd dotarłem pod Masłów. Straciłem na tym nakładaniu drogi mnóstwo czasu i pomimo dobrego tempa przez Daleszyce i Pierzchnicę, już w Chmielniku wiedziałem, że nie zdążę na wymarzony zachód słońca spod kaplicy św. Anny w Pińczowie. Brakło mi w sumie niewiele, jakieś 20 minut. Odbiłem to sobie dłuższą nasiadówą z widokiem na Pińczów...
Ostatni etap - nocny - odbywał się już bez przygód, w typowej dla Międzymierzawia kompletnej ciszy i pustce, bez towarzystwa samochodów. Ostatnie blachosmrody mijały mnie gdzieś pod Wrocieryżem. Tradycyjnie w Niegosławicach nad Mierzawą atakował mnie ten sam co zawsze kundel a właściciel zdaje się wciąż na wolności... W Polsce szczucie jest sportem narodowym. Już w Wodzisławiu panował bezruch i trwał aż do Żarnowca. Dopiero droga Żarnowiec - Pilica przywróciła mnie do życia, tym bardziej że zaczęło się robić zimno. Nudziłem się też przednio i pierwsze starcie z poranna mgiełką w Rokitnie Szlacheckim zniechęciło mnie do dalszej jazdy. Nie dociągnąłem nawet do Wiesiółki, tylko użerałem się ze schodami na wczesnoporannym dworcu w Łazach.
Wszystko co najpiękniejsze na tej rasie spotkało mnie w okolicach Miedzianki, trzeba było zabrać namiot i miedziankować o wschodzie słońca. Kiedyś tak zrobię! Najważniejsze, że mój pierwszy raz na Miedziance był w dobrym stylu. Świętokrzyskie wiosną to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej. Radość z zerwania się z uwięzi kowidowej przyczyniła się do pierwszej trasy powyżej 400 km od 4 lat. Tak bardzo byłem zdesperowany, choć długich dystansów nie lubię i nie cenię oraz traktuję od zawsze jako namiastkę prawdziwej rowerowej przygody.

Miedzianka

Odbicia wschodu w Ząbkowicach

Złożeniec i idealny nowy asfalcik

Sędziszów

Dwór w Pawłowicach (pod Sędziszowem)

Drewniak w Trzcińcu

Oksa

W drodze na Węgleszyn

Nieudany przejazd w Karsznicach. Nawierzchnia wywołała odwrót.

Miedzianka od strony ataku (diretissima)

Na samiuśkim szczycie Miedzianki

Bartek po raz drugi na rowerze

Otoczenie sporo się zmieniło, ale Bartek ani trochę

Kielce - miasto wśród gór... widok z Masłowa

Daleszyce

Rynek w Chmielniku

Pińczów już w ciemności

Lumix słabo sobie radził

Ślimak wodzisławski

Łany Średnie - Podlas: nawet psów tu mało, może bały się pełni?

