Dystans239.16 km Czas10:41 Vśrednia22.39 km/h VMAX65.45 km/h Podjazdy1881 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Góry nad Kielcami
Prognoza pogody ułożyła mi plan trasy. Złowrogie chmury miały sunąć tradycyjnie z zachodu, trzeba było więc uciekać na wschód, w ramiona cywilizacji. Tak oto wybrałem się do stolicy województwa, do Kielc. Świętokrzyskie to chyba najprzyjaźniejsze rowerom polskie województwo. Dróg tu dużo, wariantów wiele i multum atrakcji typowo rowerowych. Moja cyklotrekowa korona Gór Świętokrzyskich obejmowała dotąd zaledwie trzy pozycje (m.in. Perzową i jej malowniczość Miedziankę), nadszedł czas nadrobić zaległości. Celowałem w góry leżące blisko Kielc: Patrol i Telegraf. Przy okazji chciałem odwiedzić Górę Siniewską, która miała być najwyższym punktem trasy.
Wstałem dokładnie o 2:46, na długo przed budzikiem. Miałem podjechać pociągiem o 4:46 do Myszkowa i stamtąd - przez Żarki, Lelów, Koniecpol ruszyć na Włoszczowę i Łopuszno, ale pociąg miał dotrzeć do celu dopiero o 6:00... Gdy wybudzę się o takiej porze w dzień kiedy planuję wyjazd, zawsze wstaję. Nie ma sensu udawać, lepiej skorzystać z faktu że nie pada. Wrzuciłem coś na ząb, ubrałem się i ruszyłem. Postanowiłem skorzystać z absurdalnie wczesnej pory (ruszyłem o 3:40) i jechać najprostszą trasą po linii, czyli przez Będzin (krajówką), Pogorie, Tucznawę i Łazy na Ogrodzieniec i dalej, na Szczekociny, Włoszczową i Łopuszno. Za Łopusznem planowałem zakończyć część sportową i przejść w tryb turystyczny: podjazdowo-podejściowy.
To był dobry pomysł! Owszem, nad Pogorią było nieco wilgotno i temp. odczuwalna niska (4,7), ale pierwszy przystanek zrobiłem dopiero przed Łazami - musiałem się przebrać, bo zrobiło mi się za ciepło. Do Ogro było cały czas wzwyż, co mnie tak rozgrzało, że ściągałem kolejne warstwy i zasiadając do śniadania w Jeziorowicach byłem już ubrany wiosennie. W Szczekocinach byłem tak szybko, że ruch w mieście był spory. Mimo to zaryzykowałem jazdę krajówką do Moskorzewa. W najgorszym miejscu była dobra droga rowerowa, pozostały odcinek był znośny, ruch w mieście wygenerowali więc kupujący z pobliskich miejscowości. Dalej powtarzałem trasę z wypadu na Fajną Rybę: przez spokojne drogi do Radkowa i Bebelna. Dalej jechałem wprost na Włoszczowę i potem od włoszczowskiego rynku już na wschód - na Łopuszno. Z Włoszczowy jechałem do Krasocina trochę niestandardowo, bo przez Ostrów, co okazało się świetnym po pomysłem: droga przyzwoita i pozbawiona ruchu, czego o wojewódzkiej nie można było powiedzieć (ruch nie był duży, ale zapieprzali po wojewódzku).
Prawdziwa przygoda zaczęła się gdy przeszedłem w tryb turystyczny. W tym momencie miałem zawrotną średnią 24,41 i z pełną premedytacją poświęciłem ją dla przygody! W Kuźniakach podziwiałem piec hutniczy z XVIII wieku oraz integrowałem się z lokalsami w miejscowym sklepiku (wygodne ławy!). Dalej pojechałem na północ by wziąć Siniewską od tyłu. Jakkolwiek by to nie brzmiało, był to pierwszy poważny podjazd na mojej trasie, zwieńczony zdobyciem Mount Siniewska! O mało mnie zresztą nie stratowała zrywka drewna i banda 3 góralowców w trakcie zjazdu. Poza tym nie było tu żywej duszy. Był za to piękny las bukowo-jodłowy. Po powrocie na asfalt ruszyłem więc cudownym zjazdem z Widomej do Oblęgóra. 65 km/h wymusił zakręcik śmierci, mogło być więcej. Miejsce z potencjałem!
W Chełmcach zaliczyłem kolejny nieznany mi dotąd zabytek ariański: wieżę rycerską zbudowaną przez sławnego ongiś arianina, Jakuba Sancygniowskiego (rodem z Ponidzia, z Sancygniowa). Jest to dość cenny kościół wczesnobarokowy, o ładnym wnętrzu. Do mety miałem jednak daleko: czekały jeszcze trzy góry. Wpierw musiałem dojechać do podnóża mojego kolejnego celu: góry Patrol. Ta nazwa intrygowała mnie już w dzieciństwie, gdy przeglądałem mamine mapy Gór Świętokrzyskich. Postanowiłem dotknąć tego Patrola osobiście :) Wnioski? Góra wspaniała, tylko ludzie kurwy. Konkretnie błazny na krosssowych motorkach zatruwające powietrze i ciszę, rozjeżdżający ścieżki i tworzący błotniste smugi na szlaku. Gdyby nie oni mógłbym znowu pisać o tym, że było cicho i bezludnie. Las był bukowy, z domieszką świerków, sosen, brzóz. Rzeźba terenu bardzo atrakcyjna. Gdybym tu dotarł w dzieciństwie z pewnością byłby zadowolony. Z atrakcji muszę też niestety wymienić komary - pierwsze w tym roku.
Następny punkt był kolejną fascynacją z dzieciństwa - góra Telegraf. Zdobyłem ją z buta od strony wyciągu, a to jest pewien wyczyn, bo stromizna jest zacna. Widok natomiast trochę mnie rozczarował. Panowie na tarasie opowiadali o sajgonie, jaki zalał o północy (z piątku na sobotę) kielecki rynek, żywioł miał się składać z wyposzczonej młodzieży i nadużywać alkoholu... Trochę mnie wystraszyli, bo odradzali wizytę na rynku. Moje lista celów obejmowała jeszcze Kadzielnię, podjazd na Karczówkę i wizytę na rynku właśnie. Wszystkie cele osiągnąłem. Wracałem pociągiem przez Częstochowę. Zasłyszałem tam miłosne śpiewy na cześć Rakowa (co nie dziwi), które uzupełniły mi odgłosy dobiegające 2 godziny wcześniej ze stadionu Korony Kielce (która wygrała z GKS Bełchatów 3:0). Po drodze do pociągu wsiadła para rowerzystów - rowery zamoczyły pociąg. Czym bliżej byliśmy Częstochowy tym chmury stawały się ciemniejsze. Na zachodzie bez zmian...
Refleksje? W Góry Świetokrzyskie w maju zawsze warto pojechać, szkoda że pociągów powrotnych jest tak mało. Bo te wspaniałe lasy jodłowo-bukowe zawstydzają z łatwością te żałosne wiatrowały w Beskidzie Śląskim czy Żywieckim, które optymiści nazywają szumnie "lasami karpackimi". W Kielcach dużo nowych dróg rowerowych; jeszcze nie wszystko skoordynowane, społeczeństwo jeszcze się przyzwyczaja, ale zważywszy na położenie miasta (niewiele jest w Polsce ciekawiej położonych miast powyżej 100 tys. mieszkańców) może się z tego kiedyś narodzić coś wielkiego. Czego sobie i Kielcom życzę.

