Dystans35.92 km Czas01:56 Vśrednia18.58 km/h Podjazdy235 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Powrót z trasy
Gdy ruszyłem z przystanku w Bełku było mi trochę żal. Był fajnie położony, na uboczu. Niestety przestało padać, a krowy na dobre mnie wybudziły. W dodatku porywisty, zimny wiatr nie zachęcał do dalszego pobytu. Wsie były jeszcze w letargu, choć było już po 8 rano. Ja zaś znalazłem się w potrzasku. Wiał potężny huragan z zachodu, a do domu musiałem jechać na zachód. Co gorsza zapowiadali dalsze opady. Huragan i opady nie skłaniały do tego by wracać o własnych siłach. Wybrałem szwendanie się po okolicach Jędrzejowa i po samym mieście. Długo wszystkie gastronomie były zamknięte, zaliczyłem więc klasztor i rynek i dopiero po 12 zjadłem kebaba. Po 13 dotarłem pod dworzec i doczekałem tam - z internetem - przyjazdu pociągu. W pociągu rozbawił mnie kierownik, który strofował dziewczynkę z colą, że jak będzie ją pić to skończy tak gruba jak on :) To była puenta tej wycieczki, na lepszą nie zasłużyłem. Trudno.

Trasa (doliczyć trzeba powrót spod dworca w Katowicach do Chorzowa):
Gdy ruszyłem z przystanku w Bełku było mi trochę żal. Był fajnie położony, na uboczu. Niestety przestało padać, a krowy na dobre mnie wybudziły. W dodatku porywisty, zimny wiatr nie zachęcał do dalszego pobytu. Wsie były jeszcze w letargu, choć było już po 8 rano. Ja zaś znalazłem się w potrzasku. Wiał potężny huragan z zachodu, a do domu musiałem jechać na zachód. Co gorsza zapowiadali dalsze opady. Huragan i opady nie skłaniały do tego by wracać o własnych siłach. Wybrałem szwendanie się po okolicach Jędrzejowa i po samym mieście. Długo wszystkie gastronomie były zamknięte, zaliczyłem więc klasztor i rynek i dopiero po 12 zjadłem kebaba. Po 13 dotarłem pod dworzec i doczekałem tam - z internetem - przyjazdu pociągu. W pociągu rozbawił mnie kierownik, który strofował dziewczynkę z colą, że jak będzie ją pić to skończy tak gruba jak on :) To była puenta tej wycieczki, na lepszą nie zasłużyłem. Trudno.

