Dystans55.81 km Czas02:22 Vśrednia23.58 km/h Podjazdy432 m
Dziewicza Góra
Kategoria trening

Trening na szosie, by nie eksploatować wyprawowego Focusa. Typowy nawyk sakwiarza... jeżdźcić na lekko wyłącznie w formie preludium dla jazdy na ciężko :)

Dziewicza

Nad zbiornikiem Kozłowa Góra
Dystans14.75 km Czas00:47 Vśrednia18.83 km/h Podjazdy109 m
Rozruch - Maćki + inne

Trza było oddać rower w serwisy i rozruszać opuchnięte kostki (cyklotrek!) oraz zakwaszone nóżki. Bez szaleństw...
Dystans9.03 km Czas00:29 Vśrednia18.68 km/h Podjazdy 68 m
Powrót z trasy

Powrót przez konwencję Trzaskowskiego (rynek w Kato) i WPKiW oraz rynek do domku. Nogi po drzemce w pociągu mocno "wczorajsze"
Dystans318.05 km Czas17:37 Vśrednia18.05 km/h VMAX69.55 km/h Podjazdy4336 m
Kľak - tak, czyli rajd czechosłowacki

 Dokładnie 100 lat wcześniej Czechosłowacja celowo i złośliwie utrudniała Polsce walkę z bolszewikami, a warto pamiętać, że dokładnie 4 lipca 1920 r. rozpoczęła się generalna ofensywa Armii Czerwonej na zachód (zakończona "cudem nad Wisłą"). Z kolei prawie 20 lat temu w wyborach prezydenckich startował Marian Krzaklewski. Startował z hasłem "Krzak - tak", ale zakończył szarżę identycznie jak Armia Czerwona w 1920 r. Skoro startowałem z Czech i jechałem na Słowację wypadało wspomnieć nieboszczkę Czechosłowację i podzielić trasę na trzy części, niczym czechosłowacki hymn. Oczywiście - tak jak w hymnie Czechosłowacji - sama przerwa poświęcona była Morawom :P

Uwielbiam mniej oczywiste rocznice, przypominają że historia jest wszechobecna w naszym życiu. No i najważniejsze - pozwala uzasadnić każde szaleństwo. Ten rajd bez pieszej szarży na nieco mniej znany w Polsce, ale wybitny fatrzański szczyt, byłby pozbawiony szaleństwa, a przecież dokładnie 500 lat temu jeden z największych szaleńców w dziejach świata - Ferdynand Magellan - eksplorował wybrzeże Patagonii. Wypadało go uczcić godnie, czyli brawurowo. Taka trasa bez wcześniejszego treningu górskiego była synonimem brawury i wujek Ferdek byłby z niej zadowolony. porwałem się na ten rajd nie mając na koncie (w sezonie) żadnego trzytysięcznika. Chciałem dowalić nogom przed zbliżającą się wyprawą do Korona-Francji. Liczyłem, że ten ból zaprocentuje :)

Zaczynałem w Czechach (konkretnie to na Morawach) i aż do Bojkowic jechałem z Drozdem, znanym pasjonatem tenisa, który na cześć Sereny Williams nosi w nazwie liczbę 23 (turdus23 - od 23 wygranych przez nią wielkich szlemów). Dość teorii spiskowych! 

Gdy Drozd męczył bułę z bagażem, ja sobie odpoczywałem wioząc dobrych kilka kilo mniej, tak było w Górach Wizowickich, aż do Bojkowic. Potem - jadąc dalej samotnie - przycisnąłem już mocniej i przez dolinę Towarskiego potoku zjechałem do nadważańskiej Iławy i opuściwszy Białe Karpaty wbiłem w Góry Strażowskie. Tutaj upał zaczął mi doskwierać, do tego stopnia że na południowych zboczach Strażowa chciałem wypieprzyć kask w krzaki. Jakie to było mądre z mojej strony, że nie jechałem rok wcześniej przez Hiszpanię w kasku! Ta skorupa na łbie ani nie chroni przed słońcem, ani przed deszczem. Za to jest wielka i cięższa od czapki. Dopiero na zjeździe do Cziczman miałem trochę wytchnienia, ale tamże snuły się tłumy turystów. Co ciekawe, wielu snuło się w maseczkach. 

Na zjeździe zaczął mi dokuczać wiatr, jechałem wszak na płn, a ten był na pd. W porywach potrafił nieźle wyhamować. Gdy skierowałem się na Faczkowską przełęcz odkryłem duża frekwencję motocyklistów. Gdy uzupełniałem zapasy wody (ładownie miałem puste, sklepów po drodze nie było), filtrując przez 20 minut 1,5 l z szemranego strumyczka, słowacki kierowca dopytywał czy mi nie pomóc. Oni tak już mają... 

