Dystans238.71 km Czas10:35 Vśrednia22.56 km/h VMAX45.51 km/h Podjazdy1347 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Z Paczkowa do Chorzowa
Prognozy wyglądały fatalnie, ale zanim odkleiłem się od monitora pojawił mi się w moim oku ten błysk szaleństwa, który sprawia że zjeżdżam zawsze na manowce. Odkryłem, że najspokojniej ma być przy zakazanej granicy z Czechami. Odkryłem też, że z Gliwic da się dostać (z 1 przesiadką) do Kłodzka. Potem odkryłem ile czasu musiałbym spędzić w pociągu... Ten łańcuch odkryć sprawił, że ostatecznie wylądowałem - dzień później - przed 9 rano w Paczkowie.
O 4:04 ruszałem spod domu by dojechać na dworzec w Gliwicach i kupić bilet. Byłem na dworcu o 4:59. To moje najszybsze dojazdowe 25 km w życiu. Drogi były całkowicie puste, dopiero w samych Gliwicach zobaczyłem ślady życia. Pociąg ruszał o 5:32, do Paczkowa miałem dotrzeć o 8:42; w przypływie entuzjazmu nie zapomniałem zabrać ze sobą Niemców Kruczkowskiego. To była jedna z tych nielicznych lektur uzupełniających, których nie czytałem w czasach szkolnych. Lektura skończyła mi się przed Łambinowicami, pomimo przeczytania wstępu i wszystkich didaskaliów :) Na polską kolej najlepsza jest Wojna i pokój, tylko po co wozić potem te kilogramy w sakwie?
Gdy dotarłem na rynek w Paczkowie szybko odkryłem, że mój optymizm pogodowy był mocno przesadzony. Padało, mżyło, kropiło itp. aż do Głubczyc. Z tego powodu skróciłem nieco trasę i nie zawitałem do wsi Koperniki, znowu! Wjechałem jednak do Czech i nikt nie mnie nie złapał, nie było nawet tablicy informującej o granicy państwa, która była moim celem (a nie nielegalne przekroczenie granicy!). W Głubczycach naoglądałem się trochę patologii, no i po raz czwarty dotarłem tu na rowerze, choć dopiero drugi raz eksplorowałem turystycznie miasto. Po raz trzeci dojechałem też do Pokrzywnej i po raz enty do Prudnika. Z tej okazji wyszło nawet - wreszcie! - słońce i uwierzyłem, że skończyło się dla mnie zagrożenie deszczem. O prognozy, o mores! Okazało się to nieprawdą i od Koźla walczyłem nie tyle by nie zmoknąć, co by mnie nie trafiła jedna z chmurek niosących pokaźny bagaż deszczu i spuszczających go - niczym bombowce - na okolicę. Dopadło mnie w Landzmierzu, w nagrodę dostałem intensywną tęczę, widoczną dobrze z mojego przystanku ocalenia.
Odtąd aż do końca trasy uciekałem. Wpierw przed chmurkami - śminguskami, próbującymi trafić mnie prysznicem, następnie przed chmurami burzowymi, błyskami i grzmotami. Emocjonująca zabawa zamieniła się od Knurowa w walkę o zdrowie i życie. Walkę wygrałem, nie wjechałem w żadną lokalną burzę, ale tempo miałem olimpijskie i o mało nie kontuzjowałem lewej nogi. Co jakiś czas przejeżdżałem przez zalane wioski, kałużojeziora na drodze i podziwiałem ślady żywiołu, który zdołałem ominąć, tzn. który mnie wyprzedził. Deszcz dorwał mnie jeszcze tylko raz - w Rudach, schroniłem się przy nowym sraczyku z obszernym dachem.
Nie pierwszy raz prognozy okazały się z d. wzięte. Od 14:00 do końca trasy towarzyszyć miał mi błogi spokój, tymczasem od 16. do mety uciekałem przed granatowymi chmurami, błyskami i grzmotami.
Co widziałem nowego? Zgrabne pałacyki w Ujeźdzcu i Piotrowicach Nyskich, kościół i płyty nagrobne w Burgrabicach. Niby niewiele, mała rzecz, a cieszy.