Trasa (doliczyć trzeba powrót spod dworca w Katowicach do Chorzowa):
Dystans385.77 km Czas17:55 Vśrednia21.53 km/h VMAX51.33 km/h Podjazdy2487 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Sandomierz
Na początku sierpnia, wzorem lipca, panowała męcząca i frustrująca tzw. dynamiczna pogoda. Co chwile pojawiały się burze, upały i huragany. Nie były to warunki zachęcające do wielodniowego wyjazdu. Nie zachęcały też do dalszego wypadu bez bagażu. Sytuacja zmieniła się dopiero w pierwszy pełny weekend sierpnia. Dalsze prognozy pokazywały (błędnie), że to chwilowe uspokojenie pogody, ruszyłem więc na lekko w kierunku Sandomierza. Na wschodzie warunki miały być najlepsze, od zachodu przyjść miało kolejne załamanie pogody. Te prognozy mi pasowały, bo od dawna wybierałem się na Sandomierz. Dawno tam nie byłem. Rajdy w Świętokrzyskie zazwyczaj miło wspominam, dlatego decyzję podjąłem błyskawicznie.
Nad ranem na niebie straszyły jeszcze niedobitki chmur opadowych. Bałem się mgieł pod Błędowem, pojechałem więc szybszą trasą przez Sikorkę i Łazy. Z każdą godziną jednak chmury zanikały i w południe cieszyłem się już czystym niebem, które zresztą upstrzyło się po południu licznymi obłoczkami. Niebo ponownie wygładziło się dopiero pod wieczór, dzięki czemu mogłem podziwiać Sandomierz w pełnej okazałości złotej godziny. Wyruszyłem jednak w sobotę i w wielu świętokrzyskich kościołach trwały intensywne porządki. Udało mi się dzięki nim dostać po latach do pięknego wczesnogotyckiego prezbiterium kościoła w Mieronicach. Nic się tu nie zmieniło - na szczęście. Pamiętam jak przy pierwszej wizycie rozmawiałem z kościelnym, który żalił się że parafianie chcieliby zamalować bezcenne polichromie z XIII wieku, bo "są wyblakłe". Zaimponował mi wtedy ten człowiek, przerastający wyraźnie świadomością średnią w swojej parafii.
Wcześniej we znaki dała mi się dynamiczna pogoda poprzednich tygodni. Pod Żarnowcem ukazały mi się rozległe jeziora. Jeżdżę tu dość często, ale takiego widoku jeszcze nie zaznałem. Pola i łąki wyglądały jak rozlewiska Biebrzy. Na rozległych taflach wody tworzyły się fale. Napotykałem także sporo zabitych jaskółek, które zapewne postanowiły skorzystać z obfitości opadów, przyciągniętych nowymi bajorami. Na drodze trafiłem też kilka zabitych lisów. Za Wodzisławiem eksplorowałem - po raz pierwszy - park dworski w Laskowej, dotarłem przed front dworu, ale zarośnięte jest tam wszystko straszliwie, może kiedyś wrócę wiosną, bo w sierpniu dżungla była nie do sforsowania. Za Nawarzycami zaskoczył mnie stopień zniszczenia lasu przez wichurę. Wiatrowały i wiatrołomy wśród sosen były znaczące, droga wojewódzka biegła w wąwozie poobcinanych poległych pni. Ten las nigdy już nie będzie taki sam, było mi żal, bo często przez niego jeżdżę i ciężko będzie się przyzwyczaić do tych obrazów po katastrofie.
Na pińczowskim rynku zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Towarzyszyły mi pasące się kawki i błogi cień, bo rynek w Pińczowie zawsze był oazą zieleni i zapewniał intymność. Władze miasta nigdy na szczęście na wpadły by go "zrewitalizować", czyli przemienić w betonową pustynię. Dalsza jazda wciąż była bardzo przyjemna, znam tu każdy dom, ale trasa na Chmielnik zawsze sprawia mi przyjemność. Panuje tu bezruch, jest sporo lasów i dobra nawierzchnia. Za Chmielnikiem pejzaż zrobił się wyraźnie falisty, jako że droga dalej była lokalna i pusta, jechało się cudownie. Musze kiedyś zrobić mapę moich ulubionych dróg, będzie na niej zaznaczony cały odcinek od Żarnowca do Chmielnika! Dalsza droga dalej była przyjemna, pleban w Potoku zapraszał mnie nawet do środka kościoła i chciał mi otworzyć kraty. Znów mogłem zachwycać się kapliczką w Drugni. Niestety skrót na Raków ze wsi Potok okazał sie nieprzejezdny, musiałem się wycofać. Dynamiczna pogoda zrobiła w ostatnich dniach swoje i kałuże na leśnym dukcie wymagały posiadania tratwy...
Byłem zły na konieczność robienia "kółka", ale odbiłem to sobie na rynku w Rakowie. Jego rewitalizacja nie wybiła na szczęście wszystkich drzew i było gdzie usiąść w cieniu. Czekał mnie kolejny przyjemny, cienisty, spokojny i dobrze znany odcinek, czyli trasa Raków - Arkuszów - Bogoria. W Bogorii postanowiłem przetestować tutejszy kebab. Dopiero tu zaczął mi dokuczać upał. Odcinek do Klimontowa był chyba najcięższy, bo bez cienia i z kebabem we wnętrznościach. Siadło mi tempo, a w samym Klimontowie rynek pozbawiony był cienia, podobnie jak dalsza trasa, aż do Sandomierza. Rejon Chrobrzan był jednak bardzo atrakcyjny pejzażowo. Lessowe skarpy i garby porośnięte sadami brzoskiwni, moreli i jabłoni. Tu i ówdzie traktory z przyczepkami wyładowanymi jabłkami. Dużo ptaków, jak to zwykle przy sadach. W tym idyllicznym pejzażu zostałem opryskany przez rolnika. Wiatr zniósł w moja stronę całą chmurę nawozu, tak że poczułem go w ustach. Nie było to przyjemne uczucie. Okolica była jednak wspaniała, taka jaką lubię: gładkie, jasne, wąskie asfalty, pozbawione ruchu kołowego. Wszędzie lessowe skarpy, sady i namuliska po niedawnych, gwałtownych opadach, których ślady mogłem wielokrotnie obserwować na moim rajdzie. Wygładziło się też na powrót niebo, rozeszły chmury. Zbliżała się złota godzina. Ostatki tej idylli towarzyszyły mi jeszcze pod zamkiem w Sandomierzu. potem ugrzęzłem w tłumie turystów i koncentrowałem się na dotarciu do sandomierskiej Biedronki, nieco oddalonej od centrum.
Odwrót zaczynałem już o zmierzchu i w Koprzywnicy zastała mnie ciemność. Czekał mnie niesamowity odcinek do Sulisławic. Nieprzenikniona ciemność i żywego ducha na drodze. Podobnie bezludnie było dalej, aż po Wiśniową. Zrobił się "klimacik". Generalnie na tej trasie bardzo rzadko mijały mnie samochody. Z wyjątkiem okolic Ogrodzieńca, Pilicy i centrum Pińczowa jechałem cały czas po pustych drogach. Właśnie dlatego uwielbiam wypady w Świętokrzyskie. Dopiero przed Staszowem zaistniał jakikolwiek ruch na drodze. Potem prawie do samego Grzybowa jechałem dobrą, ale nieoświetloną drogą rowerową wzdłuż trasy nr 757. Z Grzybowa do Kargowa znów towarzyszyła mi ciemność i kompletna pustka i cisza na drogach. Wjechałem na Ponidzie, znałem tu każdy dom, poznawałem wiele przystanków i grup drzew, ale i tak ta bezludność wpędzała mnie w niepokój. Bywały wsie całkiem bez oświetlenia. Za Bosowicami wjechałem w zastoisko chłodu i przejazd przy stawach w Budach odbywałem w sportowym tempie. Dalej jednak usypiała mnie ta ciągła ciemność i całkowity brak ruchu. Gdy dotarłem pod ładnie oświetlony kościół w Szańcu zapragnąłem pokontemplować sobie na ławeczce. Byłem tu dziesiątki razy, z pewnością bliżej 100 niż 50 pobytów i czułem się jak w domu. Jakbym już dojechał. Czułem, że za chwilę weźmie mnie senność a aż do Bogucic dalej poruszać się będę w całkowitej samotności. Tak oczywiście było i przeskok w Bogucicach był mocno wybudzający z letargu. Droga Busko-Pińczów jest ruchliwa nawet wcześnie rano w niedzielę. Jest to pewien ewenement, wszystkie drogi na Ponidziu zioną pustką z wyjątkiem tej szatańskiej arterii. Szczególnie nieprzyjemnie było w Bogucicach i Pasturce, potem zjechałem na tę upstrzoną krawężnikami drogę rowerową. Ponownie wjechałem do Pińczowa. Tym razem miasto było senne, w Skowronnie wrócił bezruch na drogach i gdy tylko rozłożyłem sobie legowisko w Sobowicach zaczęło kropić. To był fatalny koniec. Znalazłem taką cudną murawę w sosnowym zagajniku i musiałem się pakować by uciec pod dach. Przystanek w centrum Sobowic mnie nie przekonał, lekko naruszony przez deszcz dopadłem więc pierwszy przystanek w Bełku. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam była impulsywna krowa na pobliskiej łące. Potem zapadłem w drzemkę, deszcz kropił o aluminiowy daszek a ja przekimałem prawie 1,5 h. Do Szańca utrzymywałem dobre tempo, zniechęciło mnie pogorszenie pogody i jeszcze gorsze prognozy. Próba generalna przez wyjazdem wielodniowym wypadła pozytywnie. Nie odczuwałem już skutków naciągnięcia ścięgien, którego doznałem 16 czerwca ruszając spod pracy do domu... Byłem gotowy by uratować resztę lata. Byłem gotowy na poważniejszy wyjazd, czyli wielodniowy. Bo prawdziwą radość daje tylko świt oglądany z namiotu. Wszystkie trasy bez noclegów to tylko namiastki prawdziwej przygody. Nawet jeśli przebiegają przez Świętokrzyskie!
Gdy się zbudziłem właściciel krów zmieniał im "kotwice". Przy okazji zapytałem go czemu jedna z jego krów jest tak nadpobudliwa (obudziła mnie porykiwaniem). Stwierdził, że jest jej zimno a jest bardziej asertywna od koleżanki. Był zdziwiony, nie tylko tym, że znam jego wieś, ale też proboszcza w pobliskim Mierzwinie... :) Mnie też zrobiło się zimno, tak jak asertywnej krówce. Wszystko przez wiatr - dął silny, zimny i rzecz jasna przeciwny wiatr. Dorwało mnie pogorszenie pogody...