Tak więc podbudowany tym, że Słowacy się nie zmienili ukryłem rower w fantastycznej, powykręcanej i wiekowej buczynie oraz ruszyłem na szlak. Byłem już formalnie w Małej Fatrze. Tutaj lekko nie było: maź, błoto i kamienie. Miejscami naprawdę ślisko, dwa razy leżałem. Lazłem wzwyż ze statywem, bo zakładałem że zdobędę wierzchołek niewiele przed zachodem. Szedłem jednak zbyt szybko i rozkłaczyłem Kłaka równo o 20:00. Na szczycie dwie parki Słowaków (znaczy, mieszane płciowo) nagrywały sobie z drona szczytowanie, znaczy "summited", jak przezwałby ich rytuał Reinhold Messner. Byli jednak w tym entuzjazmie dość malowniczy, dlatego nagrodziłem ich fotką. 

Schodziłem już tradycyjnie w żółwim tempie (kontuzje zdarzają się głównie przy zejściu), nikt mnie jednak nie wyprzedził, bo szlak totalnie opustoszał. Gdy dotarłem w okolice ukrycia roweru musiałem długo go szukać wśród głębokich ceni bukowych wężowisk. Jak zwykle ukryłem rower tak dobrze, że sam miałem problem by go odnaleźć... Cóż, lepiej dobrze ukryć, niż wracać pieszo. 

Dopiero na zjeździe do Rajca zrobiło mi się chłodno. Na szczycie (1352) były jeszcze 24 stopnie, polany południowe były zaś nagrzane do 29 stopni!

Dalsza trasa zakładała ominięcie Żyliny od wschodu, przez Turie i Wisznowe. No i właśnie w Wiśniowie złapałem panę, a jakże: wystarczył jeden wjazd w dziurę... Konieczność babrania się w rowerze tak mnie jednak zmotywowała, że ani się obejrzałem a byłem w podfatrzańskiej Beli. Ciężko zrobiło się dopiero w Terchowej. Odcinek do Zazriwej jest mocno interwałowy... Miało to swoje plusy: kolejny podjazd, na przełęcz Hola, nie pozwolił mi zasnąć. Rozbudził mnie nawet na tyle, że podjąłem próbę ataku na Paracz - najwyższy szczyt Magury Orawskiej. Zatrzymały mnie poległe świerki - wiatrował był poważny, a moje nogi nie nadawały się już na tor przeszkód - odpuściłem więc, chciałem jedynie uczcić Magellana, nie zaś naśladować jego frajerski zgon.

Ponownie senność dopadła mnie dopiero na nudnym odcinku z Orawskiej Leśnej. Rozbudził mnie dopiero niemrawy podjazd na Nawoć, atakowałem już wtedy Beskid Żywiecki, zwany na Słowacji Beskidem Orawskim. Gdy tylko przekroczyłem granice Rzpltej zdjąłem skorupę z głowy i ruszyłem radośnie w dół. Senność całkiem mi przeszła i baraszkowałem po Ujsołach i Rajczy w poszukiwaniu sklepów. Potem wybrałem się pod Boraczą i zamiast wracać pociągiem o 12, wpadłem na pomysł by coś zjeść i jechać dalej. Mimo usilnych prób, przez 1,5 h poszukiwań nie znalazłem żadnej gastronomii, w której nie byłoby absurdalnych tłumów. Zmęczony tym horrorem wróciłem pod stację w Węgierskiej Górce i przesiedziałem godzinę w cieniu (co ciekawe nie brała mnie senność).

Dopiero w pociągu zaliczyłem odlot. Miałem miejsce siedzące, nie wszyscy mogli się pochwalić takim sukcesem. Wszystko działo się o 14-tej, jak wyglądało obłożenie kolejnych pociągów nie chcę nawet wiedzieć... W każdym razie naród ruszył w góry, warto o tym pamiętać!

Test mocy wypadł pozytywnie. Zaskoczyło mnie to o tyle, że nabroiłem naprawdę pokaźne przewyższenie na trasie i w dodatku utrudniłem sobie zadanie włażąc z buta na Klaka. To ostatnie szaleństwo mogło mnie zresztą zgubić: naciągnąłem ścięgno w łydce (przy poślizgnięciu na błocie, mimo bardzo ostrożnego schodzenia!) i przy chodzeniu zaczęła mnie boleć lewa noga, na rowerze - na szczęście - ten problem nie występował. Pod koniec trasy miałem już ciężkie nogi (od rana w niedzielę), ale nie zdarzyło mi się jeszcze walnąć tak trudnego rajdu bez ani jednej trasy powyżej 3000 metrów przewyższenia w sezonie. 
 