Widok na deszczowe Sudety

Nad Głuchołazami

Rynek w Neustadt/Prudniku

Oberglogau/Głogówek widziany z Mochowa

Tęcza pod (nad?) Landsmierzem/Landzmierzem
Więcej zdjęć w galerii:
Galeria z rajdu
Trasa (doliczyć trzeba 25 km na dworzec w Gliwicach):
Prognozy wyglądały fatalnie, ale zanim odkleiłem się od monitora pojawił mi się w moim oku ten błysk szaleństwa, który sprawia że zjeżdżam zawsze na manowce. Odkryłem, że najspokojniej ma być przy zakazanej granicy z Czechami. Odkryłem też, że z Gliwic da się dostać (z 1 przesiadką) do Kłodzka. Potem odkryłem ile czasu musiałbym spędzić w pociągu... Ten łańcuch odkryć sprawił, że ostatecznie wylądowałem - dzień później - przed 9 rano w Paczkowie.
O 4:04 ruszałem spod domu by dojechać na dworzec w Gliwicach i kupić bilet. Byłem na dworcu o 4:59. To moje najszybsze dojazdowe 25 km w życiu. Drogi były całkowicie puste, dopiero w samych Gliwicach zobaczyłem ślady życia. Pociąg ruszał o 5:32, do Paczkowa miałem dotrzeć o 8:42; w przypływie entuzjazmu nie zapomniałem zabrać ze sobą Niemców Kruczkowskiego. To była jedna z tych nielicznych lektur uzupełniających, których nie czytałem w czasach szkolnych. Lektura skończyła mi się przed Łambinowicami, pomimo przeczytania wstępu i wszystkich didaskaliów :) Na polską kolej najlepsza jest Wojna i pokój, tylko po co wozić potem te kilogramy w sakwie?
Gdy dotarłem na rynek w Paczkowie szybko odkryłem, że mój optymizm pogodowy był mocno przesadzony. Padało, mżyło, kropiło itp. aż do Głubczyc. Z tego powodu skróciłem nieco trasę i nie zawitałem do wsi Koperniki, znowu! Wjechałem jednak do Czech i nikt nie mnie nie złapał, nie było nawet tablicy informującej o granicy państwa, która była moim celem (a nie nielegalne przekroczenie granicy!). W Głubczycach naoglądałem się trochę patologii, no i po raz czwarty dotarłem tu na rowerze, choć dopiero drugi raz eksplorowałem turystycznie miasto. Po raz trzeci dojechałem też do Pokrzywnej i po raz enty do Prudnika. Z tej okazji wyszło nawet - wreszcie! - słońce i uwierzyłem, że skończyło się dla mnie zagrożenie deszczem. O prognozy, o mores! Okazało się to nieprawdą i od Koźla walczyłem nie tyle by nie zmoknąć, co by mnie nie trafiła jedna z chmurek niosących pokaźny bagaż deszczu i spuszczających go - niczym bombowce - na okolicę. Dopadło mnie w Landzmierzu, w nagrodę dostałem intensywną tęczę, widoczną dobrze z mojego przystanku ocalenia.
Odtąd aż do końca trasy uciekałem. Wpierw przed chmurkami - śminguskami, próbującymi trafić mnie prysznicem, następnie przed chmurami burzowymi, błyskami i grzmotami. Emocjonująca zabawa zamieniła się od Knurowa w walkę o zdrowie i życie. Walkę wygrałem, nie wjechałem w żadną lokalną burzę, ale tempo miałem olimpijskie i o mało nie kontuzjowałem lewej nogi. Co jakiś czas przejeżdżałem przez zalane wioski, kałużojeziora na drodze i podziwiałem ślady żywiołu, który zdołałem ominąć, tzn. który mnie wyprzedził. Deszcz dorwał mnie jeszcze tylko raz - w Rudach, schroniłem się przy nowym sraczyku z obszernym dachem.
Nie pierwszy raz prognozy okazały się z d. wzięte. Od 14:00 do końca trasy towarzyszyć miał mi błogi spokój, tymczasem od 16. do mety uciekałem przed granatowymi chmurami, błyskami i grzmotami.
Co widziałem nowego? Zgrabne pałacyki w Ujeźdzcu i Piotrowicach Nyskich, kościół i płyty nagrobne w Burgrabicach. Niby niewiele, mała rzecz, a cieszy.

