Dystans115.22 km Czas06:04 Vśrednia18.99 km/h VMAX44.00 km/h Podjazdy693 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Żuławy Elbląskie
Kto urodził się trzynastego, ten szczęśliwcem nie umrze. Urodziny miałem uczcić ruszając z Helu, okazało się jednak, że Polregio nie przewiduje jazdy z rowerem na Hel pierwszym pociągiem. Pociąg ten był pusty i posiadał skład przystosowany do przewozu rowerów... W dodatku mieliśmy jechać od pierwszej stacji do ostatniej. Pani w okienku na stacji Gdynia Główna stwierdziła jednak, że nam biletu nie sprzeda...
W ten magiczny sposób zamiast startować z Helu ruszaliśmy ze Starego Pola. Stamtąd zaś, zygzakiem przez Rozgart i Jezioro w okolice Dzierzgonia i do Pasłęku. Dalej przez Borzynowo i Kamiennik Wielki do Elbląga. Pierwszy etap (żuławski) ukazał inne oblicze Żuław: drogi były fatalne, "dzierzgońskie", dziurawe łatane asfalty lub otoczakowe bruki. W Pasłęku policjant przyłapał nas na niedozwolonym skręcie, ale skończyło się na pouczeniu. W tymże P. zjedliśmy też dobre lody. Nawierzchnie dróg odmieniły się za Pasłękiem. Zmienił się też krajobraz. Wjechaliśmy w świat Wysoczyzny Elbląskiej i zazielenił się nam znowu świat. Finalnie znów dotarłem rowerem do Elbląga.

Typowa droga na Żuławach Elbląskich

Dom podcieniowy w Stalewie

Dom podcieniowy w Jelonkach

Wysoczyzna Elbląska

Elbląg
Trasa:
Stare Pole - Żuławka Sztumska - Rozgart - Jezioro - Jelonki - Pasłęk - Borzynowo - Milejewo - Elbląg
Kto urodził się trzynastego, ten szczęśliwcem nie umrze. Urodziny miałem uczcić ruszając z Helu, okazało się jednak, że Polregio nie przewiduje jazdy z rowerem na Hel pierwszym pociągiem. Pociąg ten był pusty i posiadał skład przystosowany do przewozu rowerów... W dodatku mieliśmy jechać od pierwszej stacji do ostatniej. Pani w okienku na stacji Gdynia Główna stwierdziła jednak, że nam biletu nie sprzeda...
W ten magiczny sposób zamiast startować z Helu ruszaliśmy ze Starego Pola. Stamtąd zaś, zygzakiem przez Rozgart i Jezioro w okolice Dzierzgonia i do Pasłęku. Dalej przez Borzynowo i Kamiennik Wielki do Elbląga. Pierwszy etap (żuławski) ukazał inne oblicze Żuław: drogi były fatalne, "dzierzgońskie", dziurawe łatane asfalty lub otoczakowe bruki. W Pasłęku policjant przyłapał nas na niedozwolonym skręcie, ale skończyło się na pouczeniu. W tymże P. zjedliśmy też dobre lody. Nawierzchnie dróg odmieniły się za Pasłękiem. Zmienił się też krajobraz. Wjechaliśmy w świat Wysoczyzny Elbląskiej i zazielenił się nam znowu świat. Finalnie znów dotarłem rowerem do Elbląga.

Typowa droga na Żuławach Elbląskich

Dom podcieniowy w Stalewie

Dom podcieniowy w Jelonkach

Wysoczyzna Elbląska

Elbląg
Trasa:
Stare Pole - Żuławka Sztumska - Rozgart - Jezioro - Jelonki - Pasłęk - Borzynowo - Milejewo - Elbląg
Dystans15.33 km Czas00:41 Vśrednia22.43 km/h Podjazdy130 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dystans129.89 km Czas06:33 Vśrednia19.83 km/h VMAX48.27 km/h Podjazdy362 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Żuławy Gdańskie
Piękna trasa po Żuławach obfitująca w gotyckie kościoły ceglane, domy podcieniowe, cmentarze i kościoły mennonickie. Drogi dobre, na nich spokój i cisza. Prawdziwa magia Żuław, świata który kiedyś może zniknąć pod wodą. Dobry przykład, że atrakcyjność krajoznawcza nie zależy tylko od atrakcyjności krajobrazowej.

Wielkie Mątowy

Cmentarz mennonicki w Stogach

"Mała architektura" żuławskiej wsi

Typowa zabudowa Żuław

Nowa Kościelnica - dom podcieniowy

Finał w Gdańsku
Trasa: Karwiny - Orłowo - PKP - Lisewo - W. Mątowy - Nw. Staw - Myszewo - Lubieszewo - Nowa Kościelnica - Gdańsk - SKM- Orłowo - Karwiny
Piękna trasa po Żuławach obfitująca w gotyckie kościoły ceglane, domy podcieniowe, cmentarze i kościoły mennonickie. Drogi dobre, na nich spokój i cisza. Prawdziwa magia Żuław, świata który kiedyś może zniknąć pod wodą. Dobry przykład, że atrakcyjność krajoznawcza nie zależy tylko od atrakcyjności krajobrazowej.