Pełnia w Żarnowcu

Łazy o poranku, czyli koniec rajdu.
Trasa:
Ten rok przełomów i przeciwności sprawił, że z pewnością nie należy go traktować wyprawowo. Skoro zaś nie trzeba szlifować formy w górach, to można… pojechać w Góry Świętokrzyskie, które górami są tylko z nazwy. Prawdziwym celem trasy było zdobycie Miedzianki. Mount Miedzianka była w moich planach od dawna i od zawsze była nie po drodze. Dwakroć przejeżdżałem tuż obok, ale zawsze w biegu. Kiedy jednak nadrobić zaległości, jak nie w czerwcu?
Tym razem – o dziwo! – rano było dość ciepło i – rzecz jasna, poza Błędowem – bezmgielnie. Brakowało mi więc trochę tego poczucia dyskomfortu, ziębnięcia, braku widoczności. Czułem się nieswojo – niczym ta śmiertelnie potrącona puchata kuna domowa w Chechle. W Złożeńcu na siedzibie OSP uwijały się przy gniazdach jaskółki oknówki. Z kolei w Sławniowie za Pilicą labrador przeciągał przez drogę idealnie zachowany i okryty sierścią szkielet sarny… Widok dość zapadający w pamięć!
Wśród zielonych pól zwracały na siebie uwagę mocno już wyrośnięte zboża. Na asfalcie zaczęły dominować truchła żab i ropuch – najlepszy dowód na to że sezon lęgowy ptaków dobiega końca. W Nagłowicach poroszenie – kiełbaski, muzyka, flagi – jakieś święto Groszka. Tego Groszka – sieci sklepów w typie żabkoida… W lasach nagłowickich truchła rozprasowanych żab, ale też pierwsze w tym roku poziomki. Odkrywam też że mam rozładowaną komórkę i zapomniałem ją naładować dzień wcześniej. Przyroda próbuje mi to chyba wynagrodzić, bo słyszę kilka razy przepiórki i kilka razy o mało nie zaliczam kolizji z ptakami, które kończą sezon lęgowy i uwijają się jak w ukropie.
Prawdziwą bujną zieleń miałem okazję podziwiać z Miedzianki, i na Miedziance, i pod Miedzianką, i na miedzach. Czerwcowa rozkosz! Na odcinku od Bocheńca do Korzeńca zadziwiła mnie znakomita droga rowerowa poprowadzona wzdłuż trasy 762. Po cyklotreku na Miedziance (łatwo tu wjechać góralem na sam wierzchołek) ruszyłem na północ – do Zagnańska i Bartka. Pod Bartkiem było sporo ludzi, ale na parkingu ani jednego autobusu. Dotarłem tu po raz trzeci (po raz drugi na rowerze). Czas był zgodny z „harmonogramem”, postanowiłem więc przebić się przez Pasmo Masłowskie dookoła Kielc. Przez Kajetanów do Masłowa. Okazało się to niewykonalne. Musiałem wycofać się "na drugi krąg", w rejon Występy i Klonowa i dopiero stamtąd dotarłem pod Masłów. Straciłem na tym nakładaniu drogi mnóstwo czasu i pomimo dobrego tempa przez Daleszyce i Pierzchnicę, już w Chmielniku wiedziałem, że nie zdążę na wymarzony zachód słońca spod kaplicy św. Anny w Pińczowie. Brakło mi w sumie niewiele, jakieś 20 minut. Odbiłem to sobie dłuższą nasiadówą z widokiem na Pińczów...
Ostatni etap - nocny - odbywał się już bez przygód, w typowej dla Międzymierzawia kompletnej ciszy i pustce, bez towarzystwa samochodów. Ostatnie blachosmrody mijały mnie gdzieś pod Wrocieryżem. Tradycyjnie w Niegosławicach nad Mierzawą atakował mnie ten sam co zawsze kundel a właściciel zdaje się wciąż na wolności... W Polsce szczucie jest sportem narodowym. Już w Wodzisławiu panował bezruch i trwał aż do Żarnowca. Dopiero droga Żarnowiec - Pilica przywróciła mnie do życia, tym bardziej że zaczęło się robić zimno. Nudziłem się też przednio i pierwsze starcie z poranna mgiełką w Rokitnie Szlacheckim zniechęciło mnie do dalszej jazdy. Nie dociągnąłem nawet do Wiesiółki, tylko użerałem się ze schodami na wczesnoporannym dworcu w Łazach.
Wszystko co najpiękniejsze na tej rasie spotkało mnie w okolicach Miedzianki, trzeba było zabrać namiot i miedziankować o wschodzie słońca. Kiedyś tak zrobię! Najważniejsze, że mój pierwszy raz na Miedziance był w dobrym stylu. Świętokrzyskie wiosną to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej. Radość z zerwania się z uwięzi kowidowej przyczyniła się do pierwszej trasy powyżej 400 km od 4 lat. Tak bardzo byłem zdesperowany, choć długich dystansów nie lubię i nie cenię oraz traktuję od zawsze jako namiastkę prawdziwej rowerowej przygody.

Miedzianka

Odbicia wschodu w Ząbkowicach

Złożeniec i idealny nowy asfalcik

Sędziszów

Dwór w Pawłowicach (pod Sędziszowem)

Drewniak w Trzcińcu

Oksa

W drodze na Węgleszyn

Nieudany przejazd w Karsznicach. Nawierzchnia wywołała odwrót.

Miedzianka od strony ataku (diretissima)

Na samiuśkim szczycie Miedzianki

Bartek po raz drugi na rowerze

Otoczenie sporo się zmieniło, ale Bartek ani trochę

Kielce - miasto wśród gór... widok z Masłowa

Daleszyce

Rynek w Chmielniku

Pińczów już w ciemności

Lumix słabo sobie radził

Ślimak wodzisławski

Łany Średnie - Podlas: nawet psów tu mało, może bały się pełni?