Poranek w Ogrodzieńcu

Kocikowa

Zalane pola i łąki pod Żarnowcem

Mstyczów

Mieronice - prezbiterium z polichromiami

Pałac Lanckorońskich w Laskowej

Pińczów

Chmielnik

Drugnia. XIX-wieczny kościół z fragmentami starszego, gotyckiego. Nad łukiem tęczowym gotycki krucyfiks pamietający pierwotny kościół.

Potok

Nieudany skrót na Raków - efekt dynamicznej pogody w poprzednich dniach

Raków, kościół św. Trójcy

Raków, rynek

W drodze na Bogorię

Bogoria, rynek

Klimontów

Nad Gorzyczanką

Między Chrobrzanami a Gorzyczanami

Wyżyna Sandomierska

Siedliska, dwór

Zamek w Sandomierzu

Rynek w Sandomierzu

Tłum wakacyjnego weekendu

Sulisławice - sprawdzanie niepokojących prognoz

Grzybów

Szaniec

Kościół w Szańcu nocą

Pińczów o poranku

Skowronno - dwie wioski dalej urwał mi się film ;)
Trasa:
Na początku sierpnia, wzorem lipca, panowała męcząca i frustrująca tzw. dynamiczna pogoda. Co chwile pojawiały się burze, upały i huragany. Nie były to warunki zachęcające do wielodniowego wyjazdu. Nie zachęcały też do dalszego wypadu bez bagażu. Sytuacja zmieniła się dopiero w pierwszy pełny weekend sierpnia. Dalsze prognozy pokazywały (błędnie), że to chwilowe uspokojenie pogody, ruszyłem więc na lekko w kierunku Sandomierza. Na wschodzie warunki miały być najlepsze, od zachodu przyjść miało kolejne załamanie pogody. Te prognozy mi pasowały, bo od dawna wybierałem się na Sandomierz. Dawno tam nie byłem. Rajdy w Świętokrzyskie zazwyczaj miło wspominam, dlatego decyzję podjąłem błyskawicznie.
Nad ranem na niebie straszyły jeszcze niedobitki chmur opadowych. Bałem się mgieł pod Błędowem, pojechałem więc szybszą trasą przez Sikorkę i Łazy. Z każdą godziną jednak chmury zanikały i w południe cieszyłem się już czystym niebem, które zresztą upstrzyło się po południu licznymi obłoczkami. Niebo ponownie wygładziło się dopiero pod wieczór, dzięki czemu mogłem podziwiać Sandomierz w pełnej okazałości złotej godziny. Wyruszyłem jednak w sobotę i w wielu świętokrzyskich kościołach trwały intensywne porządki. Udało mi się dzięki nim dostać po latach do pięknego wczesnogotyckiego prezbiterium kościoła w Mieronicach. Nic się tu nie zmieniło - na szczęście. Pamiętam jak przy pierwszej wizycie rozmawiałem z kościelnym, który żalił się że parafianie chcieliby zamalować bezcenne polichromie z XIII wieku, bo "są wyblakłe". Zaimponował mi wtedy ten człowiek, przerastający wyraźnie świadomością średnią w swojej parafii.
Wcześniej we znaki dała mi się dynamiczna pogoda poprzednich tygodni. Pod Żarnowcem ukazały mi się rozległe jeziora. Jeżdżę tu dość często, ale takiego widoku jeszcze nie zaznałem. Pola i łąki wyglądały jak rozlewiska Biebrzy. Na rozległych taflach wody tworzyły się fale. Napotykałem także sporo zabitych jaskółek, które zapewne postanowiły skorzystać z obfitości opadów, przyciągniętych nowymi bajorami. Na drodze trafiłem też kilka zabitych lisów. Za Wodzisławiem eksplorowałem - po raz pierwszy - park dworski w Laskowej, dotarłem przed front dworu, ale zarośnięte jest tam wszystko straszliwie, może kiedyś wrócę wiosną, bo w sierpniu dżungla była nie do sforsowania. Za Nawarzycami zaskoczył mnie stopień zniszczenia lasu przez wichurę. Wiatrowały i wiatrołomy wśród sosen były znaczące, droga wojewódzka biegła w wąwozie poobcinanych poległych pni. Ten las nigdy już nie będzie taki sam, było mi żal, bo często przez niego jeżdżę i ciężko będzie się przyzwyczaić do tych obrazów po katastrofie.
Na pińczowskim rynku zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Towarzyszyły mi pasące się kawki i błogi cień, bo rynek w Pińczowie zawsze był oazą zieleni i zapewniał intymność. Władze miasta nigdy na szczęście na wpadły by go "zrewitalizować", czyli przemienić w betonową pustynię. Dalsza jazda wciąż była bardzo przyjemna, znam tu każdy dom, ale trasa na Chmielnik zawsze sprawia mi przyjemność. Panuje tu bezruch, jest sporo lasów i dobra nawierzchnia. Za Chmielnikiem pejzaż zrobił się wyraźnie falisty, jako że droga dalej była lokalna i pusta, jechało się cudownie. Musze kiedyś zrobić mapę moich ulubionych dróg, będzie na niej zaznaczony cały odcinek od Żarnowca do Chmielnika! Dalsza droga dalej była przyjemna, pleban w Potoku zapraszał mnie nawet do środka kościoła i chciał mi otworzyć kraty. Znów mogłem zachwycać się kapliczką w Drugni. Niestety skrót na Raków ze wsi Potok okazał sie nieprzejezdny, musiałem się wycofać. Dynamiczna pogoda zrobiła w ostatnich dniach swoje i kałuże na leśnym dukcie wymagały posiadania tratwy...