Widok z okolic Karczówki na Kielce - finał rajdu

Po miesiącu wróciłem do Moskorzewa a tam: wiosna!

Wiosna w Dziergowie

Wiosna pod Krasocinem (droga z Ostrowa)

Świetokrzysko u stóp Siniewskiej Góry

Widok z Góry Telegraf na Kielce
Więcej zdjęć tutaj:
Galeria z rajdu (chyba już ostania poza bikestats)
Trasa:
Prognoza pogody ułożyła mi plan trasy. Złowrogie chmury miały sunąć tradycyjnie z zachodu, trzeba było więc uciekać na wschód, w ramiona cywilizacji. Tak oto wybrałem się do stolicy województwa, do Kielc. Świętokrzyskie to chyba najprzyjaźniejsze rowerom polskie województwo. Dróg tu dużo, wariantów wiele i multum atrakcji typowo rowerowych. Moja cyklotrekowa korona Gór Świętokrzyskich obejmowała dotąd zaledwie trzy pozycje (m.in. Perzową i jej malowniczość Miedziankę), nadszedł czas nadrobić zaległości. Celowałem w góry leżące blisko Kielc: Patrol i Telegraf. Przy okazji chciałem odwiedzić Górę Siniewską, która miała być najwyższym punktem trasy.
Wstałem dokładnie o 2:46, na długo przed budzikiem. Miałem podjechać pociągiem o 4:46 do Myszkowa i stamtąd - przez Żarki, Lelów, Koniecpol ruszyć na Włoszczowę i Łopuszno, ale pociąg miał dotrzeć do celu dopiero o 6:00... Gdy wybudzę się o takiej porze w dzień kiedy planuję wyjazd, zawsze wstaję. Nie ma sensu udawać, lepiej skorzystać z faktu że nie pada. Wrzuciłem coś na ząb, ubrałem się i ruszyłem. Postanowiłem skorzystać z absurdalnie wczesnej pory (ruszyłem o 3:40) i jechać najprostszą trasą po linii, czyli przez Będzin (krajówką), Pogorie, Tucznawę i Łazy na Ogrodzieniec i dalej, na Szczekociny, Włoszczową i Łopuszno. Za Łopusznem planowałem zakończyć część sportową i przejść w tryb turystyczny: podjazdowo-podejściowy.
To był dobry pomysł! Owszem, nad Pogorią było nieco wilgotno i temp. odczuwalna niska (4,7), ale pierwszy przystanek zrobiłem dopiero przed Łazami - musiałem się przebrać, bo zrobiło mi się za ciepło. Do Ogro było cały czas wzwyż, co mnie tak rozgrzało, że ściągałem kolejne warstwy i zasiadając do śniadania w Jeziorowicach byłem już ubrany wiosennie. W Szczekocinach byłem tak szybko, że ruch w mieście był spory. Mimo to zaryzykowałem jazdę krajówką do Moskorzewa. W najgorszym miejscu była dobra droga rowerowa, pozostały odcinek był znośny, ruch w mieście wygenerowali więc kupujący z pobliskich miejscowości. Dalej powtarzałem trasę z wypadu na Fajną Rybę: przez spokojne drogi do Radkowa i Bebelna. Dalej jechałem wprost na Włoszczowę i potem od włoszczowskiego rynku już na wschód - na Łopuszno. Z Włoszczowy jechałem do Krasocina trochę niestandardowo, bo przez Ostrów, co okazało się świetnym po pomysłem: droga przyzwoita i pozbawiona ruchu, czego o wojewódzkiej nie można było powiedzieć (ruch nie był duży, ale zapieprzali po wojewódzku).