Widok na deszczowe Sudety

Nad Głuchołazami

Rynek w Neustadt/Prudniku

Oberglogau/Głogówek widziany z Mochowa

Tęcza pod (nad?) Landsmierzem/Landzmierzem
Więcej zdjęć w galerii:
Galeria z rajdu
Trasa (doliczyć trzeba 25 km na dworzec w Gliwicach):
Dystans122.08 km Czas05:29 Vśrednia22.26 km/h VMAX46.91 km/h Podjazdy881 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Majowy Próg Woźnicki
Było wietrznie i nieco chmurno, czyli bardzo majowo. W Siemianowicach starsza pani podziękowała mi za zatrzymanie się przez pasami, potem opanowała mnie zieloność. Oczywiście zanim wyrwałem się z objęć korków, bo w piątek nawet przed 14 nie jest to łatwe. Uciekłem im - blachosmrodom - dopiero za Łagiszą, bo w samej Łagiszy było jeszcze bardzo korkopędnie. Nad Kuźnicą Warężyńską (zwaną Czwórką) było pustawo, jeden ornitolog z wielkimi obiektywami i dwóch ludzi na rowerach.
Przyjemność z odnowionej drogi do Siewierza (od Trzebiesławic) jest tak wielka, że trudno ją ubrać w słowa. Za Siewierzem dostałem się już w szpony skowronków, co to pośród niw zielonych... Przejazd przez jedynkę w Koziegłowach poszedł mi o dziwo gładko i od Wojsławic rozkoszowałem się na powrót soczystą majową zielenią, posłyszałem też pierwszy raz w roku PRZEPIÓRKI, między Markowicami a Krusinem!
Wracałem walcząc z silnym wiatrem, który na szczęście - wraz z upływem czasu - słabł szybciej ode mnie :) W pierwszą stronę gnał mnie jednak jak szalony - wiatr dał, wiatr wziął.

Z Markowic do Krusina

Nad Czwórką

Który to raz w tym roku w Siewierzu?

Przedpole Pińczyc

Widok na Góry spod najwyższego punktu Progu Woźnickiego
Było wietrznie i nieco chmurno, czyli bardzo majowo. W Siemianowicach starsza pani podziękowała mi za zatrzymanie się przez pasami, potem opanowała mnie zieloność. Oczywiście zanim wyrwałem się z objęć korków, bo w piątek nawet przed 14 nie jest to łatwe. Uciekłem im - blachosmrodom - dopiero za Łagiszą, bo w samej Łagiszy było jeszcze bardzo korkopędnie. Nad Kuźnicą Warężyńską (zwaną Czwórką) było pustawo, jeden ornitolog z wielkimi obiektywami i dwóch ludzi na rowerach.
Przyjemność z odnowionej drogi do Siewierza (od Trzebiesławic) jest tak wielka, że trudno ją ubrać w słowa. Za Siewierzem dostałem się już w szpony skowronków, co to pośród niw zielonych... Przejazd przez jedynkę w Koziegłowach poszedł mi o dziwo gładko i od Wojsławic rozkoszowałem się na powrót soczystą majową zielenią, posłyszałem też pierwszy raz w roku PRZEPIÓRKI, między Markowicami a Krusinem!
Wracałem walcząc z silnym wiatrem, który na szczęście - wraz z upływem czasu - słabł szybciej ode mnie :) W pierwszą stronę gnał mnie jednak jak szalony - wiatr dał, wiatr wziął.

Z Markowic do Krusina

Nad Czwórką

Który to raz w tym roku w Siewierzu?

Przedpole Pińczyc

Widok na Góry spod najwyższego punktu Progu Woźnickiego
Dystans14.43 km Czas00:44 Vśrednia19.68 km/h Podjazdy125 m
SprzętMerida Drakar
Park Śląski
W towarzystwie po parku.
W towarzystwie po parku.
Dystans38.12 km Czas01:45 Vśrednia21.78 km/h VMAX39.43 km/h Podjazdy336 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + Park Śląski + Wojkowice
Do pracy, a po pracy przez Siemce do Czeladzi i Wojkowic. Duży ruch, skropiło mnie z małej chmurki, gdy świeciło słońce.
Do pracy, a po pracy przez Siemce do Czeladzi i Wojkowic. Duży ruch, skropiło mnie z małej chmurki, gdy świeciło słońce.
Dystans25.62 km Podjazdy236 m
SprzętMerida Drakar
Praca + Park Śląski
Eksploracje przyrodnicze. Mimo usilnego tropienia rudzików, znowu kicha, chyba nigdy w życiu nie trafię na lęg rudzików... Trafiłem natomiast wiele czynnych gniazd kosów, jak zwykle. Były kwitnące konwalie, czosnek niedźwiedzi, czeremchy. Rozśpiewane rudziki, śpiewaki, kapturki, przemykające sikory, sójki, dzięcioły. Nawet wilgę słyszałem. Miejscami lata zaniedbań uczyniły z płatów parkowego drzewostanu las naturalny, pełen mchów, posuszu i wiatrowałów. Czmychnęły przede mną też dwie sarny :)
Jak to się stało? Wracałem w stroju płetwonurka i przestało padać. Olałem dobre półbuty, miałem przecież nieprzemakalne spodnie i ochraniacze. Ten zestaw nieźle sprawdził się w eksploracji parkowych uroczysk. Powietrze było cudowne, pełne zapachów i odświeżone deszczem.