Byłem zły na konieczność robienia "kółka", ale odbiłem to sobie na rynku w Rakowie. Jego rewitalizacja nie wybiła na szczęście wszystkich drzew i było gdzie usiąść w cieniu. Czekał mnie kolejny przyjemny, cienisty, spokojny i dobrze znany odcinek, czyli trasa Raków - Arkuszów - Bogoria. W Bogorii postanowiłem przetestować tutejszy kebab. Dopiero tu zaczął mi dokuczać upał. Odcinek do Klimontowa był chyba najcięższy, bo bez cienia i z kebabem we wnętrznościach. Siadło mi tempo, a w samym Klimontowie rynek pozbawiony był cienia, podobnie jak dalsza trasa, aż do Sandomierza. Rejon Chrobrzan był jednak bardzo atrakcyjny pejzażowo. Lessowe skarpy i garby porośnięte sadami brzoskiwni, moreli i jabłoni. Tu i ówdzie traktory z przyczepkami wyładowanymi jabłkami. Dużo ptaków, jak to zwykle przy sadach. W tym idyllicznym pejzażu zostałem opryskany przez rolnika. Wiatr zniósł w moja stronę całą chmurę nawozu, tak że poczułem go w ustach. Nie było to przyjemne uczucie. Okolica była jednak wspaniała, taka jaką lubię: gładkie, jasne, wąskie asfalty, pozbawione ruchu kołowego. Wszędzie lessowe skarpy, sady i namuliska po niedawnych, gwałtownych opadach, których ślady mogłem wielokrotnie obserwować na moim rajdzie. Wygładziło się też na powrót niebo, rozeszły chmury. Zbliżała się złota godzina. Ostatki tej idylli towarzyszyły mi jeszcze pod zamkiem w Sandomierzu. potem ugrzęzłem w tłumie turystów i koncentrowałem się na dotarciu do sandomierskiej Biedronki, nieco oddalonej od centrum.
Odwrót zaczynałem już o zmierzchu i w Koprzywnicy zastała mnie ciemność. Czekał mnie niesamowity odcinek do Sulisławic. Nieprzenikniona ciemność i żywego ducha na drodze. Podobnie bezludnie było dalej, aż po Wiśniową. Zrobił się "klimacik". Generalnie na tej trasie bardzo rzadko mijały mnie samochody. Z wyjątkiem okolic Ogrodzieńca, Pilicy i centrum Pińczowa jechałem cały czas po pustych drogach. Właśnie dlatego uwielbiam wypady w Świętokrzyskie. Dopiero przed Staszowem zaistniał jakikolwiek ruch na drodze. Potem prawie do samego Grzybowa jechałem dobrą, ale nieoświetloną drogą rowerową wzdłuż trasy nr 757. Z Grzybowa do Kargowa znów towarzyszyła mi ciemność i kompletna pustka i cisza na drogach. Wjechałem na Ponidzie, znałem tu każdy dom, poznawałem wiele przystanków i grup drzew, ale i tak ta bezludność wpędzała mnie w niepokój. Bywały wsie całkiem bez oświetlenia. Za Bosowicami wjechałem w zastoisko chłodu i przejazd przy stawach w Budach odbywałem w sportowym tempie. Dalej jednak usypiała mnie ta ciągła ciemność i całkowity brak ruchu. Gdy dotarłem pod ładnie oświetlony kościół w Szańcu zapragnąłem pokontemplować sobie na ławeczce. Byłem tu dziesiątki razy, z pewnością bliżej 100 niż 50 pobytów i czułem się jak w domu. Jakbym już dojechał. Czułem, że za chwilę weźmie mnie senność a aż do Bogucic dalej poruszać się będę w całkowitej samotności. Tak oczywiście było i przeskok w Bogucicach był mocno wybudzający z letargu. Droga Busko-Pińczów jest ruchliwa nawet wcześnie rano w niedzielę. Jest to pewien ewenement, wszystkie drogi na Ponidziu zioną pustką z wyjątkiem tej szatańskiej arterii. Szczególnie nieprzyjemnie było w Bogucicach i Pasturce, potem zjechałem na tę upstrzoną krawężnikami drogę rowerową. Ponownie wjechałem do Pińczowa. Tym razem miasto było senne, w Skowronnie wrócił bezruch na drogach i gdy tylko rozłożyłem sobie legowisko w Sobowicach zaczęło kropić. To był fatalny koniec. Znalazłem taką cudną murawę w sosnowym zagajniku i musiałem się pakować by uciec pod dach. Przystanek w centrum Sobowic mnie nie przekonał, lekko naruszony przez deszcz dopadłem więc pierwszy przystanek w Bełku. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam była impulsywna krowa na pobliskiej łące. Potem zapadłem w drzemkę, deszcz kropił o aluminiowy daszek a ja przekimałem prawie 1,5 h. Do Szańca utrzymywałem dobre tempo, zniechęciło mnie pogorszenie pogody i jeszcze gorsze prognozy. Próba generalna przez wyjazdem wielodniowym wypadła pozytywnie. Nie odczuwałem już skutków naciągnięcia ścięgien, którego doznałem 16 czerwca ruszając spod pracy do domu... Byłem gotowy by uratować resztę lata. Byłem gotowy na poważniejszy wyjazd, czyli wielodniowy. Bo prawdziwą radość daje tylko świt oglądany z namiotu. Wszystkie trasy bez noclegów to tylko namiastki prawdziwej przygody. Nawet jeśli przebiegają przez Świętokrzyskie!
Gdy się zbudziłem właściciel krów zmieniał im "kotwice". Przy okazji zapytałem go czemu jedna z jego krów jest tak nadpobudliwa (obudziła mnie porykiwaniem). Stwierdził, że jest jej zimno a jest bardziej asertywna od koleżanki. Był zdziwiony, nie tylko tym, że znam jego wieś, ale też proboszcza w pobliskim Mierzwinie... :) Mnie też zrobiło się zimno, tak jak asertywnej krówce. Wszystko przez wiatr - dął silny, zimny i rzecz jasna przeciwny wiatr. Dorwało mnie pogorszenie pogody...

