Dystans178.32 km Czas09:37 Vśrednia18.54 km/h VMAX43.33 km/h Podjazdy1016 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rajd Hanzeatycki, dzień 4: Saska Szwajcaria i Miśnia
Obudziłem się w pięknej scenerii Bramy Czeskiej, a moc atrakcji była dopiero przede mną. Trasa rowerowa wiodła przyjemnym wąskim asfaltem, gdzieniegdzie dało się dostrzec miejsca do cumowania i przycumowane łódki. W oddali, na tle bezchmurnego nieba, widoczne były śmiałe wulkaniczne stożki Czeskiego Średniogórza. Nad wodą jakiś czas panował jeszcze chłód, który mobilizował mnie do szybszej jazdy. W Decinie zatrzymałem się na zakupy, by wydać ostatnie korony i okazało się że zostało ich nieco za mało. Ból niezaspokojonej konsumpcji łagodziła ona, a w zasadzie on - Łab. W czeskim jest rodzaju męskiego. Za 50 km przejdzie korektę płci i będzie już "die Elbe". Naszą Łabą, czy Elbą, jak kto woli. Po łacinie też zawsze była kobietą - Albą, czyli Białą. Wzdłuż Albis fluvius jadę sobie od Deczyna już całkiem rozkosznie. Rośnie temperatura, widoki wciąż tak samo piękne, tylko liczba rowerzystów rośnie, lawinowo. Po co ci Niemcy produkują te wszystkie "das auta" jak i tak większość jedzie tędy na rowerze. Niepokoi mnie granica, spodziewam się kontroli paszportu kowidowego, ale nic z tych rzeczy. Przekraczam ją na drodze rowerowej i poza tłumami rowerzystów nie ma tu nikogo. Mijam pięknie położone Bad Schandau, przy kurorcie Rathen czekają mnie ostatnie na wiele dni podjazdy.
W Pirnie wkraczam w pejzaż historyczny. To miasto cukierkowe, jak makieta. Gdy zbliżam się do Drezna wille i pałacyki nad Łabą ciągną się niemal w nieskończoność. Zaczynam wątpić w istnienie centrum. Jedzie się znakomicie. Zdążyłem już przekonać się do mojej przewodniczki Elby. Centrum Drezna robi jednak przygnębiające wrażenie. Neumarkt udaje jeszcze dość wiarygodnie starówkę, ale Altmarkt i reszta to już Drezno made in Ikea. Inaczej prezentuje się Zwinger. Drażnią te wieczyste remonty i ogrodzenia, ale dzięki bogactwu detali sprawia wrażenie nietkniętego przez wojnę. To mylne wrażenie, ale krzepiące. podobnie jak widok Afroniemki kąpiącej się w pałacowej fontannie pomimo zakazu...
Uciekam z Drezna w dobrym tempie, bo chcę znaleźć trochę spokoju, odpocząć od upału, zaduchu i kłębowisk ludzi. Większość jest na rowerach. Postanawiam wykluczyć się z tego łańcucha istnień i spojrzeć na sznury cyklistów nieco z boku. Rozkładam się więc na bezczela na łące, wyciągam kuchenkę i robię pomidorową. Od mrówek na rowerach dzieli mnie jakieś 20 metrów, ale przestaje się z nimi identyfikować. To wielkie dżdżownice, zbudowana z ludzi, kół i ram. Są dwie - przemieszczają się w przeciwne strony. Nie spieszy mi się by zając miejsce w szeregu, by dołączyć do kieratu. Zaciekawiły mnie w tym eNeRDe pinezki zwalniające zamiast progów na drogach. Znakomite rozwiązanie, bo do ominięcia przez rowerzystę bez robienia łuku. Wypoczęty i najedzony docieram w euforycznym nastroju do Miśni, siedziby potężnych margrabiów i stolicy porcelany. Miśnia jest ładnie położona i ładnie zabudowana, ale dwa kraniki z wodą istnieją tylko na mapie. To wpędza mnie w kłopoty, bo obiad pochłonął większość moich zapasów a najbliższy czynny sklep spodziewałem się nawiedzić dopiero w poniedziałek. Zazwyczaj jak się psuje, to kilka elementów. Tak było i tym razem. Elberadweg, dotychczas znakomita, zaczyna pokazywać kły. Wyszczerzone, ostre i nierówne, dokładnie jak bruki po których muszę jechać. Zaczyna doganiać mnie meta, czyli zmierzch. Widząc ciąg dalszy fatalnej nawierzchni decyduję się na skok w bok za wioską Bobersen i błogosławię ten przejaw nagłego geniuszu. Ukazuje mi się cudowny sosnowy lasek, okolony zdziczałymi sadami. Samo rozbijanie namiotu było poezją a sen przyszedł szybko. We śnie płynąłem rowerem po Elbie i spotkałem Lutra zbierającego jabłka. Był w habicie. Sensu teologicznego nie zrozumiałem, pewne było jednak, że myślałem już o następnym sławnym celu - Lutherstadt.

Brama Czeska znad brzegu Łaby

Świat znad Łaby

Świat znad Łaby

Wulkanicznie i coraz cieplej

Deczin: zamek i Łaba. Zamki i rzeki zawsze zgodnie współistnieją.

Saska Szwajcaria

Pirna - cudnie, bo tak małych miast się nie bombardowało zazwyczaj...

Te większe, jak Drezno, bombardowano chętnie i skrupulatnie

Zwinger w ciągłym remoncie. Więc fotka na część bez rusztowań. Który król Polski zbudował coś bardziej imponującego?

W Miśni piętrzy się historia. Dosłownie

Miśnieński "Wawel"

Łaba za Miśnią robi się ładniejsza niż w Saskiej Szwajcarii...
Trasa:
Obudziłem się w pięknej scenerii Bramy Czeskiej, a moc atrakcji była dopiero przede mną. Trasa rowerowa wiodła przyjemnym wąskim asfaltem, gdzieniegdzie dało się dostrzec miejsca do cumowania i przycumowane łódki. W oddali, na tle bezchmurnego nieba, widoczne były śmiałe wulkaniczne stożki Czeskiego Średniogórza. Nad wodą jakiś czas panował jeszcze chłód, który mobilizował mnie do szybszej jazdy. W Decinie zatrzymałem się na zakupy, by wydać ostatnie korony i okazało się że zostało ich nieco za mało. Ból niezaspokojonej konsumpcji łagodziła ona, a w zasadzie on - Łab. W czeskim jest rodzaju męskiego. Za 50 km przejdzie korektę płci i będzie już "die Elbe". Naszą Łabą, czy Elbą, jak kto woli. Po łacinie też zawsze była kobietą - Albą, czyli Białą. Wzdłuż Albis fluvius jadę sobie od Deczyna już całkiem rozkosznie. Rośnie temperatura, widoki wciąż tak samo piękne, tylko liczba rowerzystów rośnie, lawinowo. Po co ci Niemcy produkują te wszystkie "das auta" jak i tak większość jedzie tędy na rowerze. Niepokoi mnie granica, spodziewam się kontroli paszportu kowidowego, ale nic z tych rzeczy. Przekraczam ją na drodze rowerowej i poza tłumami rowerzystów nie ma tu nikogo. Mijam pięknie położone Bad Schandau, przy kurorcie Rathen czekają mnie ostatnie na wiele dni podjazdy.
W Pirnie wkraczam w pejzaż historyczny. To miasto cukierkowe, jak makieta. Gdy zbliżam się do Drezna wille i pałacyki nad Łabą ciągną się niemal w nieskończoność. Zaczynam wątpić w istnienie centrum. Jedzie się znakomicie. Zdążyłem już przekonać się do mojej przewodniczki Elby. Centrum Drezna robi jednak przygnębiające wrażenie. Neumarkt udaje jeszcze dość wiarygodnie starówkę, ale Altmarkt i reszta to już Drezno made in Ikea. Inaczej prezentuje się Zwinger. Drażnią te wieczyste remonty i ogrodzenia, ale dzięki bogactwu detali sprawia wrażenie nietkniętego przez wojnę. To mylne wrażenie, ale krzepiące. podobnie jak widok Afroniemki kąpiącej się w pałacowej fontannie pomimo zakazu...
Uciekam z Drezna w dobrym tempie, bo chcę znaleźć trochę spokoju, odpocząć od upału, zaduchu i kłębowisk ludzi. Większość jest na rowerach. Postanawiam wykluczyć się z tego łańcucha istnień i spojrzeć na sznury cyklistów nieco z boku. Rozkładam się więc na bezczela na łące, wyciągam kuchenkę i robię pomidorową. Od mrówek na rowerach dzieli mnie jakieś 20 metrów, ale przestaje się z nimi identyfikować. To wielkie dżdżownice, zbudowana z ludzi, kół i ram. Są dwie - przemieszczają się w przeciwne strony. Nie spieszy mi się by zając miejsce w szeregu, by dołączyć do kieratu. Zaciekawiły mnie w tym eNeRDe pinezki zwalniające zamiast progów na drogach. Znakomite rozwiązanie, bo do ominięcia przez rowerzystę bez robienia łuku. Wypoczęty i najedzony docieram w euforycznym nastroju do Miśni, siedziby potężnych margrabiów i stolicy porcelany. Miśnia jest ładnie położona i ładnie zabudowana, ale dwa kraniki z wodą istnieją tylko na mapie. To wpędza mnie w kłopoty, bo obiad pochłonął większość moich zapasów a najbliższy czynny sklep spodziewałem się nawiedzić dopiero w poniedziałek. Zazwyczaj jak się psuje, to kilka elementów. Tak było i tym razem. Elberadweg, dotychczas znakomita, zaczyna pokazywać kły. Wyszczerzone, ostre i nierówne, dokładnie jak bruki po których muszę jechać. Zaczyna doganiać mnie meta, czyli zmierzch. Widząc ciąg dalszy fatalnej nawierzchni decyduję się na skok w bok za wioską Bobersen i błogosławię ten przejaw nagłego geniuszu. Ukazuje mi się cudowny sosnowy lasek, okolony zdziczałymi sadami. Samo rozbijanie namiotu było poezją a sen przyszedł szybko. We śnie płynąłem rowerem po Elbie i spotkałem Lutra zbierającego jabłka. Był w habicie. Sensu teologicznego nie zrozumiałem, pewne było jednak, że myślałem już o następnym sławnym celu - Lutherstadt.