Kľak - tak. Selfie-turyści zwróceni na wschód, to stamtąd nadchodziła 100 lat temu Armia Czerwona... 

Wczesnogotycki, autentyczny kościół we wsi Tečovice

W drodze na Uhersky Brod. Drozd tym razem niezbyt odblaskowy...

Uhersky Brod

Coraz cieplej - Štítná nad Vláří

Upał jeszcze nie hiszpański, ale już męczący przy przejeździe przez Góry Strażowskie. Może kiedyś dotrę tu wiosną, gdy młode listki rosną? Te góry proszą się o nieoczywiste i śmiałe eksploracje.

Okrążając masyw Strażowa

Čičmany - dzieło wybitnego słowackiego architekta Duszana Jurkowicza. U nas znany jest głównie z projektów austriackich cmentarzy pierwszowojennych.  

Ta liczba samochodów nieco mnie zaniepokoiła, ale jechałem dalej wzwyż, by schować rower przy czerwonym szlaku i ruszyć na Kłaczka-słodziaczka, znanego z widoków... By wznieść się ponad rower, ponad szosy i wioski, by dotknąć majestatu gór, by poczuć kontakt z podłożem, by ulżyć tyłkowi, by dowalić nogom - każdy powód jest dobry aby porzucić rower i ruszyć na szlak :)

Widoczki były przednie - tu na Góry Strażowskie

Rowerzyści rzadko to oglądają - widok z wierzchołka Kłaka na Małą Fatrę w wersji "luczańskiej"

Niestety byłem tak szybki na podejściu, że do zachodu miałem jeszcze 1,5 h (to już zdjęcie z zejścia). Planowe 1:55 podejścia zajęło mi 1:17!

Zejście z Rewania na niemal widoczne stąd Fačkovské sedlo. Tutaj kończy się (lub zaczyna) Mała Fatra! Przede mną Góry Strażowskie, które tak zachwycały mnie z wierzchołka góry Čipčie, w czasie mojego ostatniego fatrzańskiego cyklotreku. 

Rajecke Teplice

Coraz bliżej Janosika

Terchova

W drodze na przeł. Hola złapał mnie świt oraz senność, na szczęście było pod górkę i trudniej było zrobić sobie krzywdę

Droga na Paracz - tego było za wiele, zarządziłem wycof

Było przed 8 rano, na przeł. Glinka już jakby południe, tylko "ludziów" jeszcze mało było

Soła w Rajczy

Widowiskowy spływ Sołą odbywało 7. wspaniałych kaczuszek z mamusią na przedzie, bo dowódca musi dać przykład!

W drodze na Boraczą - opony nie pozwoliły na więcej, a od północy podjeżdżać już mi się nie chciało (zbliżałem się do granicy wyporności kolan)

Upalny koniec na stacji, w cieniu jesionów

Podsumowując: za jednym razem - jadąc bez noclegu - załatwiłem Białe Karpaty, Góry Strażowskie, Małą Fatrę (z wejściem na jeden z istotniejszych szczytów!), Magurę Orawską (podjąłem atak "z buta" na Paracz) i Beskid Żywiecki. 

Czas brutto: 29 h 42 min. 

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/33234861



Dystans19.34 km Czas00:53 Vśrednia21.89 km/h Podjazdy145 m
Sklepy i Park
Dystans235.40 km Czas12:34 Vśrednia18.73 km/h VMAX58.64 km/h Podjazdy2828 m
Kalwaria jubileuszowa, czyli w 80 dwusetek dookoła świata
Kategoria >200 km

 Niewiarygodnie ciepło było nad ranem. W drodze na dworzec w Katowicach miałem na sobie krótkie spodenki i cienką bluzę z długim rękawem i było mi za ciepło, musiałem podwijać rękawy. Pociąg do Żywca był mocno pustawy, bo i kto jeździ z Katowic do pracy na południe. Zapełniać się zaczął dopiero przed Bielskiem, potem znów opustoszał. Inauguracyjny podjazd na Przegibek odbywałem bez towarzystwa kolarzy czy samochodów. Dopiero na zjeździe, od strony Międzybrodzia pojawiać się zaczęły samochody pracujących w Bielitz. Korzystając z tego, że było jeszcze bardzo przyjemnie temperaturowo, ruszyłem na Żar. Tutaj zaskoczyła mnie kompletna pustka. Nie minął mnie już nikt. Ani auta, ani kolarza, ani piechura. Zacząłem podejrzewać agresję obcych lub przypadkową wizytę w innym wymiarze. Na szczycie też totalna pustka i wzmagający się zimny wiatr. Przecież unikam góry Żar ze względu na szalone tłumy jakie tu się tłoczą w weekendy. No właśnie, przed 8 rano w środę to jednak inny świat, cudowny świat ciszy.