Gniazdo kosa

Azalie pontyjskie i różaneczniki kwitną cudnie

Parkowe konwalie - odkryłem nowe pole konwalionośne :)

Człowieków ani śladu, tylko zapachy i odgłosy ptaków. Wtedy nawet przemoczenie jest przyjemne.
Eksploracje przyrodnicze. Mimo usilnego tropienia rudzików, znowu kicha, chyba nigdy w życiu nie trafię na lęg rudzików... Trafiłem natomiast wiele czynnych gniazd kosów, jak zwykle. Były kwitnące konwalie, czosnek niedźwiedzi, czeremchy. Rozśpiewane rudziki, śpiewaki, kapturki, przemykające sikory, sójki, dzięcioły. Nawet wilgę słyszałem. Miejscami lata zaniedbań uczyniły z płatów parkowego drzewostanu las naturalny, pełen mchów, posuszu i wiatrowałów. Czmychnęły przede mną też dwie sarny :)
Jak to się stało? Wracałem w stroju płetwonurka i przestało padać. Olałem dobre półbuty, miałem przecież nieprzemakalne spodnie i ochraniacze. Ten zestaw nieźle sprawdził się w eksploracji parkowych uroczysk. Powietrze było cudowne, pełne zapachów i odświeżone deszczem.

Gniazdo kosa

Azalie pontyjskie i różaneczniki kwitną cudnie

Parkowe konwalie - odkryłem nowe pole konwalionośne :)