Brama Czeska znad brzegu Łaby

Świat znad Łaby

Świat znad Łaby

Wulkanicznie i coraz cieplej

Deczin: zamek i Łaba. Zamki i rzeki zawsze zgodnie współistnieją.

Saska Szwajcaria

Pirna - cudnie, bo tak małych miast się nie bombardowało zazwyczaj...

Te większe, jak Drezno, bombardowano chętnie i skrupulatnie

Zwinger w ciągłym remoncie. Więc fotka na część bez rusztowań. Który król Polski zbudował coś bardziej imponującego?

W Miśni piętrzy się historia. Dosłownie

Miśnieński "Wawel"

Łaba za Miśnią robi się ładniejsza niż w Saskiej Szwajcarii...
Trasa:
Dystans122.32 km Czas07:12 Vśrednia16.99 km/h VMAX44.64 km/h Podjazdy385 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rajd Hanzeatycki, dzień 3: Terezin i Porta Bohemica
Był to trochę dzień przykrych odkryć, przykre odkrycia dotyczyły prognoz pogody i niemożności zrealizowania planu dotarcia za Ujście nad Łabą. Za dwa dnie czekało mnie załamanie pogody i huragany. Wiatr już zmienił się na niekorzystny. Dzień zaczynam od weryfikacja niezrealizowanych miejsc noclegowych. Wszystkie okazują się wartościowe, szkoda że do nich nie dojechałem... Pierwszym miastem na mojej trasie jest Stara Bolesław. Jest tu mały rynek i małomiasteczkowa zabudowa, nic ciekawego. Postanawiam na chwilę przejechać na lewy brzeg Łaby. W miasteczku Kostelec powracam na prawy brzeg, którym dojadę aż do Mielnika. Robi się upalnie, po nocnym oberwaniu chmury ani śladu. W Mielniku jest już straszny zaduch. Chronię się w podcieniach ratusza, jest tu darmowe Wi-Fi. Miasto jest przeciętne, ale nadrabia pięknym położeniem nad ujściem Wełtawy do Łaby. Po uzupełnieniu zapasów ruszam trasą rowerową po lewej stronie Łaby. Wlecze się ona literalnie wzdłuż koryta rzeki, ale nawierzchnia jest lepsza niż przed Mielnikiem (gdzie był koszmarny bruk i piach), więc korzystam z braku towarzystwa rozgrzanych puszkinów i ich benzynowych ekstrementów. Czas mija zadziwiająco szybko, głównie dlatego że się wlokę. Dwa dni wycisku zrobiły swoje, postanawiam jechać tempem rekreacyjnym. Nie muszę się spieszyć, jutro niedziela i sklepy w RFN będą zamknięte. Czym dłużej zostanę więc na słowiańskiej ziemi, tym lepiej.
Dopiero pod koniec dnia pojawiają się pozytywne wrażenia. Docieram do Terezina. Zaskakuje mnie znakomicie zachowana zabudowa fortu. Są tu wszystkie poaustriackie budynki, zupełnie jakby nieboszczka Austria odeszła tydzień wcześniej. Sama twierdza - obóz też robi wrażenie, podobnie jak cmentarz. Zbliża się złota godzina, co potęguje moje pozytywne odczucia. Tym bardziej, że miasto Litomierzyce zachwyca zabudową rynku. Pardubice i Kolin znajdują trzeciego rynkowego muszkietera. Zbliża się zachód słońca a mnie czeka przełom Łaby. Na horyzoncie majaczą śmiałe stożki Średniogórza Czeskiego a mnie czekają najpiękniejsze wieczorne i poranne (nazajutrz) chwile nad Łabą. Teraz zaczynam trochę żałować tego odpoczynkowego tempa. Okrążam bazaltowy Radobyl (399) i wraz z gasnącym słońcem zanurzam się w Bramę Czeską. Widoki są cudowne. Jadę kapitalną drogą rowerową, między skalnymi skarpami, nasypem kolejowym a rzeką. Co jakiś czas pokonuję suche na szczęście brody i rynny. Najbardziej niezwykły jest ostatni odcinek, między Wielkimi Żernosekami a Libochowanami. Na opłotkach tej ostatniej wsi znajduję miejsce na dziki biwak.