Poranek w Ogrodzieńcu

Kocikowa

Zalane pola i łąki pod Żarnowcem

Mstyczów

Mieronice - prezbiterium z polichromiami

Pałac Lanckorońskich w Laskowej

Pińczów

Chmielnik

Drugnia. XIX-wieczny kościół z fragmentami starszego, gotyckiego. Nad łukiem tęczowym gotycki krucyfiks pamietający pierwotny kościół.

Potok

Nieudany skrót na Raków - efekt dynamicznej pogody w poprzednich dniach

Raków, kościół św. Trójcy

Raków, rynek

W drodze na Bogorię

Bogoria, rynek

Klimontów

Nad Gorzyczanką

Między Chrobrzanami a Gorzyczanami

Wyżyna Sandomierska

Siedliska, dwór

Zamek w Sandomierzu

Rynek w Sandomierzu

Tłum wakacyjnego weekendu

Sulisławice - sprawdzanie niepokojących prognoz

Grzybów

Szaniec

Kościół w Szańcu nocą

Pińczów o poranku

Skowronno - dwie wioski dalej urwał mi się film ;)
Trasa:
Dystans60.32 km Czas02:36 Vśrednia23.20 km/h Podjazdy562 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Płaskowyż Twardowicki (18/2021)
Rozruch przed dłuższą trasą. Był spory wiatr, ale zaliczyłem kilka dni bez wypadu, musiałem więc rozruszać kości. Wypadło jak zwykle, czyli na Górę Siewierską i do Sączowa.

Na platformie dalej bajzel

Góra Siewierska
Rozruch przed dłuższą trasą. Był spory wiatr, ale zaliczyłem kilka dni bez wypadu, musiałem więc rozruszać kości. Wypadło jak zwykle, czyli na Górę Siewierską i do Sączowa.

Na platformie dalej bajzel

Góra Siewierska
Dystans88.19 km Czas03:23 Vśrednia26.07 km/h Podjazdy803 m
SprzętHaibike Tour SL
Płaskowyż Twardowicki (17/2021)
Szykował się ładny weekend, ale w tygodniu było niezbyt zachęcająco. Gdy zrobiło się ładniej wybrałem się więc na szosę, na Płaskowyż. Wycisk był dość solidny dzieki sporemu przewyższeniu i temperaturze.
Tego dnia trafiłem też na platformę do obliczeń emisji dwutlenku węgla. Mój ślad węglowy to 72% polskiej średniej i 86% średniej europejskiej. Bądźcie jak ja - tyle mam do powiedzenia.

Góra Siewierska

Sadowie II
Trasa: Chorzów - Będzin - Grodziec - Strzyżowice - Góra Siewierska - Przeczyce - Targoszyce - Goląsza Górna - Góra Siewierska - Nowa Wieś - Myszkowice - Sączów - Tąpkowice - Świerklaniec - Piekary - Chorzów.
Szykował się ładny weekend, ale w tygodniu było niezbyt zachęcająco. Gdy zrobiło się ładniej wybrałem się więc na szosę, na Płaskowyż. Wycisk był dość solidny dzieki sporemu przewyższeniu i temperaturze.
Tego dnia trafiłem też na platformę do obliczeń emisji dwutlenku węgla. Mój ślad węglowy to 72% polskiej średniej i 86% średniej europejskiej. Bądźcie jak ja - tyle mam do powiedzenia.