Pełnia w Żarnowcu

Łazy o poranku, czyli koniec rajdu.
Trasa:
Dystans323.22 km Czas15:11 Vśrednia21.29 km/h VMAX57.81 km/h Podjazdy2824 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rajd Orlich Gniazd, czyli parszywa trzynastka
Miałem wstać o 4 rano i podjechać pociągiem do Poraja (tak odmieniają lokalsi), ale pełnia Księżyca obudziła mnie o 1:51. Rozsierdzony zerwałem się więc, sprawdziłem prognozę, spakowałem i wskoczyłem na rower. Tuż przed 3 w nocy wyruszyłem i… wpierw musiałem uciekać przed nieprzyjemnymi wyziewami chemicznymi (Chorzów Stary) a następnie przed „misterium wstającej mgły”.
Nawet słowiki się zamknęły nad Brynicą, uciszone przez pełzające, lodowate jęzory mgły. Marzyłem o momencie gdy zacznie się podjazd na Próg Woźnicki, i faktycznie: tam mgły się rozstąpiły i wróciły dopiero za Koziegłowami. W mlecznej scenerii, w ciszy, wśród konturów wyłaniających się sprzed snopu światła pni drzew, podążałem więc slalomem przez dziury i wyboje drogi Strąków – Cynków. Gdy mijając tabliczkę Poraj cieszyłem się już na myśl o kolejnym podjeździe i uwolnieniu od ostrego cienia mgły – wtedy to napotkałem czeluść. Skasowany całkiem (zniknięty) most na Warcie. To była spora niespodzianka – bo pod koniec kwietnia, gdy byłem tu ostatnio nic nie wskazywało na takie plany…
Jak to często bywa po fatalnym początku - po marznięciu w temp. 1,4 stopnia (Poraj), po przemoczeniu mgłą – nastąpiło przełamanie. W Choroniu ujrzałem wreszcie skrawek pogodnego nieba, w Olsztynie nieboskłon ukazał mi już cały swój majestat. W Olsztynie, Ostrężniku, Przewodziszowicach, nawet w Mirowie i Bobolicach – wszędzie witały mnie chłód i bezludność. Dopiero w Ogrodzieńcu spotkałem jurajską stonkę turystyczną. Na zamku w Smoleniu trafiali się pojedynczy zwiedzający, ale tylko ja byłem bezbiletny, bo bezczelnie ominąłem kasę podjeżdżając od strony lasu czarnym szlakiem i dziwiąc się, że można to spokojnie zrobić na trekkingu. Z tych 8 orlich gniazd zaskoczył negatywnie głównie Mirów, który w tygodniu, o tak wczesnej porze miał… otwartą kasę! Jakieś jaja…
Zanim dotarłem do budzącego się Ogrodzieńca, zrobiłem sobie przerwę przy ośrodku ZHP Amonit w Siamoszycach. Wszędzie dobrze, ale na starych śmieciach najbezpieczniej. Brama zabezpieczona łańcuchem, na kimś kto nie wie jak łatwo wjechać od drugiej strony musiało robić wrażenie ;) W każdym razie był to pierwszy widoczny objaw Covida, bo o tej porze Zamonit zawsze tętni życiem…
Kolejnym zdziwieniem na trasie były dobrze mi znane ruinki kościoło-warowni w Krzywopłotach/Bydlinie. Jakiś czas temu coś tu grzebali i proszę: odsłonięte okopy z I wojny, porządny opis. Z minusów: wyszutrowana ścieżka i ławki. Całkiem zniszczyło to atmosferę miejsca. Gdy byłem tu ostatnio przestraszyły mnie właśnie pryzmy żwirku…
Od Bydlina do Jaroszowca ścigałem się z jakimś jadącym na lekko „trenującym” na góralu, co poprawiło mi tempo i sprawiło, że z rozmachem podjeżdżałem na Bogucin. Ostatni odcinek gruntówką, pod zamek Rabsztyn, był jednak beznadziejny. Same kałuże i błoto. Choć Rabsztyn był dziesiątym orlim gniazdem na mojej trasie, to nie był to strzał w „10”. Kałuże, błoto, chmury. Z kolei odcinek do wsi Troks to wreszcie skończony nowy asfalt (droga na Jangrot), ale też zadziwiający ruch pojazdów (było coś między 12 a 13). Skrót „przez grzbiety” do Kosmolowa okazał się tragiczną pomyłką. Fajnie jeździ się tu na góralu, ale dla trekkinga te „przeręble” w asfalcie są nie do ominięcia…
Gdy już dotarłem „w bulu i nadzieji” do asfatu nr 773, zaczęła się najprzyjemniejsza część trasy, czyli rajd doliną Prądnika aż po Biały Kościół. Minąłem więc jedenastkę (Pieskowa) i dwunastkę na trasie. Przy dwunastce, znaczy się przy Ojcowie parking zapełniony po brzegi, wszędy tłumy szwędających się człapaków. Było zatem jak zwykle – z tą różnicą, że nie było autobusów wycieczkowych.
Podjazd na Biały Kościół i dalej, do Bębła ujawnił mały kryzysik. Moja trasa była mocno interwałowa, na tym etapie miałem już sporo ponad 2000 metrów przewyższenia, a przecież jechałem tylko przez Jurę. "Odkryłem" to wszystko na tym odcinku, poczułem nogi i zacząłem dogorywać na podjazdach. Wtedy też podjąłem dziwną decyzję by przy pierwszej okazji zjechać w Dolinę Będkowską. To nie był błąd, to był wielki wielbłąd. Władowałem się w błotną maź, musiałem 2 razy przenosić rower, cały się upaćkałem i zanim dotarłem do biegnącej doliną asfaltówki miałem już serdecznie dość. W dolinie zrobiło się zresztą przejmująco zimno. W tych chwilach słabości myślałem by zakończyć rajd w Jaworznie. W dodatku skończyły mi się zapasy i musiałem dokonać aprowizacji w Rudawie.
Gdy jednak znalazłem się w tenczyńskich lasach, zregenerowałem siły. Przyczyną była pewnie płaskość odcinka. Ta chwila wytchnienia była bezcenna. Zamek Tenczyn był trzynastym orlim gniazdem na mojej trasie. Z racji tego, że gonił mnie czas (musiałem być w czwartek rano w pracy) nie podjeżdżałem pod sam zamek, ale odkąd stał się sanktuarium komercji totalnie mnie nie pociąga. Do Chrzanowa gnałem już znowu rześki jak niemowlaczek. W niezłym tempie przejechałem Baliny, Jaworzna i Pogorie, by równo o zmierzchu ucałować dziękczynnie próg własnego mieszkania - feci, quod potui, faciant meliora potentes!
Zaiste, był to chyba mój najtrudniejszy rajd na lekko - poza górami - w krótkim czasie. Taka wyżynna, interwałowa trzysetka z pier.olnięciem! Od przedświtu do zachodu. Dobrze przepracowany czerwcowy dzień!

Cynków już za mną, zorza poranna przede mną

Mgły ponownie dopadły mnie nad zbiornikiem Poraj

Olsztyn w porannym słońcu - cudnie, jak dobrze mieć blisko na Jurę i w góry. Jak dobrze mieszkać w woj. śląskim!