Wielkie Mątowy

Cmentarz mennonicki w Stogach

"Mała architektura" żuławskiej wsi

Typowa zabudowa Żuław

Nowa Kościelnica - dom podcieniowy

Finał w Gdańsku
Trasa: Karwiny - Orłowo - PKP - Lisewo - W. Mątowy - Nw. Staw - Myszewo - Lubieszewo - Nowa Kościelnica - Gdańsk - SKM- Orłowo - Karwiny
Dystans109.18 km Czas06:02 Vśrednia18.10 km/h VMAX54.80 km/h Podjazdy1246 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Kaszuby Środkowe, czyli z Kościerzyny do Wejherowa
Zaczęło się od deszczu w Kościerzynie i wizycie w cukierni. Potem, w towarzystwie wiatru, chmur i czasem mżawki jechaliśmy na północ. Było zwiedzanie dworu w Sikorzynie, był smaczny i tani obiad w Strzepczu (wspaniałe frytki!) Były momentami kiepskie płytowe drogi, ale tez słoneczny finał w Wejherowie.

Kościerzyna

Dwór Wybickich (tych Wybickich) w Sikorzynie

Zjazd z Wieżycy

Widok na jezioro Brodno Małe

Kaszuby od kuchni

Finał w Wejherowie
Trasa: Gdynia - PKP - Kościerzyna - Wieżyca - Chmielno - Strzepcz - Wejherowo - SKM - Orłowo - Karwiny
(powrót i dojazd rowerami)
Zaczęło się od deszczu w Kościerzynie i wizycie w cukierni. Potem, w towarzystwie wiatru, chmur i czasem mżawki jechaliśmy na północ. Było zwiedzanie dworu w Sikorzynie, był smaczny i tani obiad w Strzepczu (wspaniałe frytki!) Były momentami kiepskie płytowe drogi, ale tez słoneczny finał w Wejherowie.

Kościerzyna

Dwór Wybickich (tych Wybickich) w Sikorzynie

Zjazd z Wieżycy

Widok na jezioro Brodno Małe

Kaszuby od kuchni

Finał w Wejherowie
Trasa: Gdynia - PKP - Kościerzyna - Wieżyca - Chmielno - Strzepcz - Wejherowo - SKM - Orłowo - Karwiny
(powrót i dojazd rowerami)
Dystans185.21 km Czas09:55 Vśrednia18.68 km/h Podjazdy1446 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Na Gdynię, dzień 3
Liczyłem, że trzeci dzień będzie lżejszy, że aura trochę odpuści. Do popołudnia było faktycznie lżej, zachmurzenie przygnębiające i wiatr przeciwny, ale tylko nędzne 5 m/s (uśrednione). Ponadto gdy wstałem już nie padało. Gdy zwinąłem więc mokry tropik mój los powinien się poprawić. Pesymizm budziła okoliczność, że wybrawszy ten wariant trasy musiałem przejechać przez Chojnice, a przecież już dawno temu ukułem powiedzenie rowerzysty: "kradnij, zabijaj, ale Chujnice omijaj". W zasadzie miałem na myśli powiat cho(u)jnicki, wyjątkowo nieprzyjazny rowerzystom. Wybrałem drogę wojewódzką nr 235 na Brusy i był to kiepski wybór. Miałem jednak świadomość, że wszystkie wybory były złe. Wzdłuż drogi na długich odcinkach wiódł "trakt" rowerowy, który w kluczowych momentach przemieniał się w łachy piachu o imponującej miąższości. Kilka razy musiałem odkopywać rower, co szczególnie irytowało na zjazdach, bo trasa była momentami całkiem interwałowa i biegła po morenach. Ironią losu był fakt, że pierwszy dłuższy postój zrobiłem sobie pod wiatą w miejscowości Męcikał. Była tu też oczyszczalnia ścieków "Męcikał". Za Brusami pseudodroga rowerowa zanikła i trzeba było się użerać z "dynamicznym" stylem jazdy miejscowych patokierowców. Z drogą 235 pożegnałem się dopiero w Lipuskiej Hucie i zrobiłem to ze sporą ulgą.
Cały czas było chmurno i ciemnawo. W Lipuszu mijałem młyn wodny i była to jedna z większych atrakcji dnia... Odcinek do Sulęczyna wiódł przynajmniej przez lasy i nie padało. Od Klukowej Huty zaczęło mżyć. Szybko mżawka przeszła w upierdliwy, gęsty deszcz, który ograniczał widoczność i narażał mnie na ciągłe ochlapywanie przez miejscowych rajdowców. Kierowców-szurów w Pomorskiem nie brakuje, ale na drodze 228 panuje prawdziwa epidemia "polskiego stylu jazdy". Ta jednostka choroba rozkwitała w tych trudnych warunkach. Różnica w kulturze jazdy między Śląskim a Pomorskim jest zauważalna gołym okiem. Jest wręcz szokująca. Pozostaje mi współczuć rowerzystom z okolic Gdańska. Niebezpiecznej jest chyba tylko na wąskich drogach wojewódzkich Mazowsza. Mazowsze to jednak odwieczna czarna dziura, środek obwarzanka, śródziemie nicości. Tutaj spodziewałem się śladów cywilizacji - całkowicie bezpodstawnie. Zrozumiałem jednak dlaczego tylu polityków z Gdańska zrobiło kariery w Warszawce.
Nie uważam, że przesadzam. Spędziłem w Pomorskiem 2 tygodnie i wielokrotnie bałem się o życie na drodze. W rejonie Trójmiasta trudno znaleźć jest spokojne drogi. Sieć drogowa jest generalnie niedorozwinięta a drogi niebywale obciążone blachosmrodami. Takie wrażenia miałem też podczas wcześniejszych wizyt, tym razem przez 2 tygodnie pobytu miałem czas by stwierdzić, że wrażenia są słuszne. Z Kartuz jechałem przez Przodkowo, było o tyle lepiej że padało słabiej. Bałem się jechać przez Żukowo, takiego natężenia bandytów drogowych dłużej bym nie zniósł. Spokojniej zrobiło się w rejonie Gdańska Osowej, ale już droga do Chwaszczna, mimo pory była absurdalnie ruchliwa. Liczyłem, że skrócę sobie drogę i pojadę od razu na Gdynię Wielki Kack, ale okazało się że lokalne drogi są w dramatycznym stanie i przypominają poradzieckie płytówki na Łotwie. Potem okazało się, że jedyna droga wiodąca stąd do Gdyni, krajowa 20, jest w całości remontowana i rozkopana... Miałem już wszystkiego serdecznie dość. Eksplorowałem więc Gdynię Dąbrowę po resztkach zmasakrowanych dróg rowerowych. Ostatecznie z wielką ulga dotarłem na Karwiny. Nazajutrz odkryłem, że jedyną możliwością wyjazdu rowerem z Karwin jest... jazda na Orłowo. Wszystkie inne trasy groziły śmiercią, kalectwem lub zniszczeniem roweru...
Dotarłem na miejsce zniesmaczony i zniechęcony. W najciekawszym pejzażowo fragmencie trasy padało, padało przez 3,5 h. Okazało się dzień drugi wcale nie był najgorszy na tej trasie...