Na zjeździe było nawet chłodno, założyłem bluzę. Wkoło dalej nie było śladów życia. Bolesne otrzeźwienie miało miejsce dopiero w Tresnej i Oczkowie. Tutaj ruch był duży i męczący. Gdy odbiłem na Kocierz znowu zrobiło się błogo. Nawet przy tych hotelo-karczmach ponad przełęczą. Czym bardziej zbliżałem się do Andrychowa, tym bardziej ruch gęstniał, gęstniało też powietrze. Operujące od świtu silne lipcowe słoneczko szybko nagrzewało atmosferkę. Interwałowa droga przez Górę Dół (rejon Wieprza) zaczęła już mi mocno dopiekać i wyciskać siódme poty. Skrót przez Lendwok do Wadowic był już rozgrzany a Wadowice przypominały piekarnik. Rynek niemal bez cienia, dziecko rewitalizacji! Lwowska rozkopana a na Zaskawiu, przy Biedronce wielka skwiercząca patelnia.

Przy dworze w Kleczy Dolnej łaknąłem już cienia jak kania dżdżu. Czym bardziej zbliżałem się do Łękawicy tym bardziej przerażał mnie termometr. W Stryszowie dobił do 39,3 w słońcu, a cienia tu nie było. Jak był to od razu stawałem, by trochę odparować. Wspominałem przejazd przez lipcową Hiszpanię… Brakowało tylko 3-4 stopni (tam było w słońcu regularnie 43 stopnie, co przy Prowansji wydaje się umiarkowaniem). Choć poważniejsze podjazdy się skończyły to właśnie teraz przeżywałem męki. Na schodach kaplicy „3 upadku” musiałem zrobić dłuższą przerwę. Tu także nie było żywego ducha. Kaplica otwarta, wewnątrz, na gzymsie gniazdo kopciuszka i kursująca do wnętrza pani kopciuszkowa wywołująca żebranie piskląt. To drugi lęg, czyli dobre miejsce, warte repetowania wysiłku.

Samą Kalwarię minąłem bez zatrzymania by wylewać siódme poty w Stanisławie D. i Stanisławie G. Bawi mnie takie skracanie nazw… Gdy osiągnąłem przeł. Zapusta czekał mnie przejazd przez rozgrzaną dolinę Wisły. Potem moja trasa wiodła przez Alwernię i Chrzanów do Jaworzna. Po kilku kwadransach postoju, ruszyłem dalej, już bez upału, na Pogorię, Grodziec i do domku. Wnioski nasuwają się same, dopóki było znośnie temperaturowo, jechało mi się dobrze. Gdy zrobiło się duszno i gorąco stawałem co chwilę, choć trasa była wyraźnie prostsza od początku. Najtrudniejszy był dla mnie odcinek Wadowice – Klecza – Łękawica – Zakrzów – Kalwaria – Zapusta.

Na całej trasie towarzyszył mi raz po raz cudowny zapach lip, po tylu latach przerwy w bliższej relacji chyba zakochałem się w górze Żar, byleby następne randki były w tygodniu i o poranku. Jest szansa na dojrzałe uczucie. Docierając do Wadowic uczciłem 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły a cała trasa była 80. dwusetką w moim dorobku (w widełkach 200-299). Udało się uczcić jubileusz poważną trasą, wyciskającą dużo potu i łez (wzruszenia). Na trekkingu!

Bez żaru na Żarze, bez tłumu na Żarze, no i proszę - góra Żar może się podobać, prawie się zakochałem, choć znam ją od lat ;)

Gawra na Przegibku. O tej porze totalnie pusto, ni kolarzy, ni blachosmrodów.

Widok na Zbiornik Żywiecki i... Małą Fatrę

Kolejny punkt rozgrzewki

Andrychów - widać, że miasto CK Monarchii :)

Wieprz Góra Dół - zawiodła mnie tu spokojna, interwałowa droga

W mieście Wojtyły

Dwór w Kleczy Dolnej

Zakrzów - epicentrum zaduchu i upału

Kalwaria Zebrzydowska - 3. upadek

Stanisław Górny

Łączany

Chrzanów City

Velostrada

Kaczki i ludzie, czyli zachód nad Pogorią

Trasa (+ 7,57 dojazdu na pociąg):
https://ridewithgps.com/routes/33218667


Dystans128.38 km Czas07:46 Vśrednia16.53 km/h VMAX44.72 km/h Podjazdy658 m
Dookoła Radomia, dzień 3: Burzliwy odwrót

 Od rana towarzyszył mi upał. Komary które terroryzowały mnie szwadronami przy rozbijaniu namiotu, nad ranem jeszcze dosypiały trudy dobijania się do mnie przez sypialnię. Pomyśleć, że kiedyś jeździłem z samym tropikiem, byłem świrem. W Chotczy Dolnej dokonałem pożegnania z Wisłą, która tutaj już nieco opadła i umożliwiła podejście nad sam brzeg. W Lipsku nawiedziłem Lewiatan max, taki powiatowy (duża powierzchnia i wybór).