Ostrężnik, podszedłem pod same mury. Dawno tu nie byłem...

Przewidziszowice, bezludne! Uroki tygodnia na Jurze są warte marznięcia w mgle o przedświcie.

Mirów - kasa była już czynna!

Bobolice jeszcze spały

Ogrodzieniec powoli budził się do jarmarku tandety. To jest kwintesencja małopolskiego wyczucia harmonii krajobrazu

Ryczów - orle gniazdo numer 7 na trasie

Ósmy cud trasy, czyli Smoleń. Tu byli już pierwsi turyści, ale kasa jest łatwa do ominięcia (kmwtw)

Dziewiątka, czyli Bydlin-Krzywopłoty. Na wygodnej ławce (skandal) zrobiłem sobie piknik.

Dyszka wypadła w Rabsztynie. Remont, błoto, nieoczekiwany zaduch i duży ruch na drogach - przestało być fajnie, to nie był strzał w dziesiątkę.

Jedenastka skompletowana w Pieskowej Skale. Który to już raz na rowerze? O takich kwotach mówimy już ilość, bo są niepoliczalne :P

Dwunasty apostoł w łańcuchu orlich gniazd. Na parkingu tradycyjnie pełno, ludzi też sporo

No i jest: parszywa trzynastka. Odcinek między 12 a 13 gniazdem był najtrudniejszy. Przewyższenie było tu niczego sobie.

Chrzanowski rynek po raz trzeci (tylko w tym roku!)

Pogoria w złotej godzinie. Jak jej nie kochać?
Trasa:
Miałem wstać o 4 rano i podjechać pociągiem do Poraja (tak odmieniają lokalsi), ale pełnia Księżyca obudziła mnie o 1:51. Rozsierdzony zerwałem się więc, sprawdziłem prognozę, spakowałem i wskoczyłem na rower. Tuż przed 3 w nocy wyruszyłem i… wpierw musiałem uciekać przed nieprzyjemnymi wyziewami chemicznymi (Chorzów Stary) a następnie przed „misterium wstającej mgły”.
Nawet słowiki się zamknęły nad Brynicą, uciszone przez pełzające, lodowate jęzory mgły. Marzyłem o momencie gdy zacznie się podjazd na Próg Woźnicki, i faktycznie: tam mgły się rozstąpiły i wróciły dopiero za Koziegłowami. W mlecznej scenerii, w ciszy, wśród konturów wyłaniających się sprzed snopu światła pni drzew, podążałem więc slalomem przez dziury i wyboje drogi Strąków – Cynków. Gdy mijając tabliczkę Poraj cieszyłem się już na myśl o kolejnym podjeździe i uwolnieniu od ostrego cienia mgły – wtedy to napotkałem czeluść. Skasowany całkiem (zniknięty) most na Warcie. To była spora niespodzianka – bo pod koniec kwietnia, gdy byłem tu ostatnio nic nie wskazywało na takie plany…
Jak to często bywa po fatalnym początku - po marznięciu w temp. 1,4 stopnia (Poraj), po przemoczeniu mgłą – nastąpiło przełamanie. W Choroniu ujrzałem wreszcie skrawek pogodnego nieba, w Olsztynie nieboskłon ukazał mi już cały swój majestat. W Olsztynie, Ostrężniku, Przewodziszowicach, nawet w Mirowie i Bobolicach – wszędzie witały mnie chłód i bezludność. Dopiero w Ogrodzieńcu spotkałem jurajską stonkę turystyczną. Na zamku w Smoleniu trafiali się pojedynczy zwiedzający, ale tylko ja byłem bezbiletny, bo bezczelnie ominąłem kasę podjeżdżając od strony lasu czarnym szlakiem i dziwiąc się, że można to spokojnie zrobić na trekkingu. Z tych 8 orlich gniazd zaskoczył negatywnie głównie Mirów, który w tygodniu, o tak wczesnej porze miał… otwartą kasę! Jakieś jaja…
Zanim dotarłem do budzącego się Ogrodzieńca, zrobiłem sobie przerwę przy ośrodku ZHP Amonit w Siamoszycach. Wszędzie dobrze, ale na starych śmieciach najbezpieczniej. Brama zabezpieczona łańcuchem, na kimś kto nie wie jak łatwo wjechać od drugiej strony musiało robić wrażenie ;) W każdym razie był to pierwszy widoczny objaw Covida, bo o tej porze Zamonit zawsze tętni życiem…
Kolejnym zdziwieniem na trasie były dobrze mi znane ruinki kościoło-warowni w Krzywopłotach/Bydlinie. Jakiś czas temu coś tu grzebali i proszę: odsłonięte okopy z I wojny, porządny opis. Z minusów: wyszutrowana ścieżka i ławki. Całkiem zniszczyło to atmosferę miejsca. Gdy byłem tu ostatnio przestraszyły mnie właśnie pryzmy żwirku…
Od Bydlina do Jaroszowca ścigałem się z jakimś jadącym na lekko „trenującym” na góralu, co poprawiło mi tempo i sprawiło, że z rozmachem podjeżdżałem na Bogucin. Ostatni odcinek gruntówką, pod zamek Rabsztyn, był jednak beznadziejny. Same kałuże i błoto. Choć Rabsztyn był dziesiątym orlim gniazdem na mojej trasie, to nie był to strzał w „10”. Kałuże, błoto, chmury. Z kolei odcinek do wsi Troks to wreszcie skończony nowy asfalt (droga na Jangrot), ale też zadziwiający ruch pojazdów (było coś między 12 a 13). Skrót „przez grzbiety” do Kosmolowa okazał się tragiczną pomyłką. Fajnie jeździ się tu na góralu, ale dla trekkinga te „przeręble” w asfalcie są nie do ominięcia…
Gdy już dotarłem „w bulu i nadzieji” do asfatu nr 773, zaczęła się najprzyjemniejsza część trasy, czyli rajd doliną Prądnika aż po Biały Kościół. Minąłem więc jedenastkę (Pieskowa) i dwunastkę na trasie. Przy dwunastce, znaczy się przy Ojcowie parking zapełniony po brzegi, wszędy tłumy szwędających się człapaków. Było zatem jak zwykle – z tą różnicą, że nie było autobusów wycieczkowych.
Podjazd na Biały Kościół i dalej, do Bębła ujawnił mały kryzysik. Moja trasa była mocno interwałowa, na tym etapie miałem już sporo ponad 2000 metrów przewyższenia, a przecież jechałem tylko przez Jurę. "Odkryłem" to wszystko na tym odcinku, poczułem nogi i zacząłem dogorywać na podjazdach. Wtedy też podjąłem dziwną decyzję by przy pierwszej okazji zjechać w Dolinę Będkowską. To nie był błąd, to był wielki wielbłąd. Władowałem się w błotną maź, musiałem 2 razy przenosić rower, cały się upaćkałem i zanim dotarłem do biegnącej doliną asfaltówki miałem już serdecznie dość. W dolinie zrobiło się zresztą przejmująco zimno. W tych chwilach słabości myślałem by zakończyć rajd w Jaworznie. W dodatku skończyły mi się zapasy i musiałem dokonać aprowizacji w Rudawie.
Gdy jednak znalazłem się w tenczyńskich lasach, zregenerowałem siły. Przyczyną była pewnie płaskość odcinka. Ta chwila wytchnienia była bezcenna. Zamek Tenczyn był trzynastym orlim gniazdem na mojej trasie. Z racji tego, że gonił mnie czas (musiałem być w czwartek rano w pracy) nie podjeżdżałem pod sam zamek, ale odkąd stał się sanktuarium komercji totalnie mnie nie pociąga. Do Chrzanowa gnałem już znowu rześki jak niemowlaczek. W niezłym tempie przejechałem Baliny, Jaworzna i Pogorie, by równo o zmierzchu ucałować dziękczynnie próg własnego mieszkania - feci, quod potui, faciant meliora potentes!
Zaiste, był to chyba mój najtrudniejszy rajd na lekko - poza górami - w krótkim czasie. Taka wyżynna, interwałowa trzysetka z pier.olnięciem! Od przedświtu do zachodu. Dobrze przepracowany czerwcowy dzień!