Wałdowo, kościół z 1621 roku.

Chojnice

Wzdłuż drogi wojewódzkiej 235 po tzw. drodze rowerowej, w miejscu gdzie akurat - przypadkiem - drogę rowerową przypominała

Nazwa mówi wszystko

Krajobraz przed Lipuszem

Warunki coraz gorsze na drodze nr 228

Okolice Brodnicy i jeziora Brodno Wielkie

Kartuzy

Rzadka rzecz, czyli ddr gdzieś pod Rębiechowem

Realia dojazdu rowerem do Gdyni...
Liczyłem, że trzeci dzień będzie lżejszy, że aura trochę odpuści. Do popołudnia było faktycznie lżej, zachmurzenie przygnębiające i wiatr przeciwny, ale tylko nędzne 5 m/s (uśrednione). Ponadto gdy wstałem już nie padało. Gdy zwinąłem więc mokry tropik mój los powinien się poprawić. Pesymizm budziła okoliczność, że wybrawszy ten wariant trasy musiałem przejechać przez Chojnice, a przecież już dawno temu ukułem powiedzenie rowerzysty: "kradnij, zabijaj, ale Chujnice omijaj". W zasadzie miałem na myśli powiat cho(u)jnicki, wyjątkowo nieprzyjazny rowerzystom. Wybrałem drogę wojewódzką nr 235 na Brusy i był to kiepski wybór. Miałem jednak świadomość, że wszystkie wybory były złe. Wzdłuż drogi na długich odcinkach wiódł "trakt" rowerowy, który w kluczowych momentach przemieniał się w łachy piachu o imponującej miąższości. Kilka razy musiałem odkopywać rower, co szczególnie irytowało na zjazdach, bo trasa była momentami całkiem interwałowa i biegła po morenach. Ironią losu był fakt, że pierwszy dłuższy postój zrobiłem sobie pod wiatą w miejscowości Męcikał. Była tu też oczyszczalnia ścieków "Męcikał". Za Brusami pseudodroga rowerowa zanikła i trzeba było się użerać z "dynamicznym" stylem jazdy miejscowych patokierowców. Z drogą 235 pożegnałem się dopiero w Lipuskiej Hucie i zrobiłem to ze sporą ulgą.
Cały czas było chmurno i ciemnawo. W Lipuszu mijałem młyn wodny i była to jedna z większych atrakcji dnia... Odcinek do Sulęczyna wiódł przynajmniej przez lasy i nie padało. Od Klukowej Huty zaczęło mżyć. Szybko mżawka przeszła w upierdliwy, gęsty deszcz, który ograniczał widoczność i narażał mnie na ciągłe ochlapywanie przez miejscowych rajdowców. Kierowców-szurów w Pomorskiem nie brakuje, ale na drodze 228 panuje prawdziwa epidemia "polskiego stylu jazdy". Ta jednostka choroba rozkwitała w tych trudnych warunkach. Różnica w kulturze jazdy między Śląskim a Pomorskim jest zauważalna gołym okiem. Jest wręcz szokująca. Pozostaje mi współczuć rowerzystom z okolic Gdańska. Niebezpiecznej jest chyba tylko na wąskich drogach wojewódzkich Mazowsza. Mazowsze to jednak odwieczna czarna dziura, środek obwarzanka, śródziemie nicości. Tutaj spodziewałem się śladów cywilizacji - całkowicie bezpodstawnie. Zrozumiałem jednak dlaczego tylu polityków z Gdańska zrobiło kariery w Warszawce.
Nie uważam, że przesadzam. Spędziłem w Pomorskiem 2 tygodnie i wielokrotnie bałem się o życie na drodze. W rejonie Trójmiasta trudno znaleźć jest spokojne drogi. Sieć drogowa jest generalnie niedorozwinięta a drogi niebywale obciążone blachosmrodami. Takie wrażenia miałem też podczas wcześniejszych wizyt, tym razem przez 2 tygodnie pobytu miałem czas by stwierdzić, że wrażenia są słuszne. Z Kartuz jechałem przez Przodkowo, było o tyle lepiej że padało słabiej. Bałem się jechać przez Żukowo, takiego natężenia bandytów drogowych dłużej bym nie zniósł. Spokojniej zrobiło się w rejonie Gdańska Osowej, ale już droga do Chwaszczna, mimo pory była absurdalnie ruchliwa. Liczyłem, że skrócę sobie drogę i pojadę od razu na Gdynię Wielki Kack, ale okazało się że lokalne drogi są w dramatycznym stanie i przypominają poradzieckie płytówki na Łotwie. Potem okazało się, że jedyna droga wiodąca stąd do Gdyni, krajowa 20, jest w całości remontowana i rozkopana... Miałem już wszystkiego serdecznie dość. Eksplorowałem więc Gdynię Dąbrowę po resztkach zmasakrowanych dróg rowerowych. Ostatecznie z wielką ulga dotarłem na Karwiny. Nazajutrz odkryłem, że jedyną możliwością wyjazdu rowerem z Karwin jest... jazda na Orłowo. Wszystkie inne trasy groziły śmiercią, kalectwem lub zniszczeniem roweru...
Dotarłem na miejsce zniesmaczony i zniechęcony. W najciekawszym pejzażowo fragmencie trasy padało, padało przez 3,5 h. Okazało się dzień drugi wcale nie był najgorszy na tej trasie...

