Dystans20.34 km Czas00:57 Vśrednia21.41 km/h Podjazdy194 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dystans12.13 km Czas00:36 Vśrednia20.22 km/h Podjazdy 91 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dystans46.76 km Czas02:12 Vśrednia21.25 km/h Podjazdy378 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Grodziec i Wojkowice
Bez podjazdu na GSD. Spokojna pętla po szalonej ucieczce przed burzami dzień wcześniej.

Trasa: Chorzów - Wojkowice - Grodziec - Rogoźnik - Chorzów
Bez podjazdu na GSD. Spokojna pętla po szalonej ucieczce przed burzami dzień wcześniej.

Trasa: Chorzów - Wojkowice - Grodziec - Rogoźnik - Chorzów
Dystans238.71 km Czas10:35 Vśrednia22.56 km/h VMAX45.51 km/h Podjazdy1347 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Z Paczkowa do Chorzowa
Prognozy wyglądały fatalnie, ale zanim odkleiłem się od monitora pojawił mi się w moim oku ten błysk szaleństwa, który sprawia że zjeżdżam zawsze na manowce. Odkryłem, że najspokojniej ma być przy zakazanej granicy z Czechami. Odkryłem też, że z Gliwic da się dostać (z 1 przesiadką) do Kłodzka. Potem odkryłem ile czasu musiałbym spędzić w pociągu... Ten łańcuch odkryć sprawił, że ostatecznie wylądowałem - dzień później - przed 9 rano w Paczkowie.
O 4:04 ruszałem spod domu by dojechać na dworzec w Gliwicach i kupić bilet. Byłem na dworcu o 4:59. To moje najszybsze dojazdowe 25 km w życiu. Drogi były całkowicie puste, dopiero w samych Gliwicach zobaczyłem ślady życia. Pociąg ruszał o 5:32, do Paczkowa miałem dotrzeć o 8:42; w przypływie entuzjazmu nie zapomniałem zabrać ze sobą Niemców Kruczkowskiego. To była jedna z tych nielicznych lektur uzupełniających, których nie czytałem w czasach szkolnych. Lektura skończyła mi się przed Łambinowicami, pomimo przeczytania wstępu i wszystkich didaskaliów :) Na polską kolej najlepsza jest Wojna i pokój, tylko po co wozić potem te kilogramy w sakwie?
Gdy dotarłem na rynek w Paczkowie szybko odkryłem, że mój optymizm pogodowy był mocno przesadzony. Padało, mżyło, kropiło itp. aż do Głubczyc. Z tego powodu skróciłem nieco trasę i nie zawitałem do wsi Koperniki, znowu! Wjechałem jednak do Czech i nikt nie mnie nie złapał, nie było nawet tablicy informującej o granicy państwa, która była moim celem (a nie nielegalne przekroczenie granicy!). W Głubczycach naoglądałem się trochę patologii, no i po raz czwarty dotarłem tu na rowerze, choć dopiero drugi raz eksplorowałem turystycznie miasto. Po raz trzeci dojechałem też do Pokrzywnej i po raz enty do Prudnika. Z tej okazji wyszło nawet - wreszcie! - słońce i uwierzyłem, że skończyło się dla mnie zagrożenie deszczem. O prognozy, o mores! Okazało się to nieprawdą i od Koźla walczyłem nie tyle by nie zmoknąć, co by mnie nie trafiła jedna z chmurek niosących pokaźny bagaż deszczu i spuszczających go - niczym bombowce - na okolicę. Dopadło mnie w Landzmierzu, w nagrodę dostałem intensywną tęczę, widoczną dobrze z mojego przystanku ocalenia.
Odtąd aż do końca trasy uciekałem. Wpierw przed chmurkami - śminguskami, próbującymi trafić mnie prysznicem, następnie przed chmurami burzowymi, błyskami i grzmotami. Emocjonująca zabawa zamieniła się od Knurowa w walkę o zdrowie i życie. Walkę wygrałem, nie wjechałem w żadną lokalną burzę, ale tempo miałem olimpijskie i o mało nie kontuzjowałem lewej nogi. Co jakiś czas przejeżdżałem przez zalane wioski, kałużojeziora na drodze i podziwiałem ślady żywiołu, który zdołałem ominąć, tzn. który mnie wyprzedził. Deszcz dorwał mnie jeszcze tylko raz - w Rudach, schroniłem się przy nowym sraczyku z obszernym dachem.
Nie pierwszy raz prognozy okazały się z d. wzięte. Od 14:00 do końca trasy towarzyszyć miał mi błogi spokój, tymczasem od 16. do mety uciekałem przed granatowymi chmurami, błyskami i grzmotami.
Co widziałem nowego? Zgrabne pałacyki w Ujeźdzcu i Piotrowicach Nyskich, kościół i płyty nagrobne w Burgrabicach. Niby niewiele, mała rzecz, a cieszy.