Człowieków ani śladu, tylko zapachy i odgłosy ptaków. Wtedy nawet przemoczenie jest przyjemne.
Dystans14.58 km Czas00:42 Vśrednia20.83 km/h Podjazdy125 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + inne
Miło nie było, ale skoro już przemokłem to zaliczyłem jeszcze kilka miejsc w Chorzowie
Dystans31.08 km Czas01:28 Vśrednia21.19 km/h Podjazdy267 m
SprzętMerida Drakar
Bobrowniki
Rozruch na czołgu.
Rozruch na czołgu.
Dystans239.16 km Czas10:41 Vśrednia22.39 km/h VMAX65.45 km/h Podjazdy1881 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Góry nad Kielcami
Prognoza pogody ułożyła mi plan trasy. Złowrogie chmury miały sunąć tradycyjnie z zachodu, trzeba było więc uciekać na wschód, w ramiona cywilizacji. Tak oto wybrałem się do stolicy województwa, do Kielc. Świętokrzyskie to chyba najprzyjaźniejsze rowerom polskie województwo. Dróg tu dużo, wariantów wiele i multum atrakcji typowo rowerowych. Moja cyklotrekowa korona Gór Świętokrzyskich obejmowała dotąd zaledwie trzy pozycje (m.in. Perzową i jej malowniczość Miedziankę), nadszedł czas nadrobić zaległości. Celowałem w góry leżące blisko Kielc: Patrol i Telegraf. Przy okazji chciałem odwiedzić Górę Siniewską, która miała być najwyższym punktem trasy.
Wstałem dokładnie o 2:46, na długo przed budzikiem. Miałem podjechać pociągiem o 4:46 do Myszkowa i stamtąd - przez Żarki, Lelów, Koniecpol ruszyć na Włoszczowę i Łopuszno, ale pociąg miał dotrzeć do celu dopiero o 6:00... Gdy wybudzę się o takiej porze w dzień kiedy planuję wyjazd, zawsze wstaję. Nie ma sensu udawać, lepiej skorzystać z faktu że nie pada. Wrzuciłem coś na ząb, ubrałem się i ruszyłem. Postanowiłem skorzystać z absurdalnie wczesnej pory (ruszyłem o 3:40) i jechać najprostszą trasą po linii, czyli przez Będzin (krajówką), Pogorie, Tucznawę i Łazy na Ogrodzieniec i dalej, na Szczekociny, Włoszczową i Łopuszno. Za Łopusznem planowałem zakończyć część sportową i przejść w tryb turystyczny: podjazdowo-podejściowy.
To był dobry pomysł! Owszem, nad Pogorią było nieco wilgotno i temp. odczuwalna niska (4,7), ale pierwszy przystanek zrobiłem dopiero przed Łazami - musiałem się przebrać, bo zrobiło mi się za ciepło. Do Ogro było cały czas wzwyż, co mnie tak rozgrzało, że ściągałem kolejne warstwy i zasiadając do śniadania w Jeziorowicach byłem już ubrany wiosennie. W Szczekocinach byłem tak szybko, że ruch w mieście był spory. Mimo to zaryzykowałem jazdę krajówką do Moskorzewa. W najgorszym miejscu była dobra droga rowerowa, pozostały odcinek był znośny, ruch w mieście wygenerowali więc kupujący z pobliskich miejscowości. Dalej powtarzałem trasę z wypadu na Fajną Rybę: przez spokojne drogi do Radkowa i Bebelna. Dalej jechałem wprost na Włoszczowę i potem od włoszczowskiego rynku już na wschód - na Łopuszno. Z Włoszczowy jechałem do Krasocina trochę niestandardowo, bo przez Ostrów, co okazało się świetnym po pomysłem: droga przyzwoita i pozbawiona ruchu, czego o wojewódzkiej nie można było powiedzieć (ruch nie był duży, ale zapieprzali po wojewódzku).