Wałdowo, kościół z 1621 roku.

Chojnice

Wzdłuż drogi wojewódzkiej 235 po tzw. drodze rowerowej, w miejscu gdzie akurat - przypadkiem - drogę rowerową przypominała

Nazwa mówi wszystko

Krajobraz przed Lipuszem

Warunki coraz gorsze na drodze nr 228

Okolice Brodnicy i jeziora Brodno Wielkie

Kartuzy

Rzadka rzecz, czyli ddr gdzieś pod Rębiechowem

Realia dojazdu rowerem do Gdyni...
Dystans136.15 km Czas08:06 Vśrednia16.81 km/h Podjazdy727 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Na Gdynię, dzień 2
Drugi dzień podróży to były antypody dnia pierwszego. Początki złego były jednak stereotypowo dobre i obiecujące. Obudziłem się u stóp moich dębów, pola tryskały jeszcze zielenią a ptaki śpiewem. Na niebie niepokoiły ławice chmur, ale wschód był piękny. Ruszyłem więc raźnie w polodowcowy pejzaż. Było bardzo ładnie, szczególnie w miarę zbliżania się do Lednickiego Parku Krajobrazowego. Szczególnie ujął mnie pejzaż okolic wsi Żydówko. W przyjemnych okolicznościach przyrody dotarłem więc do Kłecka. Miasteczko było wyludnione, pojechałem więc dalej, na lubiany przeze mnie Janowiec Wielkopolski, który ujął mnie zimą 2018 roku. Tym razem było zupełnie inaczej, rynek tonął w zieleni a w rzece Wełnie niemal nie było wody. Fajną cechą tego miasteczka jest położenie: leży idealnie na środku nigdzie, takie położenie generuje zaś spokój na drogach.
Dalsza moja droga biegła równie spokojnie. Dotarłem nawet do podupadłej osady przemysłowej o nazwie Wapno. Z opisów dowiedziałem się, że pod wsią zalega wysad solny przykryty czapą gipsową. Znajduje się tu nieczynna głębinowa kopalnia soli kamiennej (zbudowana w latach 1911–1917), która została zalana w sierpniu 1977 roku przez wody podziemne w wyniku efektownej katastrofy górniczej. W czasie katastrofy zapadło się kilkanaście budynków mieszkalnych (w tym bloki). To wszystko widać, wieś ma w centrum sporą nieczynną stację kolejową, jest też zaniedbany park, którego czasy świetności przypadły zapewne na pocz. lat 70. Ogólnie miejscowość sprawia wrażenie jakby nie otrząsnęła się z tej katastrofy i zatrzymała w rozwoju. A mieszkańców jest sporo - 1700. Pomyśleć, że wjeżdżając tu nie miałem o tym wszystkim pojęcia. A trafiłem tu przecież przypadkiem - była to najprostsza/najkrótsza droga na Kcynię.
Prognozy wyglądały bardzo nieciekawie, spieszyłem się więc bardzo do Nakła, gdzie liczyłem na schronienie i węzeł transportowy. Przeciwny wiatr, który towarzyszył mi od rana przemienił się już w tzw. międzyczasie w huragan. Co gorsza ten huragan dął mi prosto w ryj. We wsi Paterek, jeszcze przed przekroczeniem Noteci poczułem megasilne uderzenia wiatru. To co rozpętało się za chwilę zapamiętam na zawsze. Ledwo zdążyłem uciec z rynku na dość odległą stację kolejową. Tamże odkryłem, że wybór pociągów mam bardzo ograniczony. Po raz pierwszy skorzystałem z internetu w nowym smartfonie i szukałem w nim rozwiązania przez najbliższe 3 godziny. W tym czasie rozpętało się prawdziwe piekło, siła wiatru - nie tylko na prognozach - wykraczała poza skalę. Porywy na poziomie 28-30 m/s wprawiały mnie w prawdziwy niepokój, wiatr podważał dachy peronów... Wymiatał wszystko, a w poczekalni spali menele i niemiłosiernie śmierdziało. Przeanalizowałem na wszystkie sposoby wszystkie dostępne prognozy pogody i odkryłem, że znalazłem się w pułapce bez wyjścia. Jazda pociągiem do Bydgoszczy lub nawet dalej, choćby do Grudziądza okazała się nie mieć sensu, bo apokaliptyczny wiatr przemieszczał się właśnie w tamtym kierunku i tamże wzmagał do absurdalnych wartości, gdy wysiadłbym z pociągu, byłoby jeszcze gorzej, a w dodatku zbliżałby się wieczór...
Tym samym wybrałem się do nakielskiej Biedronki, a po zakupach ruszyłem przed siebie, na północ, prosto w otmęty żywiołu. Padać miało dopiero pod wieczór, postanowiłem zrealizować sprytny plan tj. uciec do namiotu przed deszczem. Ten znakomity plan wymagał znalezienia odpowiednio szybko, odpowiednio osłoniętego miejsca na biwak. Pierwszy odcinek po przymusowej przerwie nakielskiej był naprawdę bardzo ciężki, pokonywałem go ze średnią 8-10 km/h a wiatr nieraz cofał mnie z powrotem. Gdy dotarłem do Mroczy byłem szczęśliwy i otwarłem nawet paczkę pistacji, które po raz pierwszy kupiłem będąc na rowerze. Ta inauguracja pistacji wypadła imponująco. Nie spodziewałem się, że dysponując torbą rowerową na kierownicę można je tak wygodnie łupać. Jak tylko zjechałem z drogi wojewódzkiej nr 243 linię mojej jazdy znaczyły równomiernie porozrzucane po asfalcie pistacjowe skorupki. Tego mi było trzeba! Śmiecąc skorupkami przejechałem triumfalnie Wąwelno, a amunicji starczyło mi aż do Sośna. Moje śmieci były na szczęście organicznego pochodzenia, nie przygniatały mnie więc wyrzuty sumienia. Ku mojemu zaskoczeniu, około 19, tuż za Sośnem znalazłem świetne miejsce na nocleg. Na nieużytku, przy miedzy, za osłoną głogów i tarniny. Chwilę po tym jak rozłożyłem namiot zaczęło padać i lało solidnie, nie wiem jak długo bo po prostu zasnąłem.