Łaba w okolicach Starej Bolesław

Fatalne nawierzchnie przed Mielnikiem

Piętrowe kamieniczki na mielnickim rynku

Widok z mielnickiego wzgórza miejskiego na Łabę

Roudnice nad Labem

Terezin

Litomierzyce
Trasa:
Był to trochę dzień przykrych odkryć, przykre odkrycia dotyczyły prognoz pogody i niemożności zrealizowania planu dotarcia za Ujście nad Łabą. Za dwa dnie czekało mnie załamanie pogody i huragany. Wiatr już zmienił się na niekorzystny. Dzień zaczynam od weryfikacja niezrealizowanych miejsc noclegowych. Wszystkie okazują się wartościowe, szkoda że do nich nie dojechałem... Pierwszym miastem na mojej trasie jest Stara Bolesław. Jest tu mały rynek i małomiasteczkowa zabudowa, nic ciekawego. Postanawiam na chwilę przejechać na lewy brzeg Łaby. W miasteczku Kostelec powracam na prawy brzeg, którym dojadę aż do Mielnika. Robi się upalnie, po nocnym oberwaniu chmury ani śladu. W Mielniku jest już straszny zaduch. Chronię się w podcieniach ratusza, jest tu darmowe Wi-Fi. Miasto jest przeciętne, ale nadrabia pięknym położeniem nad ujściem Wełtawy do Łaby. Po uzupełnieniu zapasów ruszam trasą rowerową po lewej stronie Łaby. Wlecze się ona literalnie wzdłuż koryta rzeki, ale nawierzchnia jest lepsza niż przed Mielnikiem (gdzie był koszmarny bruk i piach), więc korzystam z braku towarzystwa rozgrzanych puszkinów i ich benzynowych ekstrementów. Czas mija zadziwiająco szybko, głównie dlatego że się wlokę. Dwa dni wycisku zrobiły swoje, postanawiam jechać tempem rekreacyjnym. Nie muszę się spieszyć, jutro niedziela i sklepy w RFN będą zamknięte. Czym dłużej zostanę więc na słowiańskiej ziemi, tym lepiej.
Dopiero pod koniec dnia pojawiają się pozytywne wrażenia. Docieram do Terezina. Zaskakuje mnie znakomicie zachowana zabudowa fortu. Są tu wszystkie poaustriackie budynki, zupełnie jakby nieboszczka Austria odeszła tydzień wcześniej. Sama twierdza - obóz też robi wrażenie, podobnie jak cmentarz. Zbliża się złota godzina, co potęguje moje pozytywne odczucia. Tym bardziej, że miasto Litomierzyce zachwyca zabudową rynku. Pardubice i Kolin znajdują trzeciego rynkowego muszkietera. Zbliża się zachód słońca a mnie czeka przełom Łaby. Na horyzoncie majaczą śmiałe stożki Średniogórza Czeskiego a mnie czekają najpiękniejsze wieczorne i poranne (nazajutrz) chwile nad Łabą. Teraz zaczynam trochę żałować tego odpoczynkowego tempa. Okrążam bazaltowy Radobyl (399) i wraz z gasnącym słońcem zanurzam się w Bramę Czeską. Widoki są cudowne. Jadę kapitalną drogą rowerową, między skalnymi skarpami, nasypem kolejowym a rzeką. Co jakiś czas pokonuję suche na szczęście brody i rynny. Najbardziej niezwykły jest ostatni odcinek, między Wielkimi Żernosekami a Libochowanami. Na opłotkach tej ostatniej wsi znajduję miejsce na dziki biwak.

Łaba w okolicach Starej Bolesław

Fatalne nawierzchnie przed Mielnikiem

Piętrowe kamieniczki na mielnickim rynku

Widok z mielnickiego wzgórza miejskiego na Łabę

Roudnice nad Labem

Terezin

Litomierzyce
Trasa:
Dystans207.84 km Czas11:39 Vśrednia17.84 km/h VMAX54.52 km/h Podjazdy1498 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rajd Hanzeatycki, dzień 2: Stradovius ad portas Nymburka
Wiodła mnie zaplanowana ambicja, czyli rzecz głupia. Chciałem koniecznie przejechać Nymburk, miałem tam upatrzone miejsca noclegowe. Zależało mi więc, by jak najszybciej pokonać odcinek interwałowy do Pardubic; potem miało być już płasko i łatwo. Do Litomyśla było - zgodnie z planem - interwałowo, ale trudy łagodził chłód poranka. Między Litomyślem a Pardubicami szło mi już jednak jak po grudzie. Słoneczko szybko zaczęło denerwować, zanikły poranne chmurki, niebo zrobiło się totalitarnie bezchmurne. Słoneczko było jak gorejący jaskier. Do rozpalonego słońcem miasteczka Chrast było bardzo interwałowo. Piękny pałac w Nowych Hradach okazał się straszyć budką biletową już przed wejściem. Osłabiło to moje morale, a rosnący upał zrobił swoje. Jechałem cały czas w odsłoniętym terenie, gdy w końcy dotarłem nad Chrudimkę, w przypływie desperacji zarządziłem sobie sjestę. Rzeka była mętna, cienia było mało, amatorów rzeczki wielu. Dopiero po tym resecie odważyłem się wjechać do Pardubic.
W Pardubicach symbolicznie wkroczyłem w drugą fazę dnia i charakter trasy zmienił się w spływ Łabą. Odtąd miałem jechać od miasta do miasta. Wzdłuż jednej z najsławniejszych rzek Europy, rzeki symbolicznej i od zawsze granicznej. Starówka miała tu charakter wertykalny: była złożona z wysokich, kapitalnych kamienic, ale zajmowała malutki obszar. Wrażenie robił też rozległy zamek, zbudowany z wielu "warstw". Wyjazd z Pardubic był niestety skomplikowany i nieprzyjemny, pomimo szczegółowego rozkminiania go przed wyjazdem, nie znalazłem przyjemnego korytarza do jazdy. Było jak na mapach - nieprzyjemnie. Ostatnim pozytywnym akcentem było pierwsze zetknięcie z Łabą. Uregulowaną, zurbanizowaną i nieciekawą. Gdy wydostałem się z kotła pardubickego (swoistej czarnej dziury), czym dalej byłem od Pardubic tym było spokojniej. Przejeżdżałem przez rozległe tereny wybiegów i stadnin. Jechałem zazwyczaj szlakiem rowerowym, trzymając się terasy rzecznej. Sama rzeka była nieciekawa, w zasadzie stała w miejscu i była mętna. Przypominała kanał. Ten odcinek pozbawiony był większych ośrodków. Dopiero w Kolinie zaznałem znów pięknych kamienic. Miasto różniło się charakterem od Pardubic. Było też mniej męczące transportowo, bo trzykrotnie mniej ludne.
Ostatni odcinek wiódł mnie do sławnych Podiebradów, siedziby sławnego króla Jerzego. Miasto mnie jednak mocno zawiodło. Co gorsza, pomnik króla był w remoncie. Trasa rowerowa z Podiebradów do Nymburka prowadziła wzdłuż Łaby i jechało się nią wspaniale. Pognałem więc do Nymburka, by w resztkach dnia podziwiać mury miejskie. Dobrze się stało, że widziałem je o zmierzchu. Mniej światła korzystniej działa na rekonstrukcje. Ja miałem podwójnie mniej światła, pojawiły się znikąd ciemne chmury i niepokojący wiatr, zwiastujący poważne kłopoty. Miałem upatrzone miejsca noclegowe za Kostomlotami nad Labem, ledwo przejechałem miejscowość rozpętało się piekło. Od celu biwakowego dzieliło mnie kilka kilometrów. Musiałem się poddać wcześniej: w strugach deszczu rzuciłem się przez wysokie, mokre trawy, do przydrożnego sadu. Namiot rozkładałem w deszczu i wietrze, szarpało nim na wszystkie strony. Zalało mnie całkowicie, w dodatku wchodząc do namiotu zalałem jego wnętrze, tyle miałem wody na pelerynie (zapomniałem ją wcześniej ściągnąć). Miałem całkiem przemoczone buty, ale jazda dalej była szaleństwem. Na koniec dopadł mnie więc potop, przelewanie wody z sypialni namiotu na zewnątrz i wykręcanie ubrań. Cena za zrealizowanie celu była wysoka. Dałem z siebie wszystko, a jak mawiał gen. Patton: "gdy żołnierz da z siebie wszystko, to co mu zostanie?"

Czeskotrebovska vrchovina, czyli w drodze z Opatovca na Litomyśl.

Po latach w Litomyślu. Pierwszy raz na rowerze.

Nowe Hrady. Tyle było widać sprzed kasy biletowej.

Cudna zabudowa pardubickiej starówki

Malutka wertykalna starówka

Zetknięcie z Łabą, która potowarzyszy mi przez kolejne 800 km.

Pardubickie stadniny

Śliczne gniazdo zięby. Instynktu ptasiarza nigdy się nie traci...