Prawdziwa przygoda zaczęła się gdy przeszedłem w tryb turystyczny. W tym momencie miałem zawrotną średnią 24,41 i z pełną premedytacją poświęciłem ją dla przygody! W Kuźniakach podziwiałem piec hutniczy z XVIII wieku oraz integrowałem się z lokalsami w miejscowym sklepiku (wygodne ławy!). Dalej pojechałem na północ by wziąć Siniewską od tyłu. Jakkolwiek by to nie brzmiało, był to pierwszy poważny podjazd na mojej trasie, zwieńczony zdobyciem Mount Siniewska! O mało mnie zresztą nie stratowała zrywka drewna i banda 3 góralowców w trakcie zjazdu. Poza tym nie było tu żywej duszy. Był za to piękny las bukowo-jodłowy. Po powrocie na asfalt ruszyłem więc cudownym zjazdem z Widomej do Oblęgóra. 65 km/h wymusił zakręcik śmierci, mogło być więcej. Miejsce z potencjałem!
W Chełmcach zaliczyłem kolejny nieznany mi dotąd zabytek ariański: wieżę rycerską zbudowaną przez sławnego ongiś arianina, Jakuba Sancygniowskiego (rodem z Ponidzia, z Sancygniowa). Jest to dość cenny kościół wczesnobarokowy, o ładnym wnętrzu. Do mety miałem jednak daleko: czekały jeszcze trzy góry. Wpierw musiałem dojechać do podnóża mojego kolejnego celu: góry Patrol. Ta nazwa intrygowała mnie już w dzieciństwie, gdy przeglądałem mamine mapy Gór Świętokrzyskich. Postanowiłem dotknąć tego Patrola osobiście :) Wnioski? Góra wspaniała, tylko ludzie kurwy. Konkretnie błazny na krosssowych motorkach zatruwające powietrze i ciszę, rozjeżdżający ścieżki i tworzący błotniste smugi na szlaku. Gdyby nie oni mógłbym znowu pisać o tym, że było cicho i bezludnie. Las był bukowy, z domieszką świerków, sosen, brzóz. Rzeźba terenu bardzo atrakcyjna. Gdybym tu dotarł w dzieciństwie z pewnością byłby zadowolony. Z atrakcji muszę też niestety wymienić komary - pierwsze w tym roku.
Następny punkt był kolejną fascynacją z dzieciństwa - góra Telegraf. Zdobyłem ją z buta od strony wyciągu, a to jest pewien wyczyn, bo stromizna jest zacna. Widok natomiast trochę mnie rozczarował. Panowie na tarasie opowiadali o sajgonie, jaki zalał o północy (z piątku na sobotę) kielecki rynek, żywioł miał się składać z wyposzczonej młodzieży i nadużywać alkoholu... Trochę mnie wystraszyli, bo odradzali wizytę na rynku. Moje lista celów obejmowała jeszcze Kadzielnię, podjazd na Karczówkę i wizytę na rynku właśnie. Wszystkie cele osiągnąłem. Wracałem pociągiem przez Częstochowę. Zasłyszałem tam miłosne śpiewy na cześć Rakowa (co nie dziwi), które uzupełniły mi odgłosy dobiegające 2 godziny wcześniej ze stadionu Korony Kielce (która wygrała z GKS Bełchatów 3:0). Po drodze do pociągu wsiadła para rowerzystów - rowery zamoczyły pociąg. Czym bliżej byliśmy Częstochowy tym chmury stawały się ciemniejsze. Na zachodzie bez zmian...
Refleksje? W Góry Świetokrzyskie w maju zawsze warto pojechać, szkoda że pociągów powrotnych jest tak mało. Bo te wspaniałe lasy jodłowo-bukowe zawstydzają z łatwością te żałosne wiatrowały w Beskidzie Śląskim czy Żywieckim, które optymiści nazywają szumnie "lasami karpackimi". W Kielcach dużo nowych dróg rowerowych; jeszcze nie wszystko skoordynowane, społeczeństwo jeszcze się przyzwyczaja, ale zważywszy na położenie miasta (niewiele jest w Polsce ciekawiej położonych miast powyżej 100 tys. mieszkańców) może się z tego kiedyś narodzić coś wielkiego. Czego sobie i Kielcom życzę.