Okolice wsi Żydówko

Kłecko

Nakło nad Notecią

Mrocza

Na łąkach przed Wąwelnem pasły się żurawie i... nie zwracały na mnie uwagi (nie potrzebowałem nawet więcej niż 200mm)

Za osłoną czyżni, tuż za Sośnem.
Trasa:
Drugi dzień podróży to były antypody dnia pierwszego. Początki złego były jednak stereotypowo dobre i obiecujące. Obudziłem się u stóp moich dębów, pola tryskały jeszcze zielenią a ptaki śpiewem. Na niebie niepokoiły ławice chmur, ale wschód był piękny. Ruszyłem więc raźnie w polodowcowy pejzaż. Było bardzo ładnie, szczególnie w miarę zbliżania się do Lednickiego Parku Krajobrazowego. Szczególnie ujął mnie pejzaż okolic wsi Żydówko. W przyjemnych okolicznościach przyrody dotarłem więc do Kłecka. Miasteczko było wyludnione, pojechałem więc dalej, na lubiany przeze mnie Janowiec Wielkopolski, który ujął mnie zimą 2018 roku. Tym razem było zupełnie inaczej, rynek tonął w zieleni a w rzece Wełnie niemal nie było wody. Fajną cechą tego miasteczka jest położenie: leży idealnie na środku nigdzie, takie położenie generuje zaś spokój na drogach.
Dalsza moja droga biegła równie spokojnie. Dotarłem nawet do podupadłej osady przemysłowej o nazwie Wapno. Z opisów dowiedziałem się, że pod wsią zalega wysad solny przykryty czapą gipsową. Znajduje się tu nieczynna głębinowa kopalnia soli kamiennej (zbudowana w latach 1911–1917), która została zalana w sierpniu 1977 roku przez wody podziemne w wyniku efektownej katastrofy górniczej. W czasie katastrofy zapadło się kilkanaście budynków mieszkalnych (w tym bloki). To wszystko widać, wieś ma w centrum sporą nieczynną stację kolejową, jest też zaniedbany park, którego czasy świetności przypadły zapewne na pocz. lat 70. Ogólnie miejscowość sprawia wrażenie jakby nie otrząsnęła się z tej katastrofy i zatrzymała w rozwoju. A mieszkańców jest sporo - 1700. Pomyśleć, że wjeżdżając tu nie miałem o tym wszystkim pojęcia. A trafiłem tu przecież przypadkiem - była to najprostsza/najkrótsza droga na Kcynię.
Prognozy wyglądały bardzo nieciekawie, spieszyłem się więc bardzo do Nakła, gdzie liczyłem na schronienie i węzeł transportowy. Przeciwny wiatr, który towarzyszył mi od rana przemienił się już w tzw. międzyczasie w huragan. Co gorsza ten huragan dął mi prosto w ryj. We wsi Paterek, jeszcze przed przekroczeniem Noteci poczułem megasilne uderzenia wiatru. To co rozpętało się za chwilę zapamiętam na zawsze. Ledwo zdążyłem uciec z rynku na dość odległą stację kolejową. Tamże odkryłem, że wybór pociągów mam bardzo ograniczony. Po raz pierwszy skorzystałem z internetu w nowym smartfonie i szukałem w nim rozwiązania przez najbliższe 3 godziny. W tym czasie rozpętało się prawdziwe piekło, siła wiatru - nie tylko na prognozach - wykraczała poza skalę. Porywy na poziomie 28-30 m/s wprawiały mnie w prawdziwy niepokój, wiatr podważał dachy peronów... Wymiatał wszystko, a w poczekalni spali menele i niemiłosiernie śmierdziało. Przeanalizowałem na wszystkie sposoby wszystkie dostępne prognozy pogody i odkryłem, że znalazłem się w pułapce bez wyjścia. Jazda pociągiem do Bydgoszczy lub nawet dalej, choćby do Grudziądza okazała się nie mieć sensu, bo apokaliptyczny wiatr przemieszczał się właśnie w tamtym kierunku i tamże wzmagał do absurdalnych wartości, gdy wysiadłbym z pociągu, byłoby jeszcze gorzej, a w dodatku zbliżałby się wieczór...
Tym samym wybrałem się do nakielskiej Biedronki, a po zakupach ruszyłem przed siebie, na północ, prosto w otmęty żywiołu. Padać miało dopiero pod wieczór, postanowiłem zrealizować sprytny plan tj. uciec do namiotu przed deszczem. Ten znakomity plan wymagał znalezienia odpowiednio szybko, odpowiednio osłoniętego miejsca na biwak. Pierwszy odcinek po przymusowej przerwie nakielskiej był naprawdę bardzo ciężki, pokonywałem go ze średnią 8-10 km/h a wiatr nieraz cofał mnie z powrotem. Gdy dotarłem do Mroczy byłem szczęśliwy i otwarłem nawet paczkę pistacji, które po raz pierwszy kupiłem będąc na rowerze. Ta inauguracja pistacji wypadła imponująco. Nie spodziewałem się, że dysponując torbą rowerową na kierownicę można je tak wygodnie łupać. Jak tylko zjechałem z drogi wojewódzkiej nr 243 linię mojej jazdy znaczyły równomiernie porozrzucane po asfalcie pistacjowe skorupki. Tego mi było trzeba! Śmiecąc skorupkami przejechałem triumfalnie Wąwelno, a amunicji starczyło mi aż do Sośna. Moje śmieci były na szczęście organicznego pochodzenia, nie przygniatały mnie więc wyrzuty sumienia. Ku mojemu zaskoczeniu, około 19, tuż za Sośnem znalazłem świetne miejsce na nocleg. Na nieużytku, przy miedzy, za osłoną głogów i tarniny. Chwilę po tym jak rozłożyłem namiot zaczęło padać i lało solidnie, nie wiem jak długo bo po prostu zasnąłem.