Kolin - najpiękniejszy rynek dnia

Kolin

Nad Łabą jechało się cudnie

Oszpecony rusztowaniami król Jerzy

Nymburk. Zapadający zmierzch przykrył brutalność rekonstrukcji. Układ miasta jest jednak oryginalny, choć zabudowa nieco przetrzebiona.
Trasa:
Wiodła mnie zaplanowana ambicja, czyli rzecz głupia. Chciałem koniecznie przejechać Nymburk, miałem tam upatrzone miejsca noclegowe. Zależało mi więc, by jak najszybciej pokonać odcinek interwałowy do Pardubic; potem miało być już płasko i łatwo. Do Litomyśla było - zgodnie z planem - interwałowo, ale trudy łagodził chłód poranka. Między Litomyślem a Pardubicami szło mi już jednak jak po grudzie. Słoneczko szybko zaczęło denerwować, zanikły poranne chmurki, niebo zrobiło się totalitarnie bezchmurne. Słoneczko było jak gorejący jaskier. Do rozpalonego słońcem miasteczka Chrast było bardzo interwałowo. Piękny pałac w Nowych Hradach okazał się straszyć budką biletową już przed wejściem. Osłabiło to moje morale, a rosnący upał zrobił swoje. Jechałem cały czas w odsłoniętym terenie, gdy w końcy dotarłem nad Chrudimkę, w przypływie desperacji zarządziłem sobie sjestę. Rzeka była mętna, cienia było mało, amatorów rzeczki wielu. Dopiero po tym resecie odważyłem się wjechać do Pardubic.
W Pardubicach symbolicznie wkroczyłem w drugą fazę dnia i charakter trasy zmienił się w spływ Łabą. Odtąd miałem jechać od miasta do miasta. Wzdłuż jednej z najsławniejszych rzek Europy, rzeki symbolicznej i od zawsze granicznej. Starówka miała tu charakter wertykalny: była złożona z wysokich, kapitalnych kamienic, ale zajmowała malutki obszar. Wrażenie robił też rozległy zamek, zbudowany z wielu "warstw". Wyjazd z Pardubic był niestety skomplikowany i nieprzyjemny, pomimo szczegółowego rozkminiania go przed wyjazdem, nie znalazłem przyjemnego korytarza do jazdy. Było jak na mapach - nieprzyjemnie. Ostatnim pozytywnym akcentem było pierwsze zetknięcie z Łabą. Uregulowaną, zurbanizowaną i nieciekawą. Gdy wydostałem się z kotła pardubickego (swoistej czarnej dziury), czym dalej byłem od Pardubic tym było spokojniej. Przejeżdżałem przez rozległe tereny wybiegów i stadnin. Jechałem zazwyczaj szlakiem rowerowym, trzymając się terasy rzecznej. Sama rzeka była nieciekawa, w zasadzie stała w miejscu i była mętna. Przypominała kanał. Ten odcinek pozbawiony był większych ośrodków. Dopiero w Kolinie zaznałem znów pięknych kamienic. Miasto różniło się charakterem od Pardubic. Było też mniej męczące transportowo, bo trzykrotnie mniej ludne.
Ostatni odcinek wiódł mnie do sławnych Podiebradów, siedziby sławnego króla Jerzego. Miasto mnie jednak mocno zawiodło. Co gorsza, pomnik króla był w remoncie. Trasa rowerowa z Podiebradów do Nymburka prowadziła wzdłuż Łaby i jechało się nią wspaniale. Pognałem więc do Nymburka, by w resztkach dnia podziwiać mury miejskie. Dobrze się stało, że widziałem je o zmierzchu. Mniej światła korzystniej działa na rekonstrukcje. Ja miałem podwójnie mniej światła, pojawiły się znikąd ciemne chmury i niepokojący wiatr, zwiastujący poważne kłopoty. Miałem upatrzone miejsca noclegowe za Kostomlotami nad Labem, ledwo przejechałem miejscowość rozpętało się piekło. Od celu biwakowego dzieliło mnie kilka kilometrów. Musiałem się poddać wcześniej: w strugach deszczu rzuciłem się przez wysokie, mokre trawy, do przydrożnego sadu. Namiot rozkładałem w deszczu i wietrze, szarpało nim na wszystkie strony. Zalało mnie całkowicie, w dodatku wchodząc do namiotu zalałem jego wnętrze, tyle miałem wody na pelerynie (zapomniałem ją wcześniej ściągnąć). Miałem całkiem przemoczone buty, ale jazda dalej była szaleństwem. Na koniec dopadł mnie więc potop, przelewanie wody z sypialni namiotu na zewnątrz i wykręcanie ubrań. Cena za zrealizowanie celu była wysoka. Dałem z siebie wszystko, a jak mawiał gen. Patton: "gdy żołnierz da z siebie wszystko, to co mu zostanie?"

Czeskotrebovska vrchovina, czyli w drodze z Opatovca na Litomyśl.

Po latach w Litomyślu. Pierwszy raz na rowerze.

Nowe Hrady. Tyle było widać sprzed kasy biletowej.

Cudna zabudowa pardubickiej starówki

Malutka wertykalna starówka

Zetknięcie z Łabą, która potowarzyszy mi przez kolejne 800 km.

Pardubickie stadniny

Śliczne gniazdo zięby. Instynktu ptasiarza nigdy się nie traci...

Kolin - najpiękniejszy rynek dnia

Kolin

Nad Łabą jechało się cudnie

Oszpecony rusztowaniami król Jerzy

Nymburk. Zapadający zmierzch przykrył brutalność rekonstrukcji. Układ miasta jest jednak oryginalny, choć zabudowa nieco przetrzebiona.
Trasa:
Dystans177.57 km Czas09:24 Vśrednia18.89 km/h VMAX53.50 km/h Podjazdy2026 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rajd Hanzeatycki, dzień 1: Trudne rajdu początki
Ciężki dzień inauguracyjny: duże przewyższenie, ciągłe interwały, niebo bez ani jednej chmurki, nieznośne sierpniowe słońce. Pozostałe wrażenia na plus: ludowe czeskie pieśniczki emitowane ze szczekaczek w Raduniu; zmurszałe jabłonie i poskręcane wiekiem czereśnie tworzące piękne aleje wzdłuż dróg. Ta pozostałość starych, dobrych czasów, gdy objedzenie się po drodze owocami ratowało godność peregrynanta. Czereśnie mocno brudziły asfalt zwłokami opadłych owoców. Nikt ich już nie zbiera, europejskie marnotrawstwo. Było mi trochę przykro, gdy widziałem w sierpniu zasuszone ze starości czereśnie na gałęziach... Czesi nie wycięli jednak tych drzew i zyskała na tym malowniczość trasy. Ja niezbyt skorzystałem, bo rachityczne czereśnie rzucały cień głównie na pobliskie pola.
Gdy dotarłem do atrakcji dnia - Sternberku - byłem już nieźle podsmażony i wymęczony. Podpicowany neogotycko zamek Liechtensteinów robi kapitalne wrażenie, podobnie jak samo położenie miasta. By dotrzeć do miasta musiałem pokonać niezliczoną liczbę garbów i podjazdów, by finalnie cieszyć się ostrymi zakosami zjazdu na starówkę. Stare Miasto było niewielkie, ale urokliwe. Ładny był tez rynek w Unicovie. W Usovie ciekawy był tylko zamek, a w kolejnym mieście - Mohelnicach - myślałem już tylko o noclegu. Za Sternbergiem wjechałem w strefę "pięknych zagród", czyli zachowanych układów gospodarskich z bramami wjazdowymi. Podziwianie ich urozmaicało mi wycieczkę aż do Mohelnic. Z premedytacją ominąłem tamtejszy kamping, było jeszcze jasno, w scenerii gasnącego dnia mijałem więc zamek w Mirovie (obrzydliwy kolor tynku). Rozłożyłem się nieco ponad doliną potoku Mirovka. Miejsce wypatrzyłem jeszcze przez wyjazdem z satelity. Takie biwaki lubię najbardziej.

Pałac z parkiem w Raduniu. Znakomite to było miejsce na posiłek i przerwę.

Sternberg - malowniczy zamek z kaplicą

Unicov - typowy czeski rynek, choć to Morawy...