W najmniejszym mieście powiatowym Rzpltej dumnie sterczy gmach starostwa. Bloczkowy, jak całe miasto, które w najzabawniejszym miejscu kończy się kilka metrów od rynku… Ostatnio gdy tu byłem (2010!) miasto było szare i beznadziejne, teraz dalej jest beznadziejne, ale przynajmniej ukwiecone i kolorowe. Postęp. Ja, wśród upajających zapachów kwitnących lip zmierzałem z Lipska (nomen omen) do Sienna, do gniazda polskich praoligarchów Oleśnickich, co ufundowali tu wspaniały gotycki kościół.

Po dwóch dniach wycisku bez wytchnienia organizm mi się zbuntował i czułem całym sobą, że chcę do mamusi, albo przynajmniej do pociągu. Tężał ten pieprzony zleżały upał, więc zamiast jechać do Wąchocka, postanowiłem nie ryzykować i ruszyłem od razu do Ostrowca. Miałem sporo czasu do pociągu, rozmyślałem właśnie gdzie zjem obiad (tak jak ostatnio, w pizzerii na rynku?) gdy nagle poczułem tąpnięcie. Wjechałem w sam środek krateru, typowej dla polskich dróg studni i zaraz usłyszałem charakterystyczne syczenie, po chwili dobiegało też z drugiego koła. Dublet – przebiłem naraz dwie dętki – rekord w idealnym momencie!

Potem było 7 km cyklotreku (hehe) aż na dworzec w Ostrowcu. Na rynku zdołałem nabyć tanie i dobre dętki. Kupiłem od razu trzy, na więcej nie miałem kasy. Na dworcu musiałem pokonać te 190 schodów, ale nagrodą był pociąg bezpośredni Ostro-Kraków, z którego wysiadłem o godz. 18:03 na stacji Klimontów. Dalej, aż do Wiesiółki jechałem rowerem. Zrobiło się chłodno, drogi były zalane lub poprzecinane wstęgami namulisk, ale nie padało, ani nie grzmiało. Zdążyłem na pociąg o 21:47, byłem na kwadrans przed czasem (do Chorzowa B). Ten poburzowy chłód bardzo mi pomógł. Uwielbiam 18 stopni, nie znoszę 28 i więcej. Przed 23 byłem w domu, a pomyśleć że miałem być przed 19 i pokonać 60 km rowerem mniej. Los płata takie figle i zamienia nudny dzień powrotu w festiwal emocji.

Zanim dotarłem na dworzec, usłyszałem od ekipy radiowej pytanie:
- Co pan myśli o wyborach?
- Nie jestem w humorze – odpowiedziałem, wlokąc rower z dwoma flakami zamiast opon
- Rozumiem – odparł dziennikarz
---------------------------------------------
To wszystko wydarzyło się naprawdę. To jest największy atut roweru: moc przygód. Dlaczego dookoła Radomia? Bo od dawna planowałem rowerowy spływ Pilicą. Jechałem wielokrotnie wzdłuż Pilicy, ale w jednym ciągu najdalej do Tomaszowa (jechałem też od Spały do Warki, ale to przy innej okazji). Pilica góruje na Wisłą, Wartą czy Odrą tym, że nie trzeba przedzierać się przez żadne duże miasta, nigdzie też najbliższa rzece przejezdna droga nie oddala się bardziej niż na odległość 5-6 km. Jakby tego było mało, jedynie na odcinku kilkuset metrów trzeba jechać krajówką. Większą i bardziej przyjazną rowerzystom rzeką jest tylko Bug. Wzdłuż Bugu już jednak jechałem (od Kryłowa po Wyszków), no i Pilica leży w całości w granicach Polski, można więc bez problemu przedsięwziąć trasę od źródeł do ujścia. Wśród lewobrzeżnych dopływów Wisły Pilica nie ma sobie równych. W wersji optimum miałem dotrzeć aż do ujścia Wieprza i do Bobrownik, ale z racji zagrożeń oponowych i pogodowych szybko odrzuciłem ten wariant. Z Czarnolasu był tylko rzut beretem do Dęblina, ale wolałem Janowiec.


Wisła w Chotczy Dolnej

Między Lucimią a Borowcem

Lipsko

Cudo - tablica erekcyjna w kościele św. Zygmunta w Siennie

Piesze zwiedzanie Ostrowca...