Okolice wsi Żydówko

Kłecko

Nakło nad Notecią

Mrocza

Na łąkach przed Wąwelnem pasły się żurawie i... nie zwracały na mnie uwagi (nie potrzebowałem nawet więcej niż 200mm)

Za osłoną czyżni, tuż za Sośnem.
Trasa:
Dystans239.64 km Czas11:10 Vśrednia21.46 km/h Podjazdy1087 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Na Gdynię, dzień 1
Ruszam z bagażem, nad morze. Najpierw podjeżdżam pociągiem do Olesna. Dlaczego? Do czwartku muszę dotrzeć do Gdyni, a jadę przecież z bagażem. Jeszcze tak nie jechałem - żeby od razu, najprostszą trasą wprost do Trójmiasta. Dotrę więc po raz czwarty z bagażem nad polskie morze, ale po raz pierwszy nie będzie to trasa typu "dookoła Polski". To ma być ta nowość. W dodatku mam zapewnione luksusowe noclegi w Gdyni-Karwinach i miłe towarzystwo. W zasadzie problemy są tylko dwa: pierwszy to kiepskie prognozy, które pokazują za dobę wichury i burze na Pomorzu; drugi problem to trwające Euro 2020 (vel 2021), właśnie we wtorek i środę grać będą półfinały. Ryzyko i Euro przegrywają z przygodą, to znaczy że jestem zdrowy... Mógłbym przecież obejrzeć mecze i pojechać do Gdyni pociągiem, ale to byłoby zbyt standardowe. Wolałem stracić półfinały i władować się w Armagedon pogodowy na Pomorzu. To wszystko jednak dopiero przede mną. Gdy ruszam niebo jest bezchmurne a słońce praży od rana.
Jedzie się dobrze, bo motywuje mnie rosnąca temperatura. W okolicach Kluczborka towarzyszą mi często aleje, także cudownie pachnące aleje lipowe. Pachną, mruczą pszczołami i jeszcze dają solidny cień. Kocham lipy! Wiatr jest nieznaczny i korzystny. Zachwyca mnie Kępno. Byłem tu już dwa razy rowerem ale zawsze omijałem starówkę. To był straszliwy błąd, bo to jedna z najładniejszych starówek w Polsce w kategorii średnich miast. Tu wszystko pamięta zabór pruski, jestem oczarowany. Śródmieście jest zakonserwowane i wygląda jak dekoracja. Sporo jest ładnych dwupiętrowych kamienic. Wszystko nietknięte pożogą wojenną. Wyjeżdżam nieco oszołomiony w kierunku na Mikorzyn. Tryskam dobrym humorem, wiem że czeka mnie odcinek po bezludnych drogach: jadę przez Bukownicę i Chlewo i bocznymi drogami na Ołobok. Do Kalisza trzymam znakomite tempo, zapominam w ogóle że mam bagaż. Przygnębia mnie dopiero wizyta w Kaliszu. To jednak wiocha jest. Owszem, zabudowa odbudowanej starówki jest wyższa niż w Kępnie, ale sama starówka większa wcale nie jest. Kępno jako zespół miejski robi znacznie lepsze wrażenie. Wyjeżdżam skonsternowany. Miało być odkrywczo, ale nie aż tak! Jadę przez podkaliskie wioski, robi się upalnie i ruchliwie. Trasa z fascynującej robi się nużąca. Nic w tym Kaliszu nawet nie zjadłem, zapomniałem z wrażenia (negatywnego).
Zaczynam męczyć bułę/trasę. Przestaję cieszyć się jazdą. Niby już 150 km, ale dopiero teraz przypominam sobie że jadę z bagażem, że cel daleki, że nie mogę tak się wycofać. Jest mi przykro, bo chciałbym już nie chcieć. Wojewódzka 442 jest nudna jak flaki z olejem a ja nie mogę jechać wspomnieniem Kępna i Wzgórz Ostrzeszowskich, ile można! Tuż za Choczem postanawiam zatankować w znajomym Dino. To znakomity pomysł. Barszcz z kartonu stawia mnie na nogi. Dla mnie to taki wielkopolski Wielki Chocz. Płasko tu, fakt, ale siła rodzi się nie tylko z gór, wypływa z barszczu. Gdy ruszam dalej - odżywam. Do tego stopnia, że nie stopuje mnie nawet deszczyk przed Pyzdrami. Popuściła jakaś chmura, ale całkiem olewam fakt, że leje. Jadę dalej, bo zależy mi na widoku Pyzdr znad Warty, jeszcze przed zachodem słońca, najlepiej w złotej godzinie. Zostaję nagrodzony i dwusetny kilometr uwieczniam na moście nad Wartą. Potem zatrzymuje się - po raz kolejny w życiu (byłem tu zimą 2018!) - na rekonstrukcji granicy rosyjsko-pruskiej. Tej strasznej linii, która zatrzymała Pyzdry w Azji, wykroiła je z Europy. Raczej na zawsze.
Po raz pierwszy zwiedzam pałac w Kołaczkowie. Potem gnam już do Wrześni, chcę tam być jeszcze za dnia. Udaje mi się. Tak się jednak spieszę, że władowuje się za głęboko w centrum. Muszę wracać po własnych śladach, nowy smartfon jeszcze jest nieuruchomiony. Nie mam czasu. Spieszę się na nocleg. Upatrzyłem go przed wyjazdem. Lubię te noclegi z satelity. Rozłożyć się miałem za Czerniejewem, niepodal wsi Goranin. Znalazłem jednak dogodne miejsce jeszcze przed wsią. W pobliżu polnego traktu obsadzonego dębami. Zaprzyjaźniłem się więc z nimi, tym chętniej że noc miała być spokojna. W zasadzie wszystko mi się tego dnia udało, średnia była jak nie z bagażem. To zwiastowało, że lepiej już nie będzie...
W zasadzie zaliczyłem dwa incydenty nieprzyjemne na trasie. Dwukrotnie wjechałem obciążonym tylnym kołem w dziurę. A przed Ołobokiem przejechałem po potrąconym kocie. Uczucie jedyne w swoim rodzaju, dość makabrycznie. Czułem wszystkie wypustki jego kręgosłupa. Tak to bywa, gdy się zagapię na pobocze.
Za Wrześnią, o zmierzchu, przy drodze do Czerniejewa, zainspirowali mnie wędkarze czatujący na stawach. Stworzyłem więc i zapisałem fraszkę
"Rybak"
"Zanim wstanie ranna zorza. Wciąga węgorza". Styl mocno sztaudyngerski, ot co. Humor jak widać mi dopisywał.