Widok na deszczowe Sudety

Nad Głuchołazami

Rynek w Neustadt/Prudniku

Oberglogau/Głogówek widziany z Mochowa

Tęcza pod (nad?) Landsmierzem/Landzmierzem
Więcej zdjęć w galerii:
Galeria z rajdu
Trasa (doliczyć trzeba 25 km na dworzec w Gliwicach):
Prognozy wyglądały fatalnie, ale zanim odkleiłem się od monitora pojawił mi się w moim oku ten błysk szaleństwa, który sprawia że zjeżdżam zawsze na manowce. Odkryłem, że najspokojniej ma być przy zakazanej granicy z Czechami. Odkryłem też, że z Gliwic da się dostać (z 1 przesiadką) do Kłodzka. Potem odkryłem ile czasu musiałbym spędzić w pociągu... Ten łańcuch odkryć sprawił, że ostatecznie wylądowałem - dzień później - przed 9 rano w Paczkowie.
O 4:04 ruszałem spod domu by dojechać na dworzec w Gliwicach i kupić bilet. Byłem na dworcu o 4:59. To moje najszybsze dojazdowe 25 km w życiu. Drogi były całkowicie puste, dopiero w samych Gliwicach zobaczyłem ślady życia. Pociąg ruszał o 5:32, do Paczkowa miałem dotrzeć o 8:42; w przypływie entuzjazmu nie zapomniałem zabrać ze sobą Niemców Kruczkowskiego. To była jedna z tych nielicznych lektur uzupełniających, których nie czytałem w czasach szkolnych. Lektura skończyła mi się przed Łambinowicami, pomimo przeczytania wstępu i wszystkich didaskaliów :) Na polską kolej najlepsza jest Wojna i pokój, tylko po co wozić potem te kilogramy w sakwie?
Gdy dotarłem na rynek w Paczkowie szybko odkryłem, że mój optymizm pogodowy był mocno przesadzony. Padało, mżyło, kropiło itp. aż do Głubczyc. Z tego powodu skróciłem nieco trasę i nie zawitałem do wsi Koperniki, znowu! Wjechałem jednak do Czech i nikt nie mnie nie złapał, nie było nawet tablicy informującej o granicy państwa, która była moim celem (a nie nielegalne przekroczenie granicy!). W Głubczycach naoglądałem się trochę patologii, no i po raz czwarty dotarłem tu na rowerze, choć dopiero drugi raz eksplorowałem turystycznie miasto. Po raz trzeci dojechałem też do Pokrzywnej i po raz enty do Prudnika. Z tej okazji wyszło nawet - wreszcie! - słońce i uwierzyłem, że skończyło się dla mnie zagrożenie deszczem. O prognozy, o mores! Okazało się to nieprawdą i od Koźla walczyłem nie tyle by nie zmoknąć, co by mnie nie trafiła jedna z chmurek niosących pokaźny bagaż deszczu i spuszczających go - niczym bombowce - na okolicę. Dopadło mnie w Landzmierzu, w nagrodę dostałem intensywną tęczę, widoczną dobrze z mojego przystanku ocalenia.
Odtąd aż do końca trasy uciekałem. Wpierw przed chmurkami - śminguskami, próbującymi trafić mnie prysznicem, następnie przed chmurami burzowymi, błyskami i grzmotami. Emocjonująca zabawa zamieniła się od Knurowa w walkę o zdrowie i życie. Walkę wygrałem, nie wjechałem w żadną lokalną burzę, ale tempo miałem olimpijskie i o mało nie kontuzjowałem lewej nogi. Co jakiś czas przejeżdżałem przez zalane wioski, kałużojeziora na drodze i podziwiałem ślady żywiołu, który zdołałem ominąć, tzn. który mnie wyprzedził. Deszcz dorwał mnie jeszcze tylko raz - w Rudach, schroniłem się przy nowym sraczyku z obszernym dachem.
Nie pierwszy raz prognozy okazały się z d. wzięte. Od 14:00 do końca trasy towarzyszyć miał mi błogi spokój, tymczasem od 16. do mety uciekałem przed granatowymi chmurami, błyskami i grzmotami.
Co widziałem nowego? Zgrabne pałacyki w Ujeźdzcu i Piotrowicach Nyskich, kościół i płyty nagrobne w Burgrabicach. Niby niewiele, mała rzecz, a cieszy.