Cynków już za mną, zorza poranna przede mną

Mgły ponownie dopadły mnie nad zbiornikiem Poraj

Olsztyn w porannym słońcu - cudnie, jak dobrze mieć blisko na Jurę i w góry. Jak dobrze mieszkać w woj. śląskim!

Ostrężnik, podszedłem pod same mury. Dawno tu nie byłem...

Przewidziszowice, bezludne! Uroki tygodnia na Jurze są warte marznięcia w mgle o przedświcie.

Mirów - kasa była już czynna!

Bobolice jeszcze spały

Ogrodzieniec powoli budził się do jarmarku tandety. To jest kwintesencja małopolskiego wyczucia harmonii krajobrazu

Ryczów - orle gniazdo numer 7 na trasie

Ósmy cud trasy, czyli Smoleń. Tu byli już pierwsi turyści, ale kasa jest łatwa do ominięcia (kmwtw)

Dziewiątka, czyli Bydlin-Krzywopłoty. Na wygodnej ławce (skandal) zrobiłem sobie piknik.

Dyszka wypadła w Rabsztynie. Remont, błoto, nieoczekiwany zaduch i duży ruch na drogach - przestało być fajnie, to nie był strzał w dziesiątkę.

Jedenastka skompletowana w Pieskowej Skale. Który to już raz na rowerze? O takich kwotach mówimy już ilość, bo są niepoliczalne :P

Dwunasty apostoł w łańcuchu orlich gniazd. Na parkingu tradycyjnie pełno, ludzi też sporo

No i jest: parszywa trzynastka. Odcinek między 12 a 13 gniazdem był najtrudniejszy. Przewyższenie było tu niczego sobie.

Chrzanowski rynek po raz trzeci (tylko w tym roku!)

Pogoria w złotej godzinie. Jak jej nie kochać?
Trasa:
Dystans138.75 km Czas06:23 Vśrednia21.74 km/h Podjazdy783 m
SprzętMerida Drakar
Przez Lasy Lublinieckie do Siewierza
Pojechałem tradycyjną trasą by uniknąć poniedziałkowego ruchu, czyli na Świerklaniec, Chechło, Mikołeskę i tym razem zamiast pchać się na Zieloną pojechałem na Pasieki, a stamtąd przez przysiółki ("dzielnice") Woźnik typu Kolonia Woźnicka czy Dąbrowa Wielka do Cynkowa i dalej już tradycyjnie na Brudzowice, Siewierz i przez Pogorie do domu. Procentował fakt, że w poniedziałkowym grafiku nie miałem zbyt wiele zdalnych zajęć. Po deszczu miejscami było nieprzyjemnie. W Kolonii Woźnickiej ostatnio byłem w 2001 roku...