Góra Siewierska

Sadowie II
Trasa: Chorzów - Będzin - Grodziec - Strzyżowice - Góra Siewierska - Przeczyce - Targoszyce - Goląsza Górna - Góra Siewierska - Nowa Wieś - Myszkowice - Sączów - Tąpkowice - Świerklaniec - Piekary - Chorzów.
Dystans7.13 km Czas00:22 Vśrednia19.45 km/h Podjazdy 38 m
SprzętMerida Drakar
Dystans203.55 km Czas10:25 Vśrednia19.54 km/h VMAX49.33 km/h Podjazdy1079 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Góry Świętokrzyskie, dzień 3: Powrót z Płaskowyżu Suchedniowskiego
Prognozy się nie zmieniły, niedziela nadawała się na południu Polski wyłącznie do siedzenia domu. Już w sobotę rano miały pojawić się obrywy w rejonie Suchedniowa. Postanowiłem więc wstać wcześnie i o 5:30 ruszałem na Suchedniów. Miasteczko było jeszcze nieobudzone, ja jednam miałem zapasy z bodzentyńskiej Stokrotki i mogłem ruszyć w puszczę, w Puszczę Świętokrzyską. Planowałem wreszcie eksplorować ten tajemniczy Płaskowyż. Jechałem tu do tej pory tylko raz, przelotem przez Szałas. Tym razem chciałem dokonać rowerowej monografii Suchedniowsko-Oblęgorskiego Parku Krajobrazowego. 91% jego obsNzaru to lasy i muszę tu zauważyć, że często są to lasy piękne, zbliżone do naturalnych. Dużo tu lasów jodłowo-bukowych, sporo dębów i modrzewi. Gdy szykowałem się do rozkosznego zanużenia w tych pozbawionych ludzkich osad przestrzeniach, włąsnie wtedy ujrzałem tęczę przeznaczenia. Minister Czarnek czułby satysfakcję, bo chwile później lunęło i to zdrowo. godzinne oberwanie wpędziło mnie to jodły. Były trzy, w pewnej odległości od siebie (bo wybierałem te dorodniejsze, znakomicie spełniające się w roli parasoli). Jedną nazwałem rowerową (mrowisko sprawiło, że sam wybrałem inna jodłę, zostawiając tam tylko rower), drugą internetową (był tu świetny sygnał) a trzecią toaletową (wyjaśniać chyba nie trzeba). Straciłem godzinę, ale zyskałem wspomnienia o trzech jodłach.
Gdy przestało padać ruszyłem dalej napawać się brakiem zaduchu. Chłonąłem wspaniałe powietrze i zaliczałem różnorodne nawierzchnie: od bruku i szutru po asfalty różnej kategorii. Potem przyszedł czas na tutejsze wsie, nie zawsze zamożne. Drogi bywały słabe, domki niewielkie i drewniane. I tak nie wiem z czego ludzie tu żyją? Chyba z lasu?
Tak dojechałem do Smykowa, gdzie w zadumę popadłem nad miejscem pamięci narodowej. Esesmani wymordowali mężczyzn z dwóch wsi: Królewca i Adamowa. Za co? Za nic, dosłownie. Sami zastrzelili przez pomyłkę własnego dowódcę (obława na Hubala) i winę zrzucili na miejscowych. Zamordowali 104 ludzi, cywili. Winni nigdy nie ponieśli jakiekolwiek odpowiedzialności. Daje do myślenia...
Pierwsze płonące ognisko cywilizacji zastałem w Radoszycach, skorzystałem więc z Dina. Potem, zazwyczaj dobrymi, pustymi drogami przemieszczałem się na Przedbórz. Z mojego punktu widzenia bardziej Zabórz niż Przedbórz :) Natrafiłem też na jakiś zagubieńców z BB Touru? Jeden miał dumną koszulkę "1008" i posądzał mnie o bycie wuefistą, nie odpowiedziałem na tę potwarz tylko dlatego, że miałem kryzys. Panowie pukawkowicze utrudnili mi sen u stóp Kamienia Michniowskiego swoją kanonadą. Miejscowe sarenki przypłaciły ja pokotem a ja niewyspaniem. Po to jednak mamy myśliwych, żeby uprzykrzali życie innym, prawda? Należy ich za to chwalić, że się nie wstydzą: "co robisz? Zabijam dla zabawy sarenki", ot co. Myśliwi oczywiście dokonują selekcji, szkoda tylko że negatywnej, bo podniecają ich duże gabarytowo truchła zwierząt. Nazywamy to ambicją myśliwego; tymczasem ambicje rowerzystów są różne. Moja jest głównie poznawcza, nie zdołałem jej zrealizować w Rudzie Pilczyckiej, bo pałac okazał się być Domem Opieki.
Przedbórz. bywam tu chyba częściej niż Jagiełło i Kazio Wielki razem wzięci. Przyciąga mnie Biedronka. Tym razem dałem też zarobić gastronomii. Za 12 złotych na rynku, kebab był duży (choć formalnie "mały") i smaczny, polecam. Potem była walka z sennością (pobudzoną trawieniem kebaba) między Przedborzem a Krzelowem. Wybudziła mnie świadomość, że dalsza jazda w tym tempie skończy się spóźnieniem na pociąg. Doszedłem więc do siebie w Koniecpolu a potem był sprint przez Staropole, Janów i Żarki. Dopiero w Żarkach przystopował mnie Dino, bo nadrobiłem sporo czasu i uświadomiłem sobie, że jutro niedziela. Na stacji Myszków Nowa Wieś byłem 20 minut przed czasem...
Wysiadłem w Kato, bo pociąg planował postój przez 25 minut (!) i wróciłem przez katowicki rynek i przy Silesii (oraz przez WPKiW) do domu.
Galeria:

Poranek w Suchedniowie

Tęcza na Płaskowyżu Sucheniowskim

Już po przesławnym laniu

Lasy klimatyczne, z dużym udziałem jodły i buka

Kucębów - mieszkałbym.