Widok na deszczowe Sudety

Nad Głuchołazami

Rynek w Neustadt/Prudniku

Oberglogau/Głogówek widziany z Mochowa

Tęcza pod (nad?) Landsmierzem/Landzmierzem
Więcej zdjęć w galerii:
Galeria z rajdu
Trasa (doliczyć trzeba 25 km na dworzec w Gliwicach):
Dystans122.08 km Czas05:29 Vśrednia22.26 km/h VMAX46.91 km/h Podjazdy881 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Majowy Próg Woźnicki
Było wietrznie i nieco chmurno, czyli bardzo majowo. W Siemianowicach starsza pani podziękowała mi za zatrzymanie się przez pasami, potem opanowała mnie zieloność. Oczywiście zanim wyrwałem się z objęć korków, bo w piątek nawet przed 14 nie jest to łatwe. Uciekłem im - blachosmrodom - dopiero za Łagiszą, bo w samej Łagiszy było jeszcze bardzo korkopędnie. Nad Kuźnicą Warężyńską (zwaną Czwórką) było pustawo, jeden ornitolog z wielkimi obiektywami i dwóch ludzi na rowerach.
Przyjemność z odnowionej drogi do Siewierza (od Trzebiesławic) jest tak wielka, że trudno ją ubrać w słowa. Za Siewierzem dostałem się już w szpony skowronków, co to pośród niw zielonych... Przejazd przez jedynkę w Koziegłowach poszedł mi o dziwo gładko i od Wojsławic rozkoszowałem się na powrót soczystą majową zielenią, posłyszałem też pierwszy raz w roku PRZEPIÓRKI, między Markowicami a Krusinem!
Wracałem walcząc z silnym wiatrem, który na szczęście - wraz z upływem czasu - słabł szybciej ode mnie :) W pierwszą stronę gnał mnie jednak jak szalony - wiatr dał, wiatr wziął.

Z Markowic do Krusina

Nad Czwórką

Który to raz w tym roku w Siewierzu?

Przedpole Pińczyc

Widok na Góry spod najwyższego punktu Progu Woźnickiego
Było wietrznie i nieco chmurno, czyli bardzo majowo. W Siemianowicach starsza pani podziękowała mi za zatrzymanie się przez pasami, potem opanowała mnie zieloność. Oczywiście zanim wyrwałem się z objęć korków, bo w piątek nawet przed 14 nie jest to łatwe. Uciekłem im - blachosmrodom - dopiero za Łagiszą, bo w samej Łagiszy było jeszcze bardzo korkopędnie. Nad Kuźnicą Warężyńską (zwaną Czwórką) było pustawo, jeden ornitolog z wielkimi obiektywami i dwóch ludzi na rowerach.
Przyjemność z odnowionej drogi do Siewierza (od Trzebiesławic) jest tak wielka, że trudno ją ubrać w słowa. Za Siewierzem dostałem się już w szpony skowronków, co to pośród niw zielonych... Przejazd przez jedynkę w Koziegłowach poszedł mi o dziwo gładko i od Wojsławic rozkoszowałem się na powrót soczystą majową zielenią, posłyszałem też pierwszy raz w roku PRZEPIÓRKI, między Markowicami a Krusinem!
Wracałem walcząc z silnym wiatrem, który na szczęście - wraz z upływem czasu - słabł szybciej ode mnie :) W pierwszą stronę gnał mnie jednak jak szalony - wiatr dał, wiatr wziął.