Mstyczów

Działo się w Przełaju

Łazy, blisko mety

Trasa, cz. I:
https://ridewithgps.com/routes/33219878
Trasa. cz. II:
https://ridewithgps.com/routes/33219921

Mapa:
Dystans222.59 km Czas10:57 Vśrednia20.33 km/h VMAX44.47 km/h Podjazdy841 m
Dookoła Radomia, dzień 2: Cud nad Wisłą

W nocy nie padało. Przejechałem gładko senne Nowe Miasto i w Gostomii nie zauważyłem kiepskiej drogi na Tomczyce. Chciałem nią jechać dla dwóch pałaców, al.;e może dobrze się stało, że po raz drugi w życiu dotarłem do Brzostowca, tym bardziej że nawierzchnie były tu dobre, a ja już nie miałem zapasowej dętki. Z ciągu pałaców w okolicach nadpilicznych Michałowic ostał mi się więc jeno pałac Świdno. Na szczęście była przerwa w ogrodzeniu, stróżówka też była otwarta i rozszabrowana, nawet łóżko tam było… Tylko trawy wysokie i sporo pokrzyw… W każdym razie obiekt wysokiej klasy.

W Osuchowie przekroczyłem po raz 15. Pilicę by zrobić landszafcik na byłe miasto Przybyszew. W zasadzie jak tylko minąłem NMnP w krajobrazie zaczęła się dominacja sadów, teren pozostał lekko interwałowy, ale garbiki miały po kilkanaście metrów wys. względnej. Sady wareckie poprzeplatane były kartofliskami i plantacjami truskawek, na których ludzie uwijali się mężnie. Życie żyło obok mnie (przemykały dziesiątki kosów, kwiczołów, śpiewaków i chmary szpaków – sami amatorzy czereśni) lub rozkładało się pode mną. Na drodze zaliczyłem trupy: myszołowa. borsuka, parkę makolągw, niezliczone podlotki szpaków, mazurków i wróbli oraz po raz pierwszy, rozjechane malutkie kuropatwy. Dwie, jedna obok drugiej :( Trzeba być skurwielem, żeby nie zwolnić widząc kuropatwę z młodymi na drodze! 

Dopiero od Warki zapanowała nudna równina i męczący upał. W dodatku W. rozkopana, linia kolejowa zmasakrowana (co przesądziło że wybrałem się z namiotem). Z Ostrołęki chciałem skrócić od razu na Przylot, ale stan tego skrótu (brak dętek!) mnie tak przeraził, że pojechałem przez Dębnowolę. Gdy minąłem Przylot miałem już niezły odlot od tężejącego upału. Minąłem jednak dzielnie ostatnią ludzką osadę nad Pilicą – przys. Pólko – i po przekroczeniu wałów o mało nie zatopiłem roweru. Na km przed ujściem do Wisły Pilica była wielkim jeziorem, od wału do wału. 40 km przed ujściem, w Osuchowie, wyglądała normalnie. To raczej Wisła wlała się w ujście Pilicy powodując mega spiętrzenie. To był ten cud nad Wisłą, 100. rocznica wkrótce.

W każdym razie ostatni most na Pilicy, szesnasty, pokonałem na dk 79 i potężny, absurdalny ruch jak na niedzielne południe (nad ujściem było równo o 12) skłonił mnie do ucieczki z Mniszewa na Anielin i dopiero stamtąd atakowałem Magnuszew i Kępę Skórecką. Z odwrotnego kierunku niż Armia Czerwona. Nie dotarłem jednak nad brzeg Wisły – ta rozlała się bowiem aż do wału. W Magnuszewie i Studziankach uczciłem 75. rocznicę zakończenia II wś.

Ratunku przed upałem szukałem w Puszczy Kozienickiej, ale w samych Pionkach wszystko promieniowało gorącem. Gdy byłem już przekonany, że nie dokupię wody, w wiosce Działki Suskowolskie trafiłem na otwarty dyskont Dino… Szczena opadła mi głęboko a uśmiech rozjaśnił styrane upałem oblicze. Czego chcesz od na Panie, za Twe hojne dary?

Oda do Działek Suskowolskich

Nie jakieś Pionki, Panki czy Pianki
To one zgarniają laury i wianki:
Z otwartym Dinem, cudowne Działki!
Wiedzą cykliści, ile znaczycie
Gdy smaży słońce, gdy nęci picie
Gdy wszystkie siły upał wysysa
Tam czeka woda i pełna misa!