Drewniak w Maciejowie

Byczyna

Bolesławiec

Kępno - miasto jak z obrazka

Wspaniała, w 100% oryginalna zabudowa

Na rynku jest arcyprusko i wielkopolsko

Okolice Bukownicy

Kalisz

Było jakoś smutno na rynku. Rekonstrukcje są wyczuwalne.

Złota godzina w Pyzdrach

Letnia wizyta nastąpiła w 2 lata po zimowej.

Pałac w Kołaczkowie. Chwila relaksu przed zachodem.

Września
Trasa:
Ruszam z bagażem, nad morze. Najpierw podjeżdżam pociągiem do Olesna. Dlaczego? Do czwartku muszę dotrzeć do Gdyni, a jadę przecież z bagażem. Jeszcze tak nie jechałem - żeby od razu, najprostszą trasą wprost do Trójmiasta. Dotrę więc po raz czwarty z bagażem nad polskie morze, ale po raz pierwszy nie będzie to trasa typu "dookoła Polski". To ma być ta nowość. W dodatku mam zapewnione luksusowe noclegi w Gdyni-Karwinach i miłe towarzystwo. W zasadzie problemy są tylko dwa: pierwszy to kiepskie prognozy, które pokazują za dobę wichury i burze na Pomorzu; drugi problem to trwające Euro 2020 (vel 2021), właśnie we wtorek i środę grać będą półfinały. Ryzyko i Euro przegrywają z przygodą, to znaczy że jestem zdrowy... Mógłbym przecież obejrzeć mecze i pojechać do Gdyni pociągiem, ale to byłoby zbyt standardowe. Wolałem stracić półfinały i władować się w Armagedon pogodowy na Pomorzu. To wszystko jednak dopiero przede mną. Gdy ruszam niebo jest bezchmurne a słońce praży od rana.
Jedzie się dobrze, bo motywuje mnie rosnąca temperatura. W okolicach Kluczborka towarzyszą mi często aleje, także cudownie pachnące aleje lipowe. Pachną, mruczą pszczołami i jeszcze dają solidny cień. Kocham lipy! Wiatr jest nieznaczny i korzystny. Zachwyca mnie Kępno. Byłem tu już dwa razy rowerem ale zawsze omijałem starówkę. To był straszliwy błąd, bo to jedna z najładniejszych starówek w Polsce w kategorii średnich miast. Tu wszystko pamięta zabór pruski, jestem oczarowany. Śródmieście jest zakonserwowane i wygląda jak dekoracja. Sporo jest ładnych dwupiętrowych kamienic. Wszystko nietknięte pożogą wojenną. Wyjeżdżam nieco oszołomiony w kierunku na Mikorzyn. Tryskam dobrym humorem, wiem że czeka mnie odcinek po bezludnych drogach: jadę przez Bukownicę i Chlewo i bocznymi drogami na Ołobok. Do Kalisza trzymam znakomite tempo, zapominam w ogóle że mam bagaż. Przygnębia mnie dopiero wizyta w Kaliszu. To jednak wiocha jest. Owszem, zabudowa odbudowanej starówki jest wyższa niż w Kępnie, ale sama starówka większa wcale nie jest. Kępno jako zespół miejski robi znacznie lepsze wrażenie. Wyjeżdżam skonsternowany. Miało być odkrywczo, ale nie aż tak! Jadę przez podkaliskie wioski, robi się upalnie i ruchliwie. Trasa z fascynującej robi się nużąca. Nic w tym Kaliszu nawet nie zjadłem, zapomniałem z wrażenia (negatywnego).