Z Markowic do Krusina

Nad Czwórką

Który to raz w tym roku w Siewierzu?

Przedpole Pińczyc

Widok na Góry spod najwyższego punktu Progu Woźnickiego
Dystans14.43 km Czas00:44 Vśrednia19.68 km/h Podjazdy125 m
SprzętMerida Drakar
Park Śląski
W towarzystwie po parku.
W towarzystwie po parku.
Dystans38.12 km Czas01:45 Vśrednia21.78 km/h VMAX39.43 km/h Podjazdy336 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + Park Śląski + Wojkowice
Do pracy, a po pracy przez Siemce do Czeladzi i Wojkowic. Duży ruch, skropiło mnie z małej chmurki, gdy świeciło słońce.
Do pracy, a po pracy przez Siemce do Czeladzi i Wojkowic. Duży ruch, skropiło mnie z małej chmurki, gdy świeciło słońce.
Dystans25.62 km Podjazdy236 m
SprzętMerida Drakar
Praca + Park Śląski
Eksploracje przyrodnicze. Mimo usilnego tropienia rudzików, znowu kicha, chyba nigdy w życiu nie trafię na lęg rudzików... Trafiłem natomiast wiele czynnych gniazd kosów, jak zwykle. Były kwitnące konwalie, czosnek niedźwiedzi, czeremchy. Rozśpiewane rudziki, śpiewaki, kapturki, przemykające sikory, sójki, dzięcioły. Nawet wilgę słyszałem. Miejscami lata zaniedbań uczyniły z płatów parkowego drzewostanu las naturalny, pełen mchów, posuszu i wiatrowałów. Czmychnęły przede mną też dwie sarny :)
Jak to się stało? Wracałem w stroju płetwonurka i przestało padać. Olałem dobre półbuty, miałem przecież nieprzemakalne spodnie i ochraniacze. Ten zestaw nieźle sprawdził się w eksploracji parkowych uroczysk. Powietrze było cudowne, pełne zapachów i odświeżone deszczem.

Gniazdo kosa

Azalie pontyjskie i różaneczniki kwitną cudnie

Parkowe konwalie - odkryłem nowe pole konwalionośne :)

Człowieków ani śladu, tylko zapachy i odgłosy ptaków. Wtedy nawet przemoczenie jest przyjemne.
Eksploracje przyrodnicze. Mimo usilnego tropienia rudzików, znowu kicha, chyba nigdy w życiu nie trafię na lęg rudzików... Trafiłem natomiast wiele czynnych gniazd kosów, jak zwykle. Były kwitnące konwalie, czosnek niedźwiedzi, czeremchy. Rozśpiewane rudziki, śpiewaki, kapturki, przemykające sikory, sójki, dzięcioły. Nawet wilgę słyszałem. Miejscami lata zaniedbań uczyniły z płatów parkowego drzewostanu las naturalny, pełen mchów, posuszu i wiatrowałów. Czmychnęły przede mną też dwie sarny :)
Jak to się stało? Wracałem w stroju płetwonurka i przestało padać. Olałem dobre półbuty, miałem przecież nieprzemakalne spodnie i ochraniacze. Ten zestaw nieźle sprawdził się w eksploracji parkowych uroczysk. Powietrze było cudowne, pełne zapachów i odświeżone deszczem.

Gniazdo kosa

Azalie pontyjskie i różaneczniki kwitną cudnie

Parkowe konwalie - odkryłem nowe pole konwalionośne :)

Człowieków ani śladu, tylko zapachy i odgłosy ptaków. Wtedy nawet przemoczenie jest przyjemne.
Dystans14.58 km Czas00:42 Vśrednia20.83 km/h Podjazdy125 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Praca + inne
Miło nie było, ale skoro już przemokłem to zaliczyłem jeszcze kilka miejsc w Chorzowie
Dystans31.08 km Czas01:28 Vśrednia21.19 km/h Podjazdy267 m
SprzętMerida Drakar
Bobrowniki
Rozruch na czołgu.
Rozruch na czołgu.