Widok z okolic Karczówki na Kielce - finał rajdu

Po miesiącu wróciłem do Moskorzewa a tam: wiosna!

Wiosna w Dziergowie

Wiosna pod Krasocinem (droga z Ostrowa)

Świetokrzysko u stóp Siniewskiej Góry

Widok z Góry Telegraf na Kielce
Więcej zdjęć tutaj:
Galeria z rajdu (chyba już ostania poza bikestats)
Trasa:
Dystans164.20 km Czas05:56 Vśrednia27.67 km/h VMAX59.04 km/h Podjazdy1317 m
SprzętHaibike Tour SL
Szosowa Pilica, Ryczów i okolica
Nieznośna lekkość butów, w zasadzie roweru, towarzyszyła mi w drodze powrotnej; poczucie lekkości wzmagał wiatr w plecy, było cudownie. Zanim to nastąpiło musiałem jednak jechać 70 km pod wiatr, końcówka w Złożeńcu była już ciężka i niezbyt przyjemna, wiatr ze wschodu wzmagał się w miarę upływu czasu. Było na tyle ciepło i opornie (wiatr), że musiałem zrobić piknik w pobliżu Ruskich Gór (za Kwaśniowem). Jeszcze trochę wysiłku kosztowało mnie zawrócenie w Pilicy, ale potem było już łatwiej. Od Ryczowa, a w pełnym wymiarze od Ogrodzieńca, mknąłem już nader chyżo. Wiatr w plecy i zanik przewyższeń znacznie poprawił mi średnią przejazdu kluczowym odcinku trasy (Ogro-Przeczyce).
Jedynym problemem była nie tyle temperatura co właśnie ten - początkowo przeciwny - wiatr, i słońce. Słońce sprawiło, że musiałem w Kwaśniowie zakupić 2-litrowy Tymbark jabłko-mięta. Co ciekawe dalsza jazda z do połowy pełną butelką (połowę zmieściłem w bidonie) o tak znacznych rozmiarach, upakowaną w kieszonce koszulki, nie sprawiała problemów, jechało się całkiem nieźle. Potem opróżniłem ją na biwaku i nawet znalazłem śmietnik (przy parkingu leśnym). Na Jurze tradycyjnie o tej porze, w tygodniu, było pusto (z wyjątkiem odcinka przez Ogro), spokojnie, sielsko i anielsko. Wracałem przez Podwarpie i Górę Siewierską.

Ryczów, widok z ostańca nad szkołą

Bukowa Góra już zielona

Ulubiony kierunek na Jurze

Jedyny piknik na trasie. Spokój, ławki i zieleń.
Nieznośna lekkość butów, w zasadzie roweru, towarzyszyła mi w drodze powrotnej; poczucie lekkości wzmagał wiatr w plecy, było cudownie. Zanim to nastąpiło musiałem jednak jechać 70 km pod wiatr, końcówka w Złożeńcu była już ciężka i niezbyt przyjemna, wiatr ze wschodu wzmagał się w miarę upływu czasu. Było na tyle ciepło i opornie (wiatr), że musiałem zrobić piknik w pobliżu Ruskich Gór (za Kwaśniowem). Jeszcze trochę wysiłku kosztowało mnie zawrócenie w Pilicy, ale potem było już łatwiej. Od Ryczowa, a w pełnym wymiarze od Ogrodzieńca, mknąłem już nader chyżo. Wiatr w plecy i zanik przewyższeń znacznie poprawił mi średnią przejazdu kluczowym odcinku trasy (Ogro-Przeczyce).
Jedynym problemem była nie tyle temperatura co właśnie ten - początkowo przeciwny - wiatr, i słońce. Słońce sprawiło, że musiałem w Kwaśniowie zakupić 2-litrowy Tymbark jabłko-mięta. Co ciekawe dalsza jazda z do połowy pełną butelką (połowę zmieściłem w bidonie) o tak znacznych rozmiarach, upakowaną w kieszonce koszulki, nie sprawiała problemów, jechało się całkiem nieźle. Potem opróżniłem ją na biwaku i nawet znalazłem śmietnik (przy parkingu leśnym). Na Jurze tradycyjnie o tej porze, w tygodniu, było pusto (z wyjątkiem odcinka przez Ogro), spokojnie, sielsko i anielsko. Wracałem przez Podwarpie i Górę Siewierską.