Zaczynam męczyć bułę/trasę. Przestaję cieszyć się jazdą. Niby już 150 km, ale dopiero teraz przypominam sobie że jadę z bagażem, że cel daleki, że nie mogę tak się wycofać. Jest mi przykro, bo chciałbym już nie chcieć. Wojewódzka 442 jest nudna jak flaki z olejem a ja nie mogę jechać wspomnieniem Kępna i Wzgórz Ostrzeszowskich, ile można! Tuż za Choczem postanawiam zatankować w znajomym Dino. To znakomity pomysł. Barszcz z kartonu stawia mnie na nogi. Dla mnie to taki wielkopolski Wielki Chocz. Płasko tu, fakt, ale siła rodzi się nie tylko z gór, wypływa z barszczu. Gdy ruszam dalej - odżywam. Do tego stopnia, że nie stopuje mnie nawet deszczyk przed Pyzdrami. Popuściła jakaś chmura, ale całkiem olewam fakt, że leje. Jadę dalej, bo zależy mi na widoku Pyzdr znad Warty, jeszcze przed zachodem słońca, najlepiej w złotej godzinie. Zostaję nagrodzony i dwusetny kilometr uwieczniam na moście nad Wartą. Potem zatrzymuje się - po raz kolejny w życiu (byłem tu zimą 2018!) - na rekonstrukcji granicy rosyjsko-pruskiej. Tej strasznej linii, która zatrzymała Pyzdry w Azji, wykroiła je z Europy. Raczej na zawsze.
Po raz pierwszy zwiedzam pałac w Kołaczkowie. Potem gnam już do Wrześni, chcę tam być jeszcze za dnia. Udaje mi się. Tak się jednak spieszę, że władowuje się za głęboko w centrum. Muszę wracać po własnych śladach, nowy smartfon jeszcze jest nieuruchomiony. Nie mam czasu. Spieszę się na nocleg. Upatrzyłem go przed wyjazdem. Lubię te noclegi z satelity. Rozłożyć się miałem za Czerniejewem, niepodal wsi Goranin. Znalazłem jednak dogodne miejsce jeszcze przed wsią. W pobliżu polnego traktu obsadzonego dębami. Zaprzyjaźniłem się więc z nimi, tym chętniej że noc miała być spokojna. W zasadzie wszystko mi się tego dnia udało, średnia była jak nie z bagażem. To zwiastowało, że lepiej już nie będzie...
W zasadzie zaliczyłem dwa incydenty nieprzyjemne na trasie. Dwukrotnie wjechałem obciążonym tylnym kołem w dziurę. A przed Ołobokiem przejechałem po potrąconym kocie. Uczucie jedyne w swoim rodzaju, dość makabrycznie. Czułem wszystkie wypustki jego kręgosłupa. Tak to bywa, gdy się zagapię na pobocze.
Za Wrześnią, o zmierzchu, przy drodze do Czerniejewa, zainspirowali mnie wędkarze czatujący na stawach. Stworzyłem więc i zapisałem fraszkę
"Rybak"
"Zanim wstanie ranna zorza. Wciąga węgorza". Styl mocno sztaudyngerski, ot co. Humor jak widać mi dopisywał.

Drewniak w Maciejowie

Byczyna

Bolesławiec

Kępno - miasto jak z obrazka

Wspaniała, w 100% oryginalna zabudowa

Na rynku jest arcyprusko i wielkopolsko

Okolice Bukownicy

Kalisz

Było jakoś smutno na rynku. Rekonstrukcje są wyczuwalne.

Złota godzina w Pyzdrach

Letnia wizyta nastąpiła w 2 lata po zimowej.

Pałac w Kołaczkowie. Chwila relaksu przed zachodem.

Września
Trasa:
Dystans63.23 km Czas02:28 Vśrednia25.63 km/h Podjazdy409 m
SprzętHaibike Tour SL
Pogorie
Wypad treningowy nad Pogorie. Przed wyjazdem na morze.

Pogoria IV

Trzebiesławice
Trasa:
Chorzów - Będzin - Pogoria III - Pogoria IV - Przeczyce - Góra Siewierska - Chorzów
Wypad treningowy nad Pogorie. Przed wyjazdem na morze.

Pogoria IV

Trzebiesławice
Trasa:
Chorzów - Będzin - Pogoria III - Pogoria IV - Przeczyce - Góra Siewierska - Chorzów
Dystans55.47 km Czas02:33 Vśrednia21.75 km/h Podjazdy374 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dystans58.39 km Czas02:38 Vśrednia22.17 km/h Podjazdy388 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Chorzów - Jaworzno
Powrót z pracy (ostatni dzień) do Jaworzna.
Powrót z pracy (ostatni dzień) do Jaworzna.