Usov. Miasta było tyle co kot napłakał, ale zamek dawał radę
Trasa (+ 7,5 km dojazd na dworzec w Katowicach):
Ciężki dzień inauguracyjny: duże przewyższenie, ciągłe interwały, niebo bez ani jednej chmurki, nieznośne sierpniowe słońce. Pozostałe wrażenia na plus: ludowe czeskie pieśniczki emitowane ze szczekaczek w Raduniu; zmurszałe jabłonie i poskręcane wiekiem czereśnie tworzące piękne aleje wzdłuż dróg. Ta pozostałość starych, dobrych czasów, gdy objedzenie się po drodze owocami ratowało godność peregrynanta. Czereśnie mocno brudziły asfalt zwłokami opadłych owoców. Nikt ich już nie zbiera, europejskie marnotrawstwo. Było mi trochę przykro, gdy widziałem w sierpniu zasuszone ze starości czereśnie na gałęziach... Czesi nie wycięli jednak tych drzew i zyskała na tym malowniczość trasy. Ja niezbyt skorzystałem, bo rachityczne czereśnie rzucały cień głównie na pobliskie pola.
Gdy dotarłem do atrakcji dnia - Sternberku - byłem już nieźle podsmażony i wymęczony. Podpicowany neogotycko zamek Liechtensteinów robi kapitalne wrażenie, podobnie jak samo położenie miasta. By dotrzeć do miasta musiałem pokonać niezliczoną liczbę garbów i podjazdów, by finalnie cieszyć się ostrymi zakosami zjazdu na starówkę. Stare Miasto było niewielkie, ale urokliwe. Ładny był tez rynek w Unicovie. W Usovie ciekawy był tylko zamek, a w kolejnym mieście - Mohelnicach - myślałem już tylko o noclegu. Za Sternbergiem wjechałem w strefę "pięknych zagród", czyli zachowanych układów gospodarskich z bramami wjazdowymi. Podziwianie ich urozmaicało mi wycieczkę aż do Mohelnic. Z premedytacją ominąłem tamtejszy kamping, było jeszcze jasno, w scenerii gasnącego dnia mijałem więc zamek w Mirovie (obrzydliwy kolor tynku). Rozłożyłem się nieco ponad doliną potoku Mirovka. Miejsce wypatrzyłem jeszcze przez wyjazdem z satelity. Takie biwaki lubię najbardziej.

Pałac z parkiem w Raduniu. Znakomite to było miejsce na posiłek i przerwę.

Sternberg - malowniczy zamek z kaplicą

Unicov - typowy czeski rynek, choć to Morawy...

Usov. Miasta było tyle co kot napłakał, ale zamek dawał radę
Trasa (+ 7,5 km dojazd na dworzec w Katowicach):
Dystans73.31 km Czas03:22 Vśrednia21.78 km/h VMAX49.43 km/h Podjazdy619 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki (20/2021)
Wieża w Górze Siewierskiej wciąż niedostępna. Remont ulicy Piaskowej w Wojkowicach-Dobieszowicach. Z powodu długiego objazdu coraz gorsza powierzchnia na ul. Leśnej. Zaskakiwała ptasia cisza, wątpliwy urok sierpnia... W drodze powrotnej sprowokował mnie elektryk do wyścigu i przegrał... W zasadzie to się chłopu zepsuł, a ostrzegałem że zrobi sobie krzywdę... ;)

Góra Siewierska

Brzękowice-Wał

Czerwony Kamień
Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Góra Siewierska - Twardowice - Myszkowice - Sączów - Siemonia - Dobieszowice - Chorzów.
Wieża w Górze Siewierskiej wciąż niedostępna. Remont ulicy Piaskowej w Wojkowicach-Dobieszowicach. Z powodu długiego objazdu coraz gorsza powierzchnia na ul. Leśnej. Zaskakiwała ptasia cisza, wątpliwy urok sierpnia... W drodze powrotnej sprowokował mnie elektryk do wyścigu i przegrał... W zasadzie to się chłopu zepsuł, a ostrzegałem że zrobi sobie krzywdę... ;)

Góra Siewierska

Brzękowice-Wał

Czerwony Kamień
Trasa: Chorzów - Rogoźnik - Strzyżowice - Góra Siewierska - Twardowice - Myszkowice - Sączów - Siemonia - Dobieszowice - Chorzów.
Dystans36.87 km Czas01:33 Vśrednia23.79 km/h Podjazdy287 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rogoźnik
Słoneczny dzień przed planowaną wielodniową trasą i wypad nad Rogoźnik.

Słoneczny dzień przed planowaną wielodniową trasą i wypad nad Rogoźnik.

Dystans71.43 km Czas03:07 Vśrednia22.92 km/h Podjazdy644 m
SprzętHaibike Tour SL
Płaskowyż Twardowicki (19/2021)
Duży rozruch po powrocie z rajdu sandomierskiego. Zaskoczyła mnie poprawa pogody, zmieniły się prognozy, które pierwotnie pokazywały pogorszenie aury na początku tygodnia.
Jechałem spokojnie, choć na szosie. Trekkinga miałem jeszcze nieogarniętego a planowałem na nim wypad wielodniowy. Stąd taki dziwny profil wycieczki. Szkoda mi było dnia a kusiło by pozostać w rytmie.

Sadowie II

Najdziszów
Trasa: Chorzów - Wojkowice - Strzyżowice - Toporowice - Sadowie II - Myszkowice - Sączów - Dobieszowice - Bobrowniki - Chorzów
Duży rozruch po powrocie z rajdu sandomierskiego. Zaskoczyła mnie poprawa pogody, zmieniły się prognozy, które pierwotnie pokazywały pogorszenie aury na początku tygodnia.
Jechałem spokojnie, choć na szosie. Trekkinga miałem jeszcze nieogarniętego a planowałem na nim wypad wielodniowy. Stąd taki dziwny profil wycieczki. Szkoda mi było dnia a kusiło by pozostać w rytmie.

Sadowie II

Najdziszów
Trasa: Chorzów - Wojkowice - Strzyżowice - Toporowice - Sadowie II - Myszkowice - Sączów - Dobieszowice - Bobrowniki - Chorzów
Dystans35.92 km Czas01:56 Vśrednia18.58 km/h Podjazdy235 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Powrót z trasy
Gdy ruszyłem z przystanku w Bełku było mi trochę żal. Był fajnie położony, na uboczu. Niestety przestało padać, a krowy na dobre mnie wybudziły. W dodatku porywisty, zimny wiatr nie zachęcał do dalszego pobytu. Wsie były jeszcze w letargu, choć było już po 8 rano. Ja zaś znalazłem się w potrzasku. Wiał potężny huragan z zachodu, a do domu musiałem jechać na zachód. Co gorsza zapowiadali dalsze opady. Huragan i opady nie skłaniały do tego by wracać o własnych siłach. Wybrałem szwendanie się po okolicach Jędrzejowa i po samym mieście. Długo wszystkie gastronomie były zamknięte, zaliczyłem więc klasztor i rynek i dopiero po 12 zjadłem kebaba. Po 13 dotarłem pod dworzec i doczekałem tam - z internetem - przyjazdu pociągu. W pociągu rozbawił mnie kierownik, który strofował dziewczynkę z colą, że jak będzie ją pić to skończy tak gruba jak on :) To była puenta tej wycieczki, na lepszą nie zasłużyłem. Trudno.

Trasa (doliczyć trzeba powrót spod dworca w Katowicach do Chorzowa):
Gdy ruszyłem z przystanku w Bełku było mi trochę żal. Był fajnie położony, na uboczu. Niestety przestało padać, a krowy na dobre mnie wybudziły. W dodatku porywisty, zimny wiatr nie zachęcał do dalszego pobytu. Wsie były jeszcze w letargu, choć było już po 8 rano. Ja zaś znalazłem się w potrzasku. Wiał potężny huragan z zachodu, a do domu musiałem jechać na zachód. Co gorsza zapowiadali dalsze opady. Huragan i opady nie skłaniały do tego by wracać o własnych siłach. Wybrałem szwendanie się po okolicach Jędrzejowa i po samym mieście. Długo wszystkie gastronomie były zamknięte, zaliczyłem więc klasztor i rynek i dopiero po 12 zjadłem kebaba. Po 13 dotarłem pod dworzec i doczekałem tam - z internetem - przyjazdu pociągu. W pociągu rozbawił mnie kierownik, który strofował dziewczynkę z colą, że jak będzie ją pić to skończy tak gruba jak on :) To była puenta tej wycieczki, na lepszą nie zasłużyłem. Trudno.