Smyków - miejsce porażające dramatem niewinnych ludzi

104 ofiary SS, sprawcy nigdy nie osądzeni

Radoszyce

To zdjęcie z końca lipca. Lipom się obumarło, zbiorowo. Z pewnością nikt im nie pomógł...

Kebabowałem na przedborskim rynku

Dolina Pilicy przed Małuszynem

Dzieło Stanisława Koniecpolskiego. Spójne architektonicznie.

Przed Staropolem: czas ucieka, pociąg czeka

Ostatni postój, czyli Złoty Potok

Myszków Nowa Wieś. Lumix sobie już z ręki nie poradził.
Mapa:
(trzeba doliczyć 8.45 km z dworca w Kato do domu)
Prognozy się nie zmieniły, niedziela nadawała się na południu Polski wyłącznie do siedzenia domu. Już w sobotę rano miały pojawić się obrywy w rejonie Suchedniowa. Postanowiłem więc wstać wcześnie i o 5:30 ruszałem na Suchedniów. Miasteczko było jeszcze nieobudzone, ja jednam miałem zapasy z bodzentyńskiej Stokrotki i mogłem ruszyć w puszczę, w Puszczę Świętokrzyską. Planowałem wreszcie eksplorować ten tajemniczy Płaskowyż. Jechałem tu do tej pory tylko raz, przelotem przez Szałas. Tym razem chciałem dokonać rowerowej monografii Suchedniowsko-Oblęgorskiego Parku Krajobrazowego. 91% jego obsNzaru to lasy i muszę tu zauważyć, że często są to lasy piękne, zbliżone do naturalnych. Dużo tu lasów jodłowo-bukowych, sporo dębów i modrzewi. Gdy szykowałem się do rozkosznego zanużenia w tych pozbawionych ludzkich osad przestrzeniach, włąsnie wtedy ujrzałem tęczę przeznaczenia. Minister Czarnek czułby satysfakcję, bo chwile później lunęło i to zdrowo. godzinne oberwanie wpędziło mnie to jodły. Były trzy, w pewnej odległości od siebie (bo wybierałem te dorodniejsze, znakomicie spełniające się w roli parasoli). Jedną nazwałem rowerową (mrowisko sprawiło, że sam wybrałem inna jodłę, zostawiając tam tylko rower), drugą internetową (był tu świetny sygnał) a trzecią toaletową (wyjaśniać chyba nie trzeba). Straciłem godzinę, ale zyskałem wspomnienia o trzech jodłach.
Gdy przestało padać ruszyłem dalej napawać się brakiem zaduchu. Chłonąłem wspaniałe powietrze i zaliczałem różnorodne nawierzchnie: od bruku i szutru po asfalty różnej kategorii. Potem przyszedł czas na tutejsze wsie, nie zawsze zamożne. Drogi bywały słabe, domki niewielkie i drewniane. I tak nie wiem z czego ludzie tu żyją? Chyba z lasu?
Tak dojechałem do Smykowa, gdzie w zadumę popadłem nad miejscem pamięci narodowej. Esesmani wymordowali mężczyzn z dwóch wsi: Królewca i Adamowa. Za co? Za nic, dosłownie. Sami zastrzelili przez pomyłkę własnego dowódcę (obława na Hubala) i winę zrzucili na miejscowych. Zamordowali 104 ludzi, cywili. Winni nigdy nie ponieśli jakiekolwiek odpowiedzialności. Daje do myślenia...
Pierwsze płonące ognisko cywilizacji zastałem w Radoszycach, skorzystałem więc z Dina. Potem, zazwyczaj dobrymi, pustymi drogami przemieszczałem się na Przedbórz. Z mojego punktu widzenia bardziej Zabórz niż Przedbórz :) Natrafiłem też na jakiś zagubieńców z BB Touru? Jeden miał dumną koszulkę "1008" i posądzał mnie o bycie wuefistą, nie odpowiedziałem na tę potwarz tylko dlatego, że miałem kryzys. Panowie pukawkowicze utrudnili mi sen u stóp Kamienia Michniowskiego swoją kanonadą. Miejscowe sarenki przypłaciły ja pokotem a ja niewyspaniem. Po to jednak mamy myśliwych, żeby uprzykrzali życie innym, prawda? Należy ich za to chwalić, że się nie wstydzą: "co robisz? Zabijam dla zabawy sarenki", ot co. Myśliwi oczywiście dokonują selekcji, szkoda tylko że negatywnej, bo podniecają ich duże gabarytowo truchła zwierząt. Nazywamy to ambicją myśliwego; tymczasem ambicje rowerzystów są różne. Moja jest głównie poznawcza, nie zdołałem jej zrealizować w Rudzie Pilczyckiej, bo pałac okazał się być Domem Opieki.
Przedbórz. bywam tu chyba częściej niż Jagiełło i Kazio Wielki razem wzięci. Przyciąga mnie Biedronka. Tym razem dałem też zarobić gastronomii. Za 12 złotych na rynku, kebab był duży (choć formalnie "mały") i smaczny, polecam. Potem była walka z sennością (pobudzoną trawieniem kebaba) między Przedborzem a Krzelowem. Wybudziła mnie świadomość, że dalsza jazda w tym tempie skończy się spóźnieniem na pociąg. Doszedłem więc do siebie w Koniecpolu a potem był sprint przez Staropole, Janów i Żarki. Dopiero w Żarkach przystopował mnie Dino, bo nadrobiłem sporo czasu i uświadomiłem sobie, że jutro niedziela. Na stacji Myszków Nowa Wieś byłem 20 minut przed czasem...
Wysiadłem w Kato, bo pociąg planował postój przez 25 minut (!) i wróciłem przez katowicki rynek i przy Silesii (oraz przez WPKiW) do domu.
Galeria:

Poranek w Suchedniowie

Tęcza na Płaskowyżu Sucheniowskim

Już po przesławnym laniu

Lasy klimatyczne, z dużym udziałem jodły i buka

Kucębów - mieszkałbym.