Ryczów, widok z ostańca nad szkołą

Bukowa Góra już zielona

Ulubiony kierunek na Jurze

Jedyny piknik na trasie. Spokój, ławki i zieleń.
Dystans41.73 km Czas02:03 Vśrednia20.36 km/h Podjazdy295 m
SprzętMerida Drakar
Hugoberg i Lasy Panewnickie
Niezwykły zaduch jak na późną porę. Wszędzie sporo ludzi. Wybór lasów był dobrym pomysłem. Dukty i ścieżki suche, problemem byli biegacze i spacerowicze. Dotarłem na Hugoberg, Księżycową, Starganiec i do uroczyska Buczyna.

Umajony Hugoberg

Złota godzina przy powrocie przez Buczynę

Lasy Panewnickie
Niezwykły zaduch jak na późną porę. Wszędzie sporo ludzi. Wybór lasów był dobrym pomysłem. Dukty i ścieżki suche, problemem byli biegacze i spacerowicze. Dotarłem na Hugoberg, Księżycową, Starganiec i do uroczyska Buczyna.

Umajony Hugoberg

Złota godzina przy powrocie przez Buczynę

Lasy Panewnickie
Dystans20.96 km Czas00:58 Vśrednia21.68 km/h Podjazdy159 m
SprzętMerida Drakar
Biblioteka Śląska + Park Śląski
Niezbędny wypad do Biblioteki (zwrot). Tłumy rowerzystów na ścieżkach, tłumy w parku. Ciepło
Dystans329.77 km Czas15:48 Vśrednia20.87 km/h VMAX52.01 km/h Podjazdy1684 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Wzdłuż Liswarty i Warty dookoła Częstochowy
Majówka z prawdziwego zdarzenia, czyli typowa dla drugiego weekendu maja. Zobaczyłem pierwszy raz w tym roku dudki, srokosza, a nawet żurawie. Krajobraz tętnił świeżą zielenią, szczególnie brzozy. Spotkałem też ponownie nad Liswartą cysternę na mleko z OSM Włoszczowa. Rano przekrzykiwały się chorzowskie kosy i słowiki, później nasłuchałem się miłych dla uszu szczebiotów dymówek. To pieśń wakacji, w dzieciństwie pierwszy raz słyszałem je zawsze dopiero w wakacje.
Tym razem objazd Częstochowy był zaplanowany, postanowiłem jechać wersją jak najbardziej oryginalną i ciekawą, czyli wzdłuż Liswarty i Warty. Ruszyłem przez Piekary Śl.na Boronów, do źródeł Liswarty. Stamtąd aż do ujścia jechałem wzdłuż Liswarty. Samo ujście bardzo mi się zresztą podobało, podobnie jak plaża nad Wartą we wsi Wąsosz. Mniej mi się podobały nawierzchnie gdy jechałem wzdłuż Warty. Często był to szuter przetykany piachem i pełny kraterów. Na trasach rowerowych roiło się od cyklistów, całe Radomsko tutaj ruszyło. Przejazd przez Radomsko był nadzwyczaj przyjemny (wjazd od strony Łęgu i Szczepocic). Z Radomska aż po Lelów musiałem zmagać się znów w tym roku z silnym wiatrem. Wpierw był on boczny, ale od Kobieli Wielkich zrobił się przeciwny, taki prosto w twarz, tłumiący radość z jazdy. Dobrze chociaż, że drogi były pustawe.
Po uzupełnieniu zapasów w Koniecpolu (bandy znudzonej młodzieży), ruszyłem na Lelów i Kroczyce. Przed Kroczycami dopadł mnie zmierzch. Podjazd na Mokrus jechałem więc pierwszy raz w ciemności, wrażenie robiły te powyrzucane w tutejszym lesie worki ze śmieciami, taki stary małopolski zwyczaj... Dalej jechałem tradycyjnie: przez Ogro i Pogorie do domu. Nie sprawdziło się powiedzenie, że do trzech razy sztuka. Czwarty objazd Częstochowy okazał się najciekawszy krajoznawczo.