Trasa (doliczyć trzeba powrót spod dworca w Katowicach do Chorzowa):
Dystans385.77 km Czas17:55 Vśrednia21.53 km/h VMAX51.33 km/h Podjazdy2487 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Sandomierz
Na początku sierpnia, wzorem lipca, panowała męcząca i frustrująca tzw. dynamiczna pogoda. Co chwile pojawiały się burze, upały i huragany. Nie były to warunki zachęcające do wielodniowego wyjazdu. Nie zachęcały też do dalszego wypadu bez bagażu. Sytuacja zmieniła się dopiero w pierwszy pełny weekend sierpnia. Dalsze prognozy pokazywały (błędnie), że to chwilowe uspokojenie pogody, ruszyłem więc na lekko w kierunku Sandomierza. Na wschodzie warunki miały być najlepsze, od zachodu przyjść miało kolejne załamanie pogody. Te prognozy mi pasowały, bo od dawna wybierałem się na Sandomierz. Dawno tam nie byłem. Rajdy w Świętokrzyskie zazwyczaj miło wspominam, dlatego decyzję podjąłem błyskawicznie.
Nad ranem na niebie straszyły jeszcze niedobitki chmur opadowych. Bałem się mgieł pod Błędowem, pojechałem więc szybszą trasą przez Sikorkę i Łazy. Z każdą godziną jednak chmury zanikały i w południe cieszyłem się już czystym niebem, które zresztą upstrzyło się po południu licznymi obłoczkami. Niebo ponownie wygładziło się dopiero pod wieczór, dzięki czemu mogłem podziwiać Sandomierz w pełnej okazałości złotej godziny. Wyruszyłem jednak w sobotę i w wielu świętokrzyskich kościołach trwały intensywne porządki. Udało mi się dzięki nim dostać po latach do pięknego wczesnogotyckiego prezbiterium kościoła w Mieronicach. Nic się tu nie zmieniło - na szczęście. Pamiętam jak przy pierwszej wizycie rozmawiałem z kościelnym, który żalił się że parafianie chcieliby zamalować bezcenne polichromie z XIII wieku, bo "są wyblakłe". Zaimponował mi wtedy ten człowiek, przerastający wyraźnie świadomością średnią w swojej parafii.
Wcześniej we znaki dała mi się dynamiczna pogoda poprzednich tygodni. Pod Żarnowcem ukazały mi się rozległe jeziora. Jeżdżę tu dość często, ale takiego widoku jeszcze nie zaznałem. Pola i łąki wyglądały jak rozlewiska Biebrzy. Na rozległych taflach wody tworzyły się fale. Napotykałem także sporo zabitych jaskółek, które zapewne postanowiły skorzystać z obfitości opadów, przyciągniętych nowymi bajorami. Na drodze trafiłem też kilka zabitych lisów. Za Wodzisławiem eksplorowałem - po raz pierwszy - park dworski w Laskowej, dotarłem przed front dworu, ale zarośnięte jest tam wszystko straszliwie, może kiedyś wrócę wiosną, bo w sierpniu dżungla była nie do sforsowania. Za Nawarzycami zaskoczył mnie stopień zniszczenia lasu przez wichurę. Wiatrowały i wiatrołomy wśród sosen były znaczące, droga wojewódzka biegła w wąwozie poobcinanych poległych pni. Ten las nigdy już nie będzie taki sam, było mi żal, bo często przez niego jeżdżę i ciężko będzie się przyzwyczaić do tych obrazów po katastrofie.
Na pińczowskim rynku zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Towarzyszyły mi pasące się kawki i błogi cień, bo rynek w Pińczowie zawsze był oazą zieleni i zapewniał intymność. Władze miasta nigdy na szczęście na wpadły by go "zrewitalizować", czyli przemienić w betonową pustynię. Dalsza jazda wciąż była bardzo przyjemna, znam tu każdy dom, ale trasa na Chmielnik zawsze sprawia mi przyjemność. Panuje tu bezruch, jest sporo lasów i dobra nawierzchnia. Za Chmielnikiem pejzaż zrobił się wyraźnie falisty, jako że droga dalej była lokalna i pusta, jechało się cudownie. Musze kiedyś zrobić mapę moich ulubionych dróg, będzie na niej zaznaczony cały odcinek od Żarnowca do Chmielnika! Dalsza droga dalej była przyjemna, pleban w Potoku zapraszał mnie nawet do środka kościoła i chciał mi otworzyć kraty. Znów mogłem zachwycać się kapliczką w Drugni. Niestety skrót na Raków ze wsi Potok okazał sie nieprzejezdny, musiałem się wycofać. Dynamiczna pogoda zrobiła w ostatnich dniach swoje i kałuże na leśnym dukcie wymagały posiadania tratwy...
Byłem zły na konieczność robienia "kółka", ale odbiłem to sobie na rynku w Rakowie. Jego rewitalizacja nie wybiła na szczęście wszystkich drzew i było gdzie usiąść w cieniu. Czekał mnie kolejny przyjemny, cienisty, spokojny i dobrze znany odcinek, czyli trasa Raków - Arkuszów - Bogoria. W Bogorii postanowiłem przetestować tutejszy kebab. Dopiero tu zaczął mi dokuczać upał. Odcinek do Klimontowa był chyba najcięższy, bo bez cienia i z kebabem we wnętrznościach. Siadło mi tempo, a w samym Klimontowie rynek pozbawiony był cienia, podobnie jak dalsza trasa, aż do Sandomierza. Rejon Chrobrzan był jednak bardzo atrakcyjny pejzażowo. Lessowe skarpy i garby porośnięte sadami brzoskiwni, moreli i jabłoni. Tu i ówdzie traktory z przyczepkami wyładowanymi jabłkami. Dużo ptaków, jak to zwykle przy sadach. W tym idyllicznym pejzażu zostałem opryskany przez rolnika. Wiatr zniósł w moja stronę całą chmurę nawozu, tak że poczułem go w ustach. Nie było to przyjemne uczucie. Okolica była jednak wspaniała, taka jaką lubię: gładkie, jasne, wąskie asfalty, pozbawione ruchu kołowego. Wszędzie lessowe skarpy, sady i namuliska po niedawnych, gwałtownych opadach, których ślady mogłem wielokrotnie obserwować na moim rajdzie. Wygładziło się też na powrót niebo, rozeszły chmury. Zbliżała się złota godzina. Ostatki tej idylli towarzyszyły mi jeszcze pod zamkiem w Sandomierzu. potem ugrzęzłem w tłumie turystów i koncentrowałem się na dotarciu do sandomierskiej Biedronki, nieco oddalonej od centrum.
Odwrót zaczynałem już o zmierzchu i w Koprzywnicy zastała mnie ciemność. Czekał mnie niesamowity odcinek do Sulisławic. Nieprzenikniona ciemność i żywego ducha na drodze. Podobnie bezludnie było dalej, aż po Wiśniową. Zrobił się "klimacik". Generalnie na tej trasie bardzo rzadko mijały mnie samochody. Z wyjątkiem okolic Ogrodzieńca, Pilicy i centrum Pińczowa jechałem cały czas po pustych drogach. Właśnie dlatego uwielbiam wypady w Świętokrzyskie. Dopiero przed Staszowem zaistniał jakikolwiek ruch na drodze. Potem prawie do samego Grzybowa jechałem dobrą, ale nieoświetloną drogą rowerową wzdłuż trasy nr 757. Z Grzybowa do Kargowa znów towarzyszyła mi ciemność i kompletna pustka i cisza na drogach. Wjechałem na Ponidzie, znałem tu każdy dom, poznawałem wiele przystanków i grup drzew, ale i tak ta bezludność wpędzała mnie w niepokój. Bywały wsie całkiem bez oświetlenia. Za Bosowicami wjechałem w zastoisko chłodu i przejazd przy stawach w Budach odbywałem w sportowym tempie. Dalej jednak usypiała mnie ta ciągła ciemność i całkowity brak ruchu. Gdy dotarłem pod ładnie oświetlony kościół w Szańcu zapragnąłem pokontemplować sobie na ławeczce. Byłem tu dziesiątki razy, z pewnością bliżej 100 niż 50 pobytów i czułem się jak w domu. Jakbym już dojechał. Czułem, że za chwilę weźmie mnie senność a aż do Bogucic dalej poruszać się będę w całkowitej samotności. Tak oczywiście było i przeskok w Bogucicach był mocno wybudzający z letargu. Droga Busko-Pińczów jest ruchliwa nawet wcześnie rano w niedzielę. Jest to pewien ewenement, wszystkie drogi na Ponidziu zioną pustką z wyjątkiem tej szatańskiej arterii. Szczególnie nieprzyjemnie było w Bogucicach i Pasturce, potem zjechałem na tę upstrzoną krawężnikami drogę rowerową. Ponownie wjechałem do Pińczowa. Tym razem miasto było senne, w Skowronnie wrócił bezruch na drogach i gdy tylko rozłożyłem sobie legowisko w Sobowicach zaczęło kropić. To był fatalny koniec. Znalazłem taką cudną murawę w sosnowym zagajniku i musiałem się pakować by uciec pod dach. Przystanek w centrum Sobowic mnie nie przekonał, lekko naruszony przez deszcz dopadłem więc pierwszy przystanek w Bełku. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam była impulsywna krowa na pobliskiej łące. Potem zapadłem w drzemkę, deszcz kropił o aluminiowy daszek a ja przekimałem prawie 1,5 h. Do Szańca utrzymywałem dobre tempo, zniechęciło mnie pogorszenie pogody i jeszcze gorsze prognozy. Próba generalna przez wyjazdem wielodniowym wypadła pozytywnie. Nie odczuwałem już skutków naciągnięcia ścięgien, którego doznałem 16 czerwca ruszając spod pracy do domu... Byłem gotowy by uratować resztę lata. Byłem gotowy na poważniejszy wyjazd, czyli wielodniowy. Bo prawdziwą radość daje tylko świt oglądany z namiotu. Wszystkie trasy bez noclegów to tylko namiastki prawdziwej przygody. Nawet jeśli przebiegają przez Świętokrzyskie!
Gdy się zbudziłem właściciel krów zmieniał im "kotwice". Przy okazji zapytałem go czemu jedna z jego krów jest tak nadpobudliwa (obudziła mnie porykiwaniem). Stwierdził, że jest jej zimno a jest bardziej asertywna od koleżanki. Był zdziwiony, nie tylko tym, że znam jego wieś, ale też proboszcza w pobliskim Mierzwinie... :) Mnie też zrobiło się zimno, tak jak asertywnej krówce. Wszystko przez wiatr - dął silny, zimny i rzecz jasna przeciwny wiatr. Dorwało mnie pogorszenie pogody...