Kwietne okolice Świerklańca

W drodze na Mikołeskę

Pasieki

Porzucony, zaniedbany (kołtuny sierści), a mimo to wciąż ufny i lgnący do ludzi - ofiara "miłośników psów". Było mi go żal, a rzadko żywię takie uczucia wobec psów...

Siewierz z żabiej perspektywy

Bez czarny strzegący GSD
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32858732
Pojechałem tradycyjną trasą by uniknąć poniedziałkowego ruchu, czyli na Świerklaniec, Chechło, Mikołeskę i tym razem zamiast pchać się na Zieloną pojechałem na Pasieki, a stamtąd przez przysiółki ("dzielnice") Woźnik typu Kolonia Woźnicka czy Dąbrowa Wielka do Cynkowa i dalej już tradycyjnie na Brudzowice, Siewierz i przez Pogorie do domu. Procentował fakt, że w poniedziałkowym grafiku nie miałem zbyt wiele zdalnych zajęć. Po deszczu miejscami było nieprzyjemnie. W Kolonii Woźnickiej ostatnio byłem w 2001 roku...

Kwietne okolice Świerklańca

W drodze na Mikołeskę

Pasieki

Porzucony, zaniedbany (kołtuny sierści), a mimo to wciąż ufny i lgnący do ludzi - ofiara "miłośników psów". Było mi go żal, a rzadko żywię takie uczucia wobec psów...

Siewierz z żabiej perspektywy

Bez czarny strzegący GSD
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32858732
Dystans44.53 km Czas02:11 Vśrednia20.40 km/h Podjazdy251 m
SprzętMerida Drakar
Twierdza BŚ oraz leśne szwędanie
Zakończenie miesiąca po traumatycznym kwietniu. Była cudowna pogoda, rekordy słoneczności - były trzy tygodnie więzienia. Zaczęli luzować łańcuch - siadła pogoda :(
Maj był w typie "chmurny, durny, zimny, wietrzny, z kwietniem sprzeczny". Udało mi się z mozołem przebić najazdem marzec a nawet nie zaliczyć najgorszego maja od 2013 (bo kwiecień taki był). Jupi! Co za sukces! Nie było ani jednego ładnego weekendu... Na szczęście YT umożliwił mi pracę zdalną w systemie znanym z wolnych zawodów. W czerwcu już nie będzie tak różowo... Matury, konsultacje, szkolenia, konferencje, przepytywania online.
Musiałem zahaczyć o Bibliotekę Śląską bo upływał termin zwrotów. Tamże regularnie rozstawieni bibliotekarze-kapo w maseczkach, nakaz dezynfekcji, linie sortowania czytelników lepiej zaznaczone niż przed kasami w marketach. Oznaczone nawet miejsca umieszczania stóp! Barierki, taśmy... Kolejka czytelników aż do skweru, odstępy co do centymetra na 2 metry. Jeśli nie czujecie się bezpiecznie - idźcie do BŚ!
Ponieważ zaczęło się przejaśniać wracałem przez Trzy Stawy, dolinę Ślepiotki, Starganiec i Radoszowy.

"Chcę oglądać Twoje nogi, chcę byś założyła mini" - w kolejce do 2 czynnych okienek stało ~40 osób
Zakończenie miesiąca po traumatycznym kwietniu. Była cudowna pogoda, rekordy słoneczności - były trzy tygodnie więzienia. Zaczęli luzować łańcuch - siadła pogoda :(
Maj był w typie "chmurny, durny, zimny, wietrzny, z kwietniem sprzeczny". Udało mi się z mozołem przebić najazdem marzec a nawet nie zaliczyć najgorszego maja od 2013 (bo kwiecień taki był). Jupi! Co za sukces! Nie było ani jednego ładnego weekendu... Na szczęście YT umożliwił mi pracę zdalną w systemie znanym z wolnych zawodów. W czerwcu już nie będzie tak różowo... Matury, konsultacje, szkolenia, konferencje, przepytywania online.
Musiałem zahaczyć o Bibliotekę Śląską bo upływał termin zwrotów. Tamże regularnie rozstawieni bibliotekarze-kapo w maseczkach, nakaz dezynfekcji, linie sortowania czytelników lepiej zaznaczone niż przed kasami w marketach. Oznaczone nawet miejsca umieszczania stóp! Barierki, taśmy... Kolejka czytelników aż do skweru, odstępy co do centymetra na 2 metry. Jeśli nie czujecie się bezpiecznie - idźcie do BŚ!
Ponieważ zaczęło się przejaśniać wracałem przez Trzy Stawy, dolinę Ślepiotki, Starganiec i Radoszowy.