Po zaprowiantowaniu w Działkach Suskowolskich nabrałem dodatkowego bagażu, ale też przekonania, że dam radę pyknąć na ciężko drugą dwusetkę z rzędu. Co ciekawe z Policznej do Czarnolasu wiedzie ulica Jana Kochanowskiego. Po wizycie u Janka w Czarnolasie (po raz drugi rowerem) skierowałem się do jego imiennika – Janowca. Zdążyłem przed zachodem, choć droga Łaguszów – Janowiec to był typowo lubelski horror (to już woj. lubelskie). Kratery, buły, bułki, przełomy; droga jak korona cierniowa. Za Janowcem, w tajemniczej Lucimii podziwiałem jeszcze otwarty lokal wyborczy (ta wyborcza niedziela), a kilka km dalej rozbijałem obóz.

Uczciłem zatem kolejne rocznice: zakończenia wojny i cudu nad Wisłą. U Janka byłem bez powodu, z sympatii do człowieka który pisał: 
Że rozum wart jest więcej niźli złota skrzynie,
Tego, niestety, żadnej nie wmówisz dziewczynie.

Pisał też:
Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa,
Serceć jeszcze niestare, chocia broda siwa;
Choć u mnie broda siwa, jeszczem niezganiony,
Czosnek ma głowę białą, a ogon zielony.

Nie uciekaj, ma rada; wszak wiesz: im kot starszy,
Tym, pospolicie mówią, ogon jego twardszy;

I dąb, choć mieścy przeschnie, choć list na nim płowy,
Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy. 

Jak można tego zboczeńca nie lubić? Ja go uwielbiam, dlatego po raz drugi byłem w gościach w Czarnolesie, gdzie niósł się autentycznie słodki zapach lip i panowała czarnoleska idylla. Czarnolas to nie miejsce, to idea. Po wizycie u Janka w Czarnolasie (po raz drugi rowerem) skierowałem się do jego imiennika – Janowca. Zdążyłem przed zachodem, choć droga Łaguszów – Janowiec to był typowo lubelski horror (to już woj. lubelskie). Kratery, buły, bułki, przełomy; droga jak korona cierniowa. Za Janowcem, w tajemniczej Lucimii podziwiałem jeszcze otwarty lokal wyborczy (ta wyborcza niedziela) a kilka km dalej rozbijałem obóz.


Pilica w Osuchowie

Świdno, ładny pałac

Nie zdążyły dobiec na łąkę

Przybyszew na linii Pilicy

Sady wareckie

Warka

Od Pilicy do Pilicy, nad Pilicą

Przylot

Zalana droga do ujścia Pilicy

Ostatni kilometr Pilicy - wielkie jezioro

Magnuszew

Studzianki Pancerne

Czarnolas

Janowiec

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/33219778

Dystans273.14 km Czas12:05 Vśrednia22.60 km/h VMAX55.55 km/h Podjazdy1357 m
Dookoła Radomia, dzień 1: Wzdłuż Pilicy

Burzliwa to była noc, zgodnie z prognozą. Wyjechałem dopiero przed 4 rano, do tego czasu padało. Jechałem po mokrych asfaltach, przede mną czerniły się chmury ustępującego frontu a ja jechałem bezczelnie w ich kierunku, licząc że postępuję wolniej niż one ustępują. Miałem rację, choć gdy z Błędowa ujrzałem Ruskie Góry to zacząłem mieć wątpliwości czy front nieprzyjacielskiej niepogody ustępuje wystarczająco szybko…

Na jednym z moich ulubionych jurajskich odcinków (Kwaśniów – Pilica), w rejonie Gór Bydlińskich przemknąłem tuż obok samicy zięby siedzącej na drodze. Zaraz zawróciłem, zsiadłem z roweru i przeniosłem ofiarę rajdowca na pobocze. Była przytomna, ale sparaliżowana, zapewne pogruchotany staw skokowy, czyli wyrok śmierci, ale niech umiera spokojnie, na mchu.
Ponieważ mój rajd miał być hołdem dla najdłuższego lewego dopływu Wisły, postanowiłem dotrzeć jak najbliżej źródeł Pilicy. Dotarłem więc na Wilcze Doły i do pierwszego mostu na Pilicy. Na dalszej trasie zachwycały mnie kwitnące róże i lipy, kwitnące jeszcze jaśminowce. Przed Szczekocinami duże wrażenie zrobił na mnie trup dzięcioła zielonego. Z bliska bliżej mu do papugi, taki jest wybarwiony. Moim celem było przekraczanie granic. Chciałem pobić własny rekord jazdy z sakwami (286) oraz przekroczyć jak najwięcej razy Pilicę, mój motyw przewodni.