Prawdziwa przygoda zaczęła się gdy przeszedłem w tryb turystyczny. W tym momencie miałem zawrotną średnią 24,41 i z pełną premedytacją poświęciłem ją dla przygody! W Kuźniakach podziwiałem piec hutniczy z XVIII wieku oraz integrowałem się z lokalsami w miejscowym sklepiku (wygodne ławy!). Dalej pojechałem na północ by wziąć Siniewską od tyłu. Jakkolwiek by to nie brzmiało, był to pierwszy poważny podjazd na mojej trasie, zwieńczony zdobyciem Mount Siniewska! O mało mnie zresztą nie stratowała zrywka drewna i banda 3 góralowców w trakcie zjazdu. Poza tym nie było tu żywej duszy. Był za to piękny las bukowo-jodłowy. Po powrocie na asfalt ruszyłem więc cudownym zjazdem z Widomej do Oblęgóra. 65 km/h wymusił zakręcik śmierci, mogło być więcej. Miejsce z potencjałem!
W Chełmcach zaliczyłem kolejny nieznany mi dotąd zabytek ariański: wieżę rycerską zbudowaną przez sławnego ongiś arianina, Jakuba Sancygniowskiego (rodem z Ponidzia, z Sancygniowa). Jest to dość cenny kościół wczesnobarokowy, o ładnym wnętrzu. Do mety miałem jednak daleko: czekały jeszcze trzy góry. Wpierw musiałem dojechać do podnóża mojego kolejnego celu: góry Patrol. Ta nazwa intrygowała mnie już w dzieciństwie, gdy przeglądałem mamine mapy Gór Świętokrzyskich. Postanowiłem dotknąć tego Patrola osobiście :) Wnioski? Góra wspaniała, tylko ludzie kurwy. Konkretnie błazny na krosssowych motorkach zatruwające powietrze i ciszę, rozjeżdżający ścieżki i tworzący błotniste smugi na szlaku. Gdyby nie oni mógłbym znowu pisać o tym, że było cicho i bezludnie. Las był bukowy, z domieszką świerków, sosen, brzóz. Rzeźba terenu bardzo atrakcyjna. Gdybym tu dotarł w dzieciństwie z pewnością byłby zadowolony. Z atrakcji muszę też niestety wymienić komary - pierwsze w tym roku.
Następny punkt był kolejną fascynacją z dzieciństwa - góra Telegraf. Zdobyłem ją z buta od strony wyciągu, a to jest pewien wyczyn, bo stromizna jest zacna. Widok natomiast trochę mnie rozczarował. Panowie na tarasie opowiadali o sajgonie, jaki zalał o północy (z piątku na sobotę) kielecki rynek, żywioł miał się składać z wyposzczonej młodzieży i nadużywać alkoholu... Trochę mnie wystraszyli, bo odradzali wizytę na rynku. Moje lista celów obejmowała jeszcze Kadzielnię, podjazd na Karczówkę i wizytę na rynku właśnie. Wszystkie cele osiągnąłem. Wracałem pociągiem przez Częstochowę. Zasłyszałem tam miłosne śpiewy na cześć Rakowa (co nie dziwi), które uzupełniły mi odgłosy dobiegające 2 godziny wcześniej ze stadionu Korony Kielce (która wygrała z GKS Bełchatów 3:0). Po drodze do pociągu wsiadła para rowerzystów - rowery zamoczyły pociąg. Czym bliżej byliśmy Częstochowy tym chmury stawały się ciemniejsze. Na zachodzie bez zmian...
Refleksje? W Góry Świetokrzyskie w maju zawsze warto pojechać, szkoda że pociągów powrotnych jest tak mało. Bo te wspaniałe lasy jodłowo-bukowe zawstydzają z łatwością te żałosne wiatrowały w Beskidzie Śląskim czy Żywieckim, które optymiści nazywają szumnie "lasami karpackimi". W Kielcach dużo nowych dróg rowerowych; jeszcze nie wszystko skoordynowane, społeczeństwo jeszcze się przyzwyczaja, ale zważywszy na położenie miasta (niewiele jest w Polsce ciekawiej położonych miast powyżej 100 tys. mieszkańców) może się z tego kiedyś narodzić coś wielkiego. Czego sobie i Kielcom życzę.