"Chcę oglądać Twoje nogi, chcę byś założyła mini" - w kolejce do 2 czynnych okienek stało ~40 osób
Dystans20.37 km Czas00:58 Vśrednia21.07 km/h Podjazdy173 m
SprzętMerida Drakar
Praca + Park Śląski
Udało mi się zdąrzyć przed deszczem, nawet rundka po parku była i zaliczenie paczkomatu.
Udało mi się zdąrzyć przed deszczem, nawet rundka po parku była i zaliczenie paczkomatu.
Dystans229.68 km Czas10:06 Vśrednia22.74 km/h VMAX45.95 km/h Podjazdy1070 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Gorzów Śląski
Rano otrzeźwił mnie bolesny start. Ekspander wplątał się z taką siłą w szprychy, że zdołałem go odkleszczyć dopiero w pociągu… Taki był efekt porannego pośpiechu i zbyt szybkiego sprintu na pociąg. Efekt jest tragiczny: uszczerbiona szprycha i zdecentrowane tyle koło. To samo koło, co bez żadnych odkształceń przejechało rok temu 5520 km z bagażem na jednej trasie... Pani konduktor była bardzo zgrabna, tylko po co był jej ten tatuaż na łydce?
Wysiadłem w Koszęcinie, a celem był dziewiczy odcinek Stasiowe-Zborowskie, bo odkryłem że biegnie tam wąski leśny asfalt. To był strzał w „10”. Do Zborowskiego wjechałem zresztą ulicą Niedźwiedzką a w lesie oko cieszyły raz po raz kwitnące żarnowce. Jeszcze wcześniej – w Lisowie – zachwyciły mnie podwieszone pod dachami bloków budki dla jerzyków. Zanim je zobaczyłem usłyszałem radosne gwizdy jerzyków. Wysokie już, kłoszące się żyto oraz liczne podlotki szpaków uświadomiły mi, że to zapewne ostatni taki wiosenny rajd. Przyrodniczo nadchodzi już wczesne lato, pociemniała świeża zieleń a młode ciekawskie sroczki zaglądają mi rano do mieszkania, zapuszczając żurawie wprost z parapetu...
Gdy osiągnąłem Zborowskie zaczął mnie mocno hamować silny, jednostajny wiatr z północy. Pałac w Patoce był odnowiony, ale całkiem niedostępny. Z kolei pałac w Wędzinie był dostępny, ale przybrudzony. Cały czas jechałem historycznym skrajem Śląska co najlepiej uwidoczniło się Nowych Karmonkach i Biskuypskich Drogach. W Boroszowie zdenerował kolejny niespodziewany remont. Remonty są wszędzie, by zlokalizować te mniejsze trzeba by podróżować na gogle maps z przedziałką 1:20 000. Bo te małe rzokopy wyświetlają się tylko przy dużych powiększeniach. Droga z Boroszowic przez Kozłowice do Gorzowa okazała się zresztą bardzo przyjemna. Poprowadzono ją po skasowanej wąskotorówce i denerwowały tylko 2 rzeczy: silny przeciwny wiatr oraz barierki…
Gdy ruszyłem z Gorzowa na pd-wsch, do Sternalic, mój los się odmienił. Przestałem wytracać prędkość. Po raz pierwszy zawitałem nad Prosnę w tak wczesnym jej biegu. Jest tutaj uroczą rzeczułką wśród łąk. Poptem wystarczył mi 6 km odcinek na płn (do żytniowa) by odkryć, że wiatr ma potężne znaczenie… Gdy znów wróciłem do kierunku na pd-wsch i gdy zanikły atrakcje, to nudny odcinek Starokrzepice – Panki – Blachownia – Konopiska – Starcza jechałem jak burza. Potem nie spowolniły mnie nawet interwały woźnickie a dopiero ponownie przeciwny wiatr od Zendka. W domu byłem przed 19, czyli godzinę przed planem i dwie godziny przed zmierzchem. W czwartek czekały mnie jednak pracowite konsultacje i nie mogłem ryzykować.
Najpiękniejszy odcinek to ten wzdłuż Liswarty, zwiedzanie pałaców „podgorzowskich” oraz jazda w górę Prosny i jedyne spotkanie z kuropatwą na trasie. Potem było już nudnawo, tym bardziej że okolicami Krzepic, Panek, Konopisk jeżdżę często a kiedyś jeździłem wręcz zbyt często. Mam jednak usprawiedliwienie: drogi tam dobre i puste. Nudę końcówki uświęcał też cel: wyrabianie wytrzymałości, czyli jedynej cechy która w dobie Covida na pewno się przyda (bo z granicami i obostrzeniami może być jeszcze bardzo różnie).