Pierwszy rekord wypadł z grafiku po silnych burzach, które zatrzymały mnie w Przedborzu i Paskrzynie. Leciały sznury wody i grzmiało jak wystrzały z Grubej Berty, a obie chmury nie były szczególnie wielkie. Straciłem łącznie ponad godzinę czasu, ale najgorsze miało dopiero nadejść. To była droga Trzy Morgi – Sulejów. Nigdy nią nie jechałem, a rajd miał być przygodowy, no to się doigrałem: droga przypominała jakiś carski trakt wysadzany otoczakami. Po chwili straciłem wiatr w tylnym kole. Mój ulubiony scenariusz: w tylnym kole jak rower z bagażem… Niby chwilę wcześniej, na Trzech Morgach relaksowałem się bujną zielenią i cieszyłem z przekroczenia 200. Dwusetka stuknęła jeszcze przed Morgami. Czułem się nieźle, ale jechałem cały czas z pomocą silnego wiatru, który tylko czasem wiał z boku, a zazwyczaj w plecy. To naprawdę pomaga, nawet z sakwami...Teraz morale mi siadło tak bardzo (miałem 1 dętkę na zmianę), że zacząłem się zastanawiać czy dotrę do Tomaszowa (celem było minięcie N.M. nad Pilicą).

W Sulejowie nie trafiłem porządnego sklepu a rozgrzane powietrze zaczęło mi się dawać we znaki. Ruszyłem więc na ten Tomaszów, niby wciąż z korzystnym wiatrem, ale już bez tej iskry nadziei, że osiągnę resultado historico. Historyczne to były jedynie okoliczności mojej trzeciej wizyty w Niebieskich Źródłach, na 100-lecie Ruchu. Po przerwie aprowizacyjnej w Tomaszowie ruszyłem na Spałę i Rzeczycę. Przed wsią Glina na drzewie, jakiś zakochaniec płci nieznanej wywiesił na drzewie duże serce z papieru, z napisem „miłego dnia Lisku”. Wcześniej, w Smardzowicach przed Tomaszowem, mijałem romantyczną scenę: jeden kundel posuwał na środku drogi kundlicę a pozostałe (3-4) przyglądały się i poszczekiwały smutno… Jeśli to był gangbang, to jakiś taki melancholijny…

Pierwotnie miałem jechać aż za NMnP, ale 1,5 h w plecy sprawiło, że już w Rzeczycy zaczęło zmierzchać. Niewiele myśląc, zamiast walczyć z wiatrakami, rozbiłem namiot na polu które stało się miejscem sukcesji roślinnej, czyli nieużytkiem. Komary cięły niemiłosiernie.
Na polu pod Rzeczycą zakończył się więc mój rajd w dół rzeki. Przejechałem 6 miast, przekroczyłem Pilicę 14 razy i dotarłem do Niebieskich Źródeł (co za symbolika) a na nocleg rozłożyłem się 3 km od rzeki, nieopodal wsi Łęg. Pokonałem 270 km z bagażem (od świtu do zmierzchu), z czego 200 km wzdłuż biegu rzeki. 10-krotnie pokonałem granice województw, choć moja trasa przebiegała tylko przez 3 z nich.

Na trasie pomagał mi silny, korzystny wiatr. Przeszkadzały: upał, burze i awaria. 


Pilica pod Sulejowem. Na murze po lewej - jubilat. Taki był cel: dotrzeć wzdłuż Pilicy do Niebieskich Źródeł i 14 razy przekroczyć rzekę :)

Początki były chmurne i niepewne

Samica zięby zasłużyła na lepszą śmierć niż rozprasowanie na drodze

Pierwszy most na Pilicy, poniżej Wilczych Dołów, w granicach miasta Pilica

Mała, brunatna, w tle Żarnowiec, wkoło zieleń

Za Koniecpolem, pod Radoszewnicą, czyli Pilica w najlepszym, klasycznym wydaniu

Ekipa na moście w Krzętowie

Pilica w Przedborzu

Trzy Morgi na początku wakacji

Fatalny błąd, czyli lewobrzeżna droga na Sulejów

Opustoszały Sulejów

W 100. rocznicę powstania KS Ruch, tuż przed 12-tym przekroczeniem Pilicy

Pilica przekroczona 14 raz na rowerze w ciągu jednego dnia. Spała

Rzeczyca tuż przed zmierzchem

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/33219615
Dystans86.31 km Czas03:47 Vśrednia22.81 km/h VMAX55.38 km/h Podjazdy736 m
GSD (11/2020) + Płaskowyż Twardowicki (9/2020)
Kategoria blisko domu, trening

Bardzo sucho na Równej Górze. Już rano ciepło i przyjemnie. Nieco chmurnie, ale ciepło i kwieciście. Typowa trasa treningowa z elementami napawania się czerwcowymi zapachami. 

Czerwcowe cuda nad Brynicą

Równa Góra po wizycie rodaków

Dziewicza Góra

Trasa:
Chorzów - Kato - Przełajka - GSD - Wojkowice - Równa Góra - Toporowice - Zendek - Ożarowice - Sączów - Dziewicza G. - Góra Siewierska - Rogoźnik - Kato