Widok z okolic Karczówki na Kielce - finał rajdu

Po miesiącu wróciłem do Moskorzewa a tam: wiosna!

Wiosna w Dziergowie

Wiosna pod Krasocinem (droga z Ostrowa)

Świetokrzysko u stóp Siniewskiej Góry

Widok z Góry Telegraf na Kielce
Więcej zdjęć tutaj:
Galeria z rajdu (chyba już ostania poza bikestats)
Trasa:
Prognoza pogody ułożyła mi plan trasy. Złowrogie chmury miały sunąć tradycyjnie z zachodu, trzeba było więc uciekać na wschód, w ramiona cywilizacji. Tak oto wybrałem się do stolicy województwa, do Kielc. Świętokrzyskie to chyba najprzyjaźniejsze rowerom polskie województwo. Dróg tu dużo, wariantów wiele i multum atrakcji typowo rowerowych. Moja cyklotrekowa korona Gór Świętokrzyskich obejmowała dotąd zaledwie trzy pozycje (m.in. Perzową i jej malowniczość Miedziankę), nadszedł czas nadrobić zaległości. Celowałem w góry leżące blisko Kielc: Patrol i Telegraf. Przy okazji chciałem odwiedzić Górę Siniewską, która miała być najwyższym punktem trasy.
Wstałem dokładnie o 2:46, na długo przed budzikiem. Miałem podjechać pociągiem o 4:46 do Myszkowa i stamtąd - przez Żarki, Lelów, Koniecpol ruszyć na Włoszczowę i Łopuszno, ale pociąg miał dotrzeć do celu dopiero o 6:00... Gdy wybudzę się o takiej porze w dzień kiedy planuję wyjazd, zawsze wstaję. Nie ma sensu udawać, lepiej skorzystać z faktu że nie pada. Wrzuciłem coś na ząb, ubrałem się i ruszyłem. Postanowiłem skorzystać z absurdalnie wczesnej pory (ruszyłem o 3:40) i jechać najprostszą trasą po linii, czyli przez Będzin (krajówką), Pogorie, Tucznawę i Łazy na Ogrodzieniec i dalej, na Szczekociny, Włoszczową i Łopuszno. Za Łopusznem planowałem zakończyć część sportową i przejść w tryb turystyczny: podjazdowo-podejściowy.
To był dobry pomysł! Owszem, nad Pogorią było nieco wilgotno i temp. odczuwalna niska (4,7), ale pierwszy przystanek zrobiłem dopiero przed Łazami - musiałem się przebrać, bo zrobiło mi się za ciepło. Do Ogro było cały czas wzwyż, co mnie tak rozgrzało, że ściągałem kolejne warstwy i zasiadając do śniadania w Jeziorowicach byłem już ubrany wiosennie. W Szczekocinach byłem tak szybko, że ruch w mieście był spory. Mimo to zaryzykowałem jazdę krajówką do Moskorzewa. W najgorszym miejscu była dobra droga rowerowa, pozostały odcinek był znośny, ruch w mieście wygenerowali więc kupujący z pobliskich miejscowości. Dalej powtarzałem trasę z wypadu na Fajną Rybę: przez spokojne drogi do Radkowa i Bebelna. Dalej jechałem wprost na Włoszczowę i potem od włoszczowskiego rynku już na wschód - na Łopuszno. Z Włoszczowy jechałem do Krasocina trochę niestandardowo, bo przez Ostrów, co okazało się świetnym po pomysłem: droga przyzwoita i pozbawiona ruchu, czego o wojewódzkiej nie można było powiedzieć (ruch nie był duży, ale zapieprzali po wojewódzku).
Prawdziwa przygoda zaczęła się gdy przeszedłem w tryb turystyczny. W tym momencie miałem zawrotną średnią 24,41 i z pełną premedytacją poświęciłem ją dla przygody! W Kuźniakach podziwiałem piec hutniczy z XVIII wieku oraz integrowałem się z lokalsami w miejscowym sklepiku (wygodne ławy!). Dalej pojechałem na północ by wziąć Siniewską od tyłu. Jakkolwiek by to nie brzmiało, był to pierwszy poważny podjazd na mojej trasie, zwieńczony zdobyciem Mount Siniewska! O mało mnie zresztą nie stratowała zrywka drewna i banda 3 góralowców w trakcie zjazdu. Poza tym nie było tu żywej duszy. Był za to piękny las bukowo-jodłowy. Po powrocie na asfalt ruszyłem więc cudownym zjazdem z Widomej do Oblęgóra. 65 km/h wymusił zakręcik śmierci, mogło być więcej. Miejsce z potencjałem!
W Chełmcach zaliczyłem kolejny nieznany mi dotąd zabytek ariański: wieżę rycerską zbudowaną przez sławnego ongiś arianina, Jakuba Sancygniowskiego (rodem z Ponidzia, z Sancygniowa). Jest to dość cenny kościół wczesnobarokowy, o ładnym wnętrzu. Do mety miałem jednak daleko: czekały jeszcze trzy góry. Wpierw musiałem dojechać do podnóża mojego kolejnego celu: góry Patrol. Ta nazwa intrygowała mnie już w dzieciństwie, gdy przeglądałem mamine mapy Gór Świętokrzyskich. Postanowiłem dotknąć tego Patrola osobiście :) Wnioski? Góra wspaniała, tylko ludzie kurwy. Konkretnie błazny na krosssowych motorkach zatruwające powietrze i ciszę, rozjeżdżający ścieżki i tworzący błotniste smugi na szlaku. Gdyby nie oni mógłbym znowu pisać o tym, że było cicho i bezludnie. Las był bukowy, z domieszką świerków, sosen, brzóz. Rzeźba terenu bardzo atrakcyjna. Gdybym tu dotarł w dzieciństwie z pewnością byłby zadowolony. Z atrakcji muszę też niestety wymienić komary - pierwsze w tym roku.
Następny punkt był kolejną fascynacją z dzieciństwa - góra Telegraf. Zdobyłem ją z buta od strony wyciągu, a to jest pewien wyczyn, bo stromizna jest zacna. Widok natomiast trochę mnie rozczarował. Panowie na tarasie opowiadali o sajgonie, jaki zalał o północy (z piątku na sobotę) kielecki rynek, żywioł miał się składać z wyposzczonej młodzieży i nadużywać alkoholu... Trochę mnie wystraszyli, bo odradzali wizytę na rynku. Moje lista celów obejmowała jeszcze Kadzielnię, podjazd na Karczówkę i wizytę na rynku właśnie. Wszystkie cele osiągnąłem. Wracałem pociągiem przez Częstochowę. Zasłyszałem tam miłosne śpiewy na cześć Rakowa (co nie dziwi), które uzupełniły mi odgłosy dobiegające 2 godziny wcześniej ze stadionu Korony Kielce (która wygrała z GKS Bełchatów 3:0). Po drodze do pociągu wsiadła para rowerzystów - rowery zamoczyły pociąg. Czym bliżej byliśmy Częstochowy tym chmury stawały się ciemniejsze. Na zachodzie bez zmian...
Refleksje? W Góry Świetokrzyskie w maju zawsze warto pojechać, szkoda że pociągów powrotnych jest tak mało. Bo te wspaniałe lasy jodłowo-bukowe zawstydzają z łatwością te żałosne wiatrowały w Beskidzie Śląskim czy Żywieckim, które optymiści nazywają szumnie "lasami karpackimi". W Kielcach dużo nowych dróg rowerowych; jeszcze nie wszystko skoordynowane, społeczeństwo jeszcze się przyzwyczaja, ale zważywszy na położenie miasta (niewiele jest w Polsce ciekawiej położonych miast powyżej 100 tys. mieszkańców) może się z tego kiedyś narodzić coś wielkiego. Czego sobie i Kielcom życzę.