Ujście Liswarty

Źródła Liswarty

Majowy Danków

Nad Liswartą, za Krzepicami

Radomsko. Przyjazny mieszkańcom rynek.
Zdjęcia w galerii są nie po kolei (padł mi bowiem zegar w aparacie i nie potrafiłem go ustawić):
Galeria rajdu
Trasa:
Majówka z prawdziwego zdarzenia, czyli typowa dla drugiego weekendu maja. Zobaczyłem pierwszy raz w tym roku dudki, srokosza, a nawet żurawie. Krajobraz tętnił świeżą zielenią, szczególnie brzozy. Spotkałem też ponownie nad Liswartą cysternę na mleko z OSM Włoszczowa. Rano przekrzykiwały się chorzowskie kosy i słowiki, później nasłuchałem się miłych dla uszu szczebiotów dymówek. To pieśń wakacji, w dzieciństwie pierwszy raz słyszałem je zawsze dopiero w wakacje.
Tym razem objazd Częstochowy był zaplanowany, postanowiłem jechać wersją jak najbardziej oryginalną i ciekawą, czyli wzdłuż Liswarty i Warty. Ruszyłem przez Piekary Śl.na Boronów, do źródeł Liswarty. Stamtąd aż do ujścia jechałem wzdłuż Liswarty. Samo ujście bardzo mi się zresztą podobało, podobnie jak plaża nad Wartą we wsi Wąsosz. Mniej mi się podobały nawierzchnie gdy jechałem wzdłuż Warty. Często był to szuter przetykany piachem i pełny kraterów. Na trasach rowerowych roiło się od cyklistów, całe Radomsko tutaj ruszyło. Przejazd przez Radomsko był nadzwyczaj przyjemny (wjazd od strony Łęgu i Szczepocic). Z Radomska aż po Lelów musiałem zmagać się znów w tym roku z silnym wiatrem. Wpierw był on boczny, ale od Kobieli Wielkich zrobił się przeciwny, taki prosto w twarz, tłumiący radość z jazdy. Dobrze chociaż, że drogi były pustawe.
Po uzupełnieniu zapasów w Koniecpolu (bandy znudzonej młodzieży), ruszyłem na Lelów i Kroczyce. Przed Kroczycami dopadł mnie zmierzch. Podjazd na Mokrus jechałem więc pierwszy raz w ciemności, wrażenie robiły te powyrzucane w tutejszym lesie worki ze śmieciami, taki stary małopolski zwyczaj... Dalej jechałem tradycyjnie: przez Ogro i Pogorie do domu. Nie sprawdziło się powiedzenie, że do trzech razy sztuka. Czwarty objazd Częstochowy okazał się najciekawszy krajoznawczo.

Ujście Liswarty

Źródła Liswarty

Majowy Danków

Nad Liswartą, za Krzepicami

Radomsko. Przyjazny mieszkańcom rynek.
Zdjęcia w galerii są nie po kolei (padł mi bowiem zegar w aparacie i nie potrafiłem go ustawić):
Galeria rajdu
Trasa:
Dystans67.45 km Czas03:12 Vśrednia21.08 km/h VMAX50.79 km/h Podjazdy657 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki 16/2021
Bolały mnie mocno plecy. Na krzyż najlepszy jest ponoć ruch - postanowiłem to sprawdzić. Szczerze pisząc w pewnym momencie było ciężko, każda nierówność drogi budziła mój bolesny niepokój. Wiał stabilny wiatr na wschód, ale mimo to postanowiłem wystawić się na jego silniejsze podmuchy na Płaskowyżu. Tarniny już w wielu miejscach dogasające, gruntówki suche, wszędzie majowa soczysta zieleń. Do domu wróciłem tylko trochę mniej obolały niż wyjeżdżałem i postanowiłem sprawdzić wszystkie ratunkowe pociągi na trasie planowanego rajdu niedzielnego. Nie wierzyłem, że nie będę musiał wycofać się wcześniej z bólu. Plus tych boleści był taki, że nie żałowałem "zmarnowanego dnia", bo dłuższy wypad mógłby mnie wpędzić w poważne kłopoty. Trasa testowo-rozruchowa była w tej sytuacji ideałem.

Na Równej Górze

Historia mija Cię co dzień...
Trasa: Chorzów - Góra Siewierska - Toporowice - Twardowice - Sączów - Chorzów
Bolały mnie mocno plecy. Na krzyż najlepszy jest ponoć ruch - postanowiłem to sprawdzić. Szczerze pisząc w pewnym momencie było ciężko, każda nierówność drogi budziła mój bolesny niepokój. Wiał stabilny wiatr na wschód, ale mimo to postanowiłem wystawić się na jego silniejsze podmuchy na Płaskowyżu. Tarniny już w wielu miejscach dogasające, gruntówki suche, wszędzie majowa soczysta zieleń. Do domu wróciłem tylko trochę mniej obolały niż wyjeżdżałem i postanowiłem sprawdzić wszystkie ratunkowe pociągi na trasie planowanego rajdu niedzielnego. Nie wierzyłem, że nie będę musiał wycofać się wcześniej z bólu. Plus tych boleści był taki, że nie żałowałem "zmarnowanego dnia", bo dłuższy wypad mógłby mnie wpędzić w poważne kłopoty. Trasa testowo-rozruchowa była w tej sytuacji ideałem.

Na Równej Górze

Historia mija Cię co dzień...
Trasa: Chorzów - Góra Siewierska - Toporowice - Twardowice - Sączów - Chorzów
Dystans37.69 km Czas01:39 Vśrednia22.84 km/h Podjazdy304 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + Bobrowniki
Tym razem udało się zrealizować trening po pracy. Po powrocie zaczął mnie boleć kręgosłup (okolice krzyża).

Tym razem udało się zrealizować trening po pracy. Po powrocie zaczął mnie boleć kręgosłup (okolice krzyża).