Smyków - miejsce porażające dramatem niewinnych ludzi

104 ofiary SS, sprawcy nigdy nie osądzeni

Radoszyce

To zdjęcie z końca lipca. Lipom się obumarło, zbiorowo. Z pewnością nikt im nie pomógł...

Kebabowałem na przedborskim rynku

Dolina Pilicy przed Małuszynem

Dzieło Stanisława Koniecpolskiego. Spójne architektonicznie.

Przed Staropolem: czas ucieka, pociąg czeka

Ostatni postój, czyli Złoty Potok

Myszków Nowa Wieś. Lumix sobie już z ręki nie poradził.
Mapa:
(trzeba doliczyć 8.45 km z dworca w Kato do domu)
Dystans106.05 km Czas06:32 Vśrednia16.23 km/h VMAX56.77 km/h Podjazdy1829 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Góry Świętokrzyskie, dzień 2: Korona Gór Świętokrzyskich
Uff, czekał mnie ciężki dzień. Gdy wstawałem, o 5, panowała ciemność. Byłem przecież w jodłowym lesie... Spakowałem się i ruszyłem na szlak, bo spałem na zboczach Szczytniaka.
Plan był prosty: zdobyć o poranku Szczytniaka i Jeleniowską po czym ruszyć na Nową Słupię, uzupełnić tamże zapasy i podjechać pod Łysicę, główny punkt programu. Potem czekały jeszcze eksploracje na Klonówce, Bukowej Górze i Miejskiej Górze. 6 gór jednego dnia i skompletowanie wybitnościowej Korony Gór Świętokrzyskich. Do tego sądnego dnia, czyli do 30 lipca zdobyłem w kolejności: Łysiec (595 x 2), Perzową (396), Miedziankę (354), Siniewską (449), Patrol (388), Telegraf (408) i Kiełki (453). Z wyjątkiem Miedzianki wszystkie zaliczały się do Wielkiej Korony Gór Świętokrzyskich, która sam wcześniej zweryfikowałem (na wzór Wielkiej Korony Tatr Piotra Mielusa). Szczytniak (554), Jeleniowska (533), Łysica (614), Klonówka (473), Bukowa Góra (484) i Miejska Góra (426) były mi niezbędne do skompletowania koronnej dwunastki. Na dwóch pierwszych nie spotkałem żywego ducha i choć Jeleniowska była nieco stromsza, to ciekawszy był Szczytniak. Na Jeleniowskiej długo szukałem jakiegokolwiek znaku charakterystycznego, nie trafiłem ani na tablice rezerwatu, ani na tabliczkę z nazwa szczytu. Po dłuższej eksploracji, wśród kłębowiska jeżyn, natrafiłem na kartkę z napisem Jeleniiowska i wysokością. Zadziwiające jak taka bzdeta może poprawić humor, czyzby dlatego że zaświadcza o mojej staranności krajoznawczej? Nie wiem. Szczytniak był ciekawszy, nie tylko z racji zauważalnej kulminacji i tablicy z nazwą rezerwatu, także z racji końcówki po "gołoborzu" i ciemnego młodnika przed wierzchołkiem.
Po aprowizacji w Nowej Słupi ruszyłem mozolnie pod Łysicę. Świętokrzyska góra gór dała mi solidnie w kość: nastał upał a dodatkowo walczyłem z silnym przeciwnym wiatrem i podjazdami. zdecydowałem się atakować ją na dziko, tzw. Starym Gościńcem. To był wyśmienity pomysł: bezludnie i romantycznie, ścieżka dobrze przedeptana, ale bez śmieci i błota. Była przeciwieństwem grzbietówki Łysica - Łysiec. No cóż. Gdy wróciłem, już legalnie, na moją miejscówkę (gdzie ukryłem rower) odkryłem jej walory noclegowe i pejzażowe. Jeślibym kiedyś miał namiotować u stóp Łysogór to tylko tutaj!
Niestety odcinek ze świętej Kaśki do Ciekot był remontowany i nieprzyjemny a przełom Lubrzanki o tej porze całkiem nieciekawy. Siódme poty wylałem za to podjeżdżając na Klonówkę a potem na Klonów. Zaduch i słońce sprawiały, że wciąż marzyłem o cieniu. Dopiero za Klonowem zrobiło się chłodniej: wjechałem w las, no i zbliżała się 18. O złotej godzinie fotografowałem już widok Bodzentyna z podjazdu na Miejską Górę. To był najstromszy odcinek w całych Górach Świętokrzyskich i godne zakończenie zmagań z koroną! Wszystko skończyło się wizytą w Storotce, kolacją na rynku w Bodzentynie i udanym poszukiwaniem noclegu na Wzdołem Rządowym. Przewyższenie jak na trasę wyżynną było imponujące, choć przyczynił się do niego styl (cyklotrek). Gdyby