Poranek w Ogrodzieńcu

Kocikowa

Zalane pola i łąki pod Żarnowcem

Mstyczów

Mieronice - prezbiterium z polichromiami

Pałac Lanckorońskich w Laskowej

Pińczów

Chmielnik

Drugnia. XIX-wieczny kościół z fragmentami starszego, gotyckiego. Nad łukiem tęczowym gotycki krucyfiks pamietający pierwotny kościół.

Potok

Nieudany skrót na Raków - efekt dynamicznej pogody w poprzednich dniach

Raków, kościół św. Trójcy

Raków, rynek

W drodze na Bogorię

Bogoria, rynek

Klimontów

Nad Gorzyczanką

Między Chrobrzanami a Gorzyczanami

Wyżyna Sandomierska

Siedliska, dwór

Zamek w Sandomierzu

Rynek w Sandomierzu

Tłum wakacyjnego weekendu

Sulisławice - sprawdzanie niepokojących prognoz

Grzybów

Szaniec

Kościół w Szańcu nocą

Pińczów o poranku

Skowronno - dwie wioski dalej urwał mi się film ;)
Trasa:
Na początku sierpnia, wzorem lipca, panowała męcząca i frustrująca tzw. dynamiczna pogoda. Co chwile pojawiały się burze, upały i huragany. Nie były to warunki zachęcające do wielodniowego wyjazdu. Nie zachęcały też do dalszego wypadu bez bagażu. Sytuacja zmieniła się dopiero w pierwszy pełny weekend sierpnia. Dalsze prognozy pokazywały (błędnie), że to chwilowe uspokojenie pogody, ruszyłem więc na lekko w kierunku Sandomierza. Na wschodzie warunki miały być najlepsze, od zachodu przyjść miało kolejne załamanie pogody. Te prognozy mi pasowały, bo od dawna wybierałem się na Sandomierz. Dawno tam nie byłem. Rajdy w Świętokrzyskie zazwyczaj miło wspominam, dlatego decyzję podjąłem błyskawicznie.
Nad ranem na niebie straszyły jeszcze niedobitki chmur opadowych. Bałem się mgieł pod Błędowem, pojechałem więc szybszą trasą przez Sikorkę i Łazy. Z każdą godziną jednak chmury zanikały i w południe cieszyłem się już czystym niebem, które zresztą upstrzyło się po południu licznymi obłoczkami. Niebo ponownie wygładziło się dopiero pod wieczór, dzięki czemu mogłem podziwiać Sandomierz w pełnej okazałości złotej godziny. Wyruszyłem jednak w sobotę i w wielu świętokrzyskich kościołach trwały intensywne porządki. Udało mi się dzięki nim dostać po latach do pięknego wczesnogotyckiego prezbiterium kościoła w Mieronicach. Nic się tu nie zmieniło - na szczęście. Pamiętam jak przy pierwszej wizycie rozmawiałem z kościelnym, który żalił się że parafianie chcieliby zamalować bezcenne polichromie z XIII wieku, bo "są wyblakłe". Zaimponował mi wtedy ten człowiek, przerastający wyraźnie świadomością średnią w swojej parafii.
Wcześniej we znaki dała mi się dynamiczna pogoda poprzednich tygodni. Pod Żarnowcem ukazały mi się rozległe jeziora. Jeżdżę tu dość często, ale takiego widoku jeszcze nie zaznałem. Pola i łąki wyglądały jak rozlewiska Biebrzy. Na rozległych taflach wody tworzyły się fale. Napotykałem także sporo zabitych jaskółek, które zapewne postanowiły skorzystać z obfitości opadów, przyciągniętych nowymi bajorami. Na drodze trafiłem też kilka zabitych lisów. Za Wodzisławiem eksplorowałem - po raz pierwszy - park dworski w Laskowej, dotarłem przed front dworu, ale zarośnięte jest tam wszystko straszliwie, może kiedyś wrócę wiosną, bo w sierpniu dżungla była nie do sforsowania. Za Nawarzycami zaskoczył mnie stopień zniszczenia lasu przez wichurę. Wiatrowały i wiatrołomy wśród sosen były znaczące, droga wojewódzka biegła w wąwozie poobcinanych poległych pni. Ten las nigdy już nie będzie taki sam, było mi żal, bo często przez niego jeżdżę i ciężko będzie się przyzwyczaić do tych obrazów po katastrofie.
Na pińczowskim rynku zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Towarzyszyły mi pasące się kawki i błogi cień, bo rynek w Pińczowie zawsze był oazą zieleni i zapewniał intymność. Władze miasta nigdy na szczęście na wpadły by go "zrewitalizować", czyli przemienić w betonową pustynię. Dalsza jazda wciąż była bardzo przyjemna, znam tu każdy dom, ale trasa na Chmielnik zawsze sprawia mi przyjemność. Panuje tu bezruch, jest sporo lasów i dobra nawierzchnia. Za Chmielnikiem pejzaż zrobił się wyraźnie falisty, jako że droga dalej była lokalna i pusta, jechało się cudownie. Musze kiedyś zrobić mapę moich ulubionych dróg, będzie na niej zaznaczony cały odcinek od Żarnowca do Chmielnika! Dalsza droga dalej była przyjemna, pleban w Potoku zapraszał mnie nawet do środka kościoła i chciał mi otworzyć kraty. Znów mogłem zachwycać się kapliczką w Drugni. Niestety skrót na Raków ze wsi Potok okazał sie nieprzejezdny, musiałem się wycofać. Dynamiczna pogoda zrobiła w ostatnich dniach swoje i kałuże na leśnym dukcie wymagały posiadania tratwy...
Byłem zły na konieczność robienia "kółka", ale odbiłem to sobie na rynku w Rakowie. Jego rewitalizacja nie wybiła na szczęście wszystkich drzew i było gdzie usiąść w cieniu. Czekał mnie kolejny przyjemny, cienisty, spokojny i dobrze znany odcinek, czyli trasa Raków - Arkuszów - Bogoria. W Bogorii postanowiłem przetestować tutejszy kebab. Dopiero tu zaczął mi dokuczać upał. Odcinek do Klimontowa był chyba najcięższy, bo bez cienia i z kebabem we wnętrznościach. Siadło mi tempo, a w samym Klimontowie rynek pozbawiony był cienia, podobnie jak dalsza trasa, aż do Sandomierza. Rejon Chrobrzan był jednak bardzo atrakcyjny pejzażowo. Lessowe skarpy i garby porośnięte sadami brzoskiwni, moreli i jabłoni. Tu i ówdzie traktory z przyczepkami wyładowanymi jabłkami. Dużo ptaków, jak to zwykle przy sadach. W tym idyllicznym pejzażu zostałem opryskany przez rolnika. Wiatr zniósł w moja stronę całą chmurę nawozu, tak że poczułem go w ustach. Nie było to przyjemne uczucie. Okolica była jednak wspaniała, taka jaką lubię: gładkie, jasne, wąskie asfalty, pozbawione ruchu kołowego. Wszędzie lessowe skarpy, sady i namuliska po niedawnych, gwałtownych opadach, których ślady mogłem wielokrotnie obserwować na moim rajdzie. Wygładziło się też na powrót niebo, rozeszły chmury. Zbliżała się złota godzina. Ostatki tej idylli towarzyszyły mi jeszcze pod zamkiem w Sandomierzu. potem ugrzęzłem w tłumie turystów i koncentrowałem się na dotarciu do sandomierskiej Biedronki, nieco oddalonej od centrum.