Widok z okolic Karczówki na Kielce - finał rajdu

Po miesiącu wróciłem do Moskorzewa a tam: wiosna!

Wiosna w Dziergowie

Wiosna pod Krasocinem (droga z Ostrowa)

Świetokrzysko u stóp Siniewskiej Góry

Widok z Góry Telegraf na Kielce
Więcej zdjęć tutaj:
Galeria z rajdu (chyba już ostania poza bikestats)
Trasa:
Dystans164.20 km Czas05:56 Vśrednia27.67 km/h VMAX59.04 km/h Podjazdy1317 m
SprzętHaibike Tour SL
Szosowa Pilica, Ryczów i okolica
Nieznośna lekkość butów, w zasadzie roweru, towarzyszyła mi w drodze powrotnej; poczucie lekkości wzmagał wiatr w plecy, było cudownie. Zanim to nastąpiło musiałem jednak jechać 70 km pod wiatr, końcówka w Złożeńcu była już ciężka i niezbyt przyjemna, wiatr ze wschodu wzmagał się w miarę upływu czasu. Było na tyle ciepło i opornie (wiatr), że musiałem zrobić piknik w pobliżu Ruskich Gór (za Kwaśniowem). Jeszcze trochę wysiłku kosztowało mnie zawrócenie w Pilicy, ale potem było już łatwiej. Od Ryczowa, a w pełnym wymiarze od Ogrodzieńca, mknąłem już nader chyżo. Wiatr w plecy i zanik przewyższeń znacznie poprawił mi średnią przejazdu kluczowym odcinku trasy (Ogro-Przeczyce).
Jedynym problemem była nie tyle temperatura co właśnie ten - początkowo przeciwny - wiatr, i słońce. Słońce sprawiło, że musiałem w Kwaśniowie zakupić 2-litrowy Tymbark jabłko-mięta. Co ciekawe dalsza jazda z do połowy pełną butelką (połowę zmieściłem w bidonie) o tak znacznych rozmiarach, upakowaną w kieszonce koszulki, nie sprawiała problemów, jechało się całkiem nieźle. Potem opróżniłem ją na biwaku i nawet znalazłem śmietnik (przy parkingu leśnym). Na Jurze tradycyjnie o tej porze, w tygodniu, było pusto (z wyjątkiem odcinka przez Ogro), spokojnie, sielsko i anielsko. Wracałem przez Podwarpie i Górę Siewierską.

Ryczów, widok z ostańca nad szkołą

Bukowa Góra już zielona

Ulubiony kierunek na Jurze

Jedyny piknik na trasie. Spokój, ławki i zieleń.
Nieznośna lekkość butów, w zasadzie roweru, towarzyszyła mi w drodze powrotnej; poczucie lekkości wzmagał wiatr w plecy, było cudownie. Zanim to nastąpiło musiałem jednak jechać 70 km pod wiatr, końcówka w Złożeńcu była już ciężka i niezbyt przyjemna, wiatr ze wschodu wzmagał się w miarę upływu czasu. Było na tyle ciepło i opornie (wiatr), że musiałem zrobić piknik w pobliżu Ruskich Gór (za Kwaśniowem). Jeszcze trochę wysiłku kosztowało mnie zawrócenie w Pilicy, ale potem było już łatwiej. Od Ryczowa, a w pełnym wymiarze od Ogrodzieńca, mknąłem już nader chyżo. Wiatr w plecy i zanik przewyższeń znacznie poprawił mi średnią przejazdu kluczowym odcinku trasy (Ogro-Przeczyce).
Jedynym problemem była nie tyle temperatura co właśnie ten - początkowo przeciwny - wiatr, i słońce. Słońce sprawiło, że musiałem w Kwaśniowie zakupić 2-litrowy Tymbark jabłko-mięta. Co ciekawe dalsza jazda z do połowy pełną butelką (połowę zmieściłem w bidonie) o tak znacznych rozmiarach, upakowaną w kieszonce koszulki, nie sprawiała problemów, jechało się całkiem nieźle. Potem opróżniłem ją na biwaku i nawet znalazłem śmietnik (przy parkingu leśnym). Na Jurze tradycyjnie o tej porze, w tygodniu, było pusto (z wyjątkiem odcinka przez Ogro), spokojnie, sielsko i anielsko. Wracałem przez Podwarpie i Górę Siewierską.

Ryczów, widok z ostańca nad szkołą

Bukowa Góra już zielona

Ulubiony kierunek na Jurze

Jedyny piknik na trasie. Spokój, ławki i zieleń.
Dystans41.73 km Czas02:03 Vśrednia20.36 km/h Podjazdy295 m
SprzętMerida Drakar
Hugoberg i Lasy Panewnickie
Niezwykły zaduch jak na późną porę. Wszędzie sporo ludzi. Wybór lasów był dobrym pomysłem. Dukty i ścieżki suche, problemem byli biegacze i spacerowicze. Dotarłem na Hugoberg, Księżycową, Starganiec i do uroczyska Buczyna.

Umajony Hugoberg

Złota godzina przy powrocie przez Buczynę

Lasy Panewnickie
Niezwykły zaduch jak na późną porę. Wszędzie sporo ludzi. Wybór lasów był dobrym pomysłem. Dukty i ścieżki suche, problemem byli biegacze i spacerowicze. Dotarłem na Hugoberg, Księżycową, Starganiec i do uroczyska Buczyna.

Umajony Hugoberg

Złota godzina przy powrocie przez Buczynę

Lasy Panewnickie