Dystans14.60 km Czas00:40 Vśrednia21.90 km/h Podjazdy127 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + sklepy
O dziwo zdążyłem przed deszczem.
O dziwo zdążyłem przed deszczem.
Dystans56.35 km Czas02:41 Vśrednia21.00 km/h Podjazdy486 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + Park Śląski + Maciejkowice
Szybko byłem wolny, ale nie mogłem być zbyt szybki. Pełniłem zaszczytną funkcję rezerwy dla rezerwy składu nadzorującego matury a to oznaczało, że szybko mogłem się ewakuować. Niestety, nie mogłem zbytnio poszaleć bo nazajutrz czekało mnie przewodnictwo takiej komisji, w dodatku na matmie. Postanowiłem więc zrobić rundki po parku, dopóki nie zalały go tłumy spacerowiczów.
Po wykonaniu planu wybrałem się na Bobrowniki by dopełnić trening, ale przegrałem zmagania z silnym wiatrem i przez Dąbrówkę i Brzeziny wróciłem z powrotem do parku. Pojawienie się ludzi wykorzystałem na zmianę profilu: na ornitologiczny. Pod tym względem było dość ubogo, wręcz przygnębiająco jak na porę roku. Grzywacze, śpiewaki, rudziki, kosy, trochę kapturek, pierwiosnków i piecuszków, ale nie natknąłem się na żadne gniazdo na etapie znoszenia jaj. Nawet kosów było dość mało. Permanentny remont połowy parku wypłoszył ptaki na dobre. Konwalie zaś były na etapie nieśmiałego wyrastania spod ściółki.

Piękna pogoda wczesną porą i w parku jeszcze pustawo

Jeszcze wcześniej baraszkowałem po gąszczach i takie oto śliczne gniazdo zięby znalazłem...

Eksploracje parkowego interioru raczej przygnębiające były...
Szybko byłem wolny, ale nie mogłem być zbyt szybki. Pełniłem zaszczytną funkcję rezerwy dla rezerwy składu nadzorującego matury a to oznaczało, że szybko mogłem się ewakuować. Niestety, nie mogłem zbytnio poszaleć bo nazajutrz czekało mnie przewodnictwo takiej komisji, w dodatku na matmie. Postanowiłem więc zrobić rundki po parku, dopóki nie zalały go tłumy spacerowiczów.
Po wykonaniu planu wybrałem się na Bobrowniki by dopełnić trening, ale przegrałem zmagania z silnym wiatrem i przez Dąbrówkę i Brzeziny wróciłem z powrotem do parku. Pojawienie się ludzi wykorzystałem na zmianę profilu: na ornitologiczny. Pod tym względem było dość ubogo, wręcz przygnębiająco jak na porę roku. Grzywacze, śpiewaki, rudziki, kosy, trochę kapturek, pierwiosnków i piecuszków, ale nie natknąłem się na żadne gniazdo na etapie znoszenia jaj. Nawet kosów było dość mało. Permanentny remont połowy parku wypłoszył ptaki na dobre. Konwalie zaś były na etapie nieśmiałego wyrastania spod ściółki.

Piękna pogoda wczesną porą i w parku jeszcze pustawo

Jeszcze wcześniej baraszkowałem po gąszczach i takie oto śliczne gniazdo zięby znalazłem...

Eksploracje parkowego interioru raczej przygnębiające były...
Dystans133.19 km Czas06:07 Vśrednia21.77 km/h VMAX45.69 km/h Podjazdy969 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Ziemia Raciborska, czyli przebłyski majówki
Chciałem sprytnie wsiąść w pociąg w Batorym, przesiąść się w Wodzisławiu (miało padać nad ranem w okolicach Katowic) i tam wykorzystać lżejszy wiatr na wschód by dotrzeć na zachód - do Raciborza. Wpierw nie przyjechał pociąg (obecny wirtualnie na rozkładzie, ale nie realnie i nie na rozkładzie papierowym) z Batorego na Katowice, potem kierownik czepiał się, że wsiadłem w Kato bez biletu. Po krótkim spięciu dogadaliśmy się jednak.
W Wodziu drogi były mokre, ale świeciło słoneczko; w dodatku wiatr był istotnie zwyczajny (4-5 m/s), musiałem zdążyć do Raciborza na 10, zanim wiatr przeciwny zmieni się w przeciwny tajfun. Nad Odrą mnie oczywiście wyziębiło, ale miałem zimowy zestaw czapkowo-rękawiczkowy. W Krzyżanowicach dostałem się pod pałac, kończyło się jakieś nabożeństwo, bo ruszała fala dziadków i babć na rowerach i otwarli bramę... Pierwszy raz eksplorowałem Bolesław. Odkryłem nie tylko tutejszy Ruch o ładnej bazie sportowej, ale też owe piękne XVIII-wieczne spichrze dla których podjąłem eksplorację. Prawdziwą perłą była jednak kaplica i ogród pszczelarzy (Działka Pszczelarzy im. J. Dzierżona) między Owsiszczem a Tworkowem. Śpiewały tu słowiki, zieleniły się lipy, bieliły tarniny, były stoły, ławy i wiaty. Imprezy pszczelarzy chyba różnią się od imprez myśliwych...
Walkę z wiatrem skończyłem w Samborowicach, stał się już nieznośny i ciągle rósł w siłę. Z Raciborza ruszyłem więc na Rudy. Po drodze skropił mnie deszcz (przerwał biwak na łące!) i widziałem rowerzystę dziwnie podobnego do Marka Migalskiego. Przez ten kask nie miałem i nie mam pewności, ale okolica się zgadzała. Był w towarzystwie, więc rękoczyny odpadały :P
W Rudach niemożebne tłumy. Do tego momentu, także w Raciborzu, towarzyszyła mi błoga pustka i cisza. Wszyscy byli po prostu w Rudach. Nie żartuję. Uciekałem tak szybko, że średnia skoczyła mi do 30 km/h. Swój drobny wkład miał w tym też ten korzystny huraganowy wiatr. Przy zamku w Chudowie było o dziwo dość spokojnie. Po doświadczeniach rudzkich oczekiwałem problemów w rozgarnianiu tłumów, ale mimo godziny obiadowej (ok.13) tłumów nie było. Do domciu wróciłem w sam raz na obiad.