Odwrót zaczynałem już o zmierzchu i w Koprzywnicy zastała mnie ciemność. Czekał mnie niesamowity odcinek do Sulisławic. Nieprzenikniona ciemność i żywego ducha na drodze. Podobnie bezludnie było dalej, aż po Wiśniową. Zrobił się "klimacik". Generalnie na tej trasie bardzo rzadko mijały mnie samochody. Z wyjątkiem okolic Ogrodzieńca, Pilicy i centrum Pińczowa jechałem cały czas po pustych drogach. Właśnie dlatego uwielbiam wypady w Świętokrzyskie. Dopiero przed Staszowem zaistniał jakikolwiek ruch na drodze. Potem prawie do samego Grzybowa jechałem dobrą, ale nieoświetloną drogą rowerową wzdłuż trasy nr 757. Z Grzybowa do Kargowa znów towarzyszyła mi ciemność i kompletna pustka i cisza na drogach. Wjechałem na Ponidzie, znałem tu każdy dom, poznawałem wiele przystanków i grup drzew, ale i tak ta bezludność wpędzała mnie w niepokój. Bywały wsie całkiem bez oświetlenia. Za Bosowicami wjechałem w zastoisko chłodu i przejazd przy stawach w Budach odbywałem w sportowym tempie. Dalej jednak usypiała mnie ta ciągła ciemność i całkowity brak ruchu. Gdy dotarłem pod ładnie oświetlony kościół w Szańcu zapragnąłem pokontemplować sobie na ławeczce. Byłem tu dziesiątki razy, z pewnością bliżej 100 niż 50 pobytów i czułem się jak w domu. Jakbym już dojechał. Czułem, że za chwilę weźmie mnie senność a aż do Bogucic dalej poruszać się będę w całkowitej samotności. Tak oczywiście było i przeskok w Bogucicach był mocno wybudzający z letargu. Droga Busko-Pińczów jest ruchliwa nawet wcześnie rano w niedzielę. Jest to pewien ewenement, wszystkie drogi na Ponidziu zioną pustką z wyjątkiem tej szatańskiej arterii. Szczególnie nieprzyjemnie było w Bogucicach i Pasturce, potem zjechałem na tę upstrzoną krawężnikami drogę rowerową. Ponownie wjechałem do Pińczowa. Tym razem miasto było senne, w Skowronnie wrócił bezruch na drogach i gdy tylko rozłożyłem sobie legowisko w Sobowicach zaczęło kropić. To był fatalny koniec. Znalazłem taką cudną murawę w sosnowym zagajniku i musiałem się pakować by uciec pod dach. Przystanek w centrum Sobowic mnie nie przekonał, lekko naruszony przez deszcz dopadłem więc pierwszy przystanek w Bełku. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam była impulsywna krowa na pobliskiej łące. Potem zapadłem w drzemkę, deszcz kropił o aluminiowy daszek a ja przekimałem prawie 1,5 h. Do Szańca utrzymywałem dobre tempo, zniechęciło mnie pogorszenie pogody i jeszcze gorsze prognozy. Próba generalna przez wyjazdem wielodniowym wypadła pozytywnie. Nie odczuwałem już skutków naciągnięcia ścięgien, którego doznałem 16 czerwca ruszając spod pracy do domu... Byłem gotowy by uratować resztę lata. Byłem gotowy na poważniejszy wyjazd, czyli wielodniowy. Bo prawdziwą radość daje tylko świt oglądany z namiotu. Wszystkie trasy bez noclegów to tylko namiastki prawdziwej przygody. Nawet jeśli przebiegają przez Świętokrzyskie!
Gdy się zbudziłem właściciel krów zmieniał im "kotwice". Przy okazji zapytałem go czemu jedna z jego krów jest tak nadpobudliwa (obudziła mnie porykiwaniem). Stwierdził, że jest jej zimno a jest bardziej asertywna od koleżanki. Był zdziwiony, nie tylko tym, że znam jego wieś, ale też proboszcza w pobliskim Mierzwinie... :) Mnie też zrobiło się zimno, tak jak asertywnej krówce. Wszystko przez wiatr - dął silny, zimny i rzecz jasna przeciwny wiatr. Dorwało mnie pogorszenie pogody...

Poranek w Ogrodzieńcu

Kocikowa

Zalane pola i łąki pod Żarnowcem

Mstyczów

Mieronice - prezbiterium z polichromiami

Pałac Lanckorońskich w Laskowej

Pińczów

Chmielnik

Drugnia. XIX-wieczny kościół z fragmentami starszego, gotyckiego. Nad łukiem tęczowym gotycki krucyfiks pamietający pierwotny kościół.

Potok

Nieudany skrót na Raków - efekt dynamicznej pogody w poprzednich dniach

Raków, kościół św. Trójcy

Raków, rynek

W drodze na Bogorię

Bogoria, rynek

Klimontów

Nad Gorzyczanką

Między Chrobrzanami a Gorzyczanami

Wyżyna Sandomierska

Siedliska, dwór

Zamek w Sandomierzu

Rynek w Sandomierzu

Tłum wakacyjnego weekendu

Sulisławice - sprawdzanie niepokojących prognoz

Grzybów

Szaniec

Kościół w Szańcu nocą

Pińczów o poranku

Skowronno - dwie wioski dalej urwał mi się film ;)
Trasa:
Dystans60.32 km Czas02:36 Vśrednia23.20 km/h Podjazdy562 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki (18/2021)
Rozruch przed dłuższą trasą. Był spory wiatr, ale zaliczyłem kilka dni bez wypadu, musiałem więc rozruszać kości. Wypadło jak zwykle, czyli na Górę Siewierską i do Sączowa.

Na platformie dalej bajzel

Góra Siewierska
Rozruch przed dłuższą trasą. Był spory wiatr, ale zaliczyłem kilka dni bez wypadu, musiałem więc rozruszać kości. Wypadło jak zwykle, czyli na Górę Siewierską i do Sączowa.

Na platformie dalej bajzel

Góra Siewierska