W drodze do Radłowa. Nowe Karmonki

Kapitalna droga rowerowa Olesno-Gorzów
Galeria zdjęć
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32820652
Rano otrzeźwił mnie bolesny start. Ekspander wplątał się z taką siłą w szprychy, że zdołałem go odkleszczyć dopiero w pociągu… Taki był efekt porannego pośpiechu i zbyt szybkiego sprintu na pociąg. Efekt jest tragiczny: uszczerbiona szprycha i zdecentrowane tyle koło. To samo koło, co bez żadnych odkształceń przejechało rok temu 5520 km z bagażem na jednej trasie... Pani konduktor była bardzo zgrabna, tylko po co był jej ten tatuaż na łydce?
Wysiadłem w Koszęcinie, a celem był dziewiczy odcinek Stasiowe-Zborowskie, bo odkryłem że biegnie tam wąski leśny asfalt. To był strzał w „10”. Do Zborowskiego wjechałem zresztą ulicą Niedźwiedzką a w lesie oko cieszyły raz po raz kwitnące żarnowce. Jeszcze wcześniej – w Lisowie – zachwyciły mnie podwieszone pod dachami bloków budki dla jerzyków. Zanim je zobaczyłem usłyszałem radosne gwizdy jerzyków. Wysokie już, kłoszące się żyto oraz liczne podlotki szpaków uświadomiły mi, że to zapewne ostatni taki wiosenny rajd. Przyrodniczo nadchodzi już wczesne lato, pociemniała świeża zieleń a młode ciekawskie sroczki zaglądają mi rano do mieszkania, zapuszczając żurawie wprost z parapetu...
Gdy osiągnąłem Zborowskie zaczął mnie mocno hamować silny, jednostajny wiatr z północy. Pałac w Patoce był odnowiony, ale całkiem niedostępny. Z kolei pałac w Wędzinie był dostępny, ale przybrudzony. Cały czas jechałem historycznym skrajem Śląska co najlepiej uwidoczniło się Nowych Karmonkach i Biskuypskich Drogach. W Boroszowie zdenerował kolejny niespodziewany remont. Remonty są wszędzie, by zlokalizować te mniejsze trzeba by podróżować na gogle maps z przedziałką 1:20 000. Bo te małe rzokopy wyświetlają się tylko przy dużych powiększeniach. Droga z Boroszowic przez Kozłowice do Gorzowa okazała się zresztą bardzo przyjemna. Poprowadzono ją po skasowanej wąskotorówce i denerwowały tylko 2 rzeczy: silny przeciwny wiatr oraz barierki…
Gdy ruszyłem z Gorzowa na pd-wsch, do Sternalic, mój los się odmienił. Przestałem wytracać prędkość. Po raz pierwszy zawitałem nad Prosnę w tak wczesnym jej biegu. Jest tutaj uroczą rzeczułką wśród łąk. Poptem wystarczył mi 6 km odcinek na płn (do żytniowa) by odkryć, że wiatr ma potężne znaczenie… Gdy znów wróciłem do kierunku na pd-wsch i gdy zanikły atrakcje, to nudny odcinek Starokrzepice – Panki – Blachownia – Konopiska – Starcza jechałem jak burza. Potem nie spowolniły mnie nawet interwały woźnickie a dopiero ponownie przeciwny wiatr od Zendka. W domu byłem przed 19, czyli godzinę przed planem i dwie godziny przed zmierzchem. W czwartek czekały mnie jednak pracowite konsultacje i nie mogłem ryzykować.
Najpiękniejszy odcinek to ten wzdłuż Liswarty, zwiedzanie pałaców „podgorzowskich” oraz jazda w górę Prosny i jedyne spotkanie z kuropatwą na trasie. Potem było już nudnawo, tym bardziej że okolicami Krzepic, Panek, Konopisk jeżdżę często a kiedyś jeździłem wręcz zbyt często. Mam jednak usprawiedliwienie: drogi tam dobre i puste. Nudę końcówki uświęcał też cel: wyrabianie wytrzymałości, czyli jedynej cechy która w dobie Covida na pewno się przyda (bo z granicami i obostrzeniami może być jeszcze bardzo różnie).

W drodze do Radłowa. Nowe Karmonki

Kapitalna droga rowerowa Olesno-Gorzów
Galeria zdjęć
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32820652
Dystans11.92 km Czas00:32 Vśrednia22.35 km/h Podjazdy 84 m
SprzętKross Raven Meadow
Dystans105.01 km Czas05:12 Vśrednia20.19 km/h VMAX40.57 km/h Podjazdy618 m
SprzętMerida Drakar
Dookoła Miasteczka
Pogodowy rollercoaster. Było słońce, gradowe chmury, 2 x deszcz, a nawet – nomen omen – grad (poprawnie i ściśle rzecz ujmując: krupy śnieżne). Czarna seria trwa – w środę padł mi akumulator w aparacie. Dziś sprawdziłem akumulator, spakowałem Lumixa (licząc na jakieś ornitoprzerwy) i nad Chechłem odkryłem, że aparat nie ma karty. Została w laptopie…
W rejonie Świerklańca i Chechła-Nakła niemożebne tłumy na rowerach, w świerklanieckim parku dodatkowo dużo spacerowiczów. Ogólnie, nie „o take trase” marzyłem… Głownym celem było dotlenienie i odciążenie brody od maseczki i te cele udało się w pełni zrealizować :)

Chechło

W Lasach Lublinieckich
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32744613
Pogodowy rollercoaster. Było słońce, gradowe chmury, 2 x deszcz, a nawet – nomen omen – grad (poprawnie i ściśle rzecz ujmując: krupy śnieżne). Czarna seria trwa – w środę padł mi akumulator w aparacie. Dziś sprawdziłem akumulator, spakowałem Lumixa (licząc na jakieś ornitoprzerwy) i nad Chechłem odkryłem, że aparat nie ma karty. Została w laptopie…
W rejonie Świerklańca i Chechła-Nakła niemożebne tłumy na rowerach, w świerklanieckim parku dodatkowo dużo spacerowiczów. Ogólnie, nie „o take trase” marzyłem… Głownym celem było dotlenienie i odciążenie brody od maseczki i te cele udało się w pełni zrealizować :)

Chechło

W Lasach Lublinieckich
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/32744613