Poranny rynek w Wodzisławiu. Od tego roku są już dwa miasta Wodzisław w Polsce i - o ironio - częściej bywam w tym dalszym, świętokrzyskim Wodzisławiu.

Pleszka z Działki Pszczelarzy. W wierzbie znad stawiku uwiły gniazdo pleszki. To moja pierwsza fotografia pleszki ;)

Największy grab w Polsce - Jankowice Rudzkie.
Więcej w galerii zdjęć
Trasa:
Chciałem sprytnie wsiąść w pociąg w Batorym, przesiąść się w Wodzisławiu (miało padać nad ranem w okolicach Katowic) i tam wykorzystać lżejszy wiatr na wschód by dotrzeć na zachód - do Raciborza. Wpierw nie przyjechał pociąg (obecny wirtualnie na rozkładzie, ale nie realnie i nie na rozkładzie papierowym) z Batorego na Katowice, potem kierownik czepiał się, że wsiadłem w Kato bez biletu. Po krótkim spięciu dogadaliśmy się jednak.
W Wodziu drogi były mokre, ale świeciło słoneczko; w dodatku wiatr był istotnie zwyczajny (4-5 m/s), musiałem zdążyć do Raciborza na 10, zanim wiatr przeciwny zmieni się w przeciwny tajfun. Nad Odrą mnie oczywiście wyziębiło, ale miałem zimowy zestaw czapkowo-rękawiczkowy. W Krzyżanowicach dostałem się pod pałac, kończyło się jakieś nabożeństwo, bo ruszała fala dziadków i babć na rowerach i otwarli bramę... Pierwszy raz eksplorowałem Bolesław. Odkryłem nie tylko tutejszy Ruch o ładnej bazie sportowej, ale też owe piękne XVIII-wieczne spichrze dla których podjąłem eksplorację. Prawdziwą perłą była jednak kaplica i ogród pszczelarzy (Działka Pszczelarzy im. J. Dzierżona) między Owsiszczem a Tworkowem. Śpiewały tu słowiki, zieleniły się lipy, bieliły tarniny, były stoły, ławy i wiaty. Imprezy pszczelarzy chyba różnią się od imprez myśliwych...
Walkę z wiatrem skończyłem w Samborowicach, stał się już nieznośny i ciągle rósł w siłę. Z Raciborza ruszyłem więc na Rudy. Po drodze skropił mnie deszcz (przerwał biwak na łące!) i widziałem rowerzystę dziwnie podobnego do Marka Migalskiego. Przez ten kask nie miałem i nie mam pewności, ale okolica się zgadzała. Był w towarzystwie, więc rękoczyny odpadały :P
W Rudach niemożebne tłumy. Do tego momentu, także w Raciborzu, towarzyszyła mi błoga pustka i cisza. Wszyscy byli po prostu w Rudach. Nie żartuję. Uciekałem tak szybko, że średnia skoczyła mi do 30 km/h. Swój drobny wkład miał w tym też ten korzystny huraganowy wiatr. Przy zamku w Chudowie było o dziwo dość spokojnie. Po doświadczeniach rudzkich oczekiwałem problemów w rozgarnianiu tłumów, ale mimo godziny obiadowej (ok.13) tłumów nie było. Do domciu wróciłem w sam raz na obiad.

Poranny rynek w Wodzisławiu. Od tego roku są już dwa miasta Wodzisław w Polsce i - o ironio - częściej bywam w tym dalszym, świętokrzyskim Wodzisławiu.

Pleszka z Działki Pszczelarzy. W wierzbie znad stawiku uwiły gniazdo pleszki. To moja pierwsza fotografia pleszki ;)

Największy grab w Polsce - Jankowice Rudzkie.
Więcej w galerii zdjęć
Trasa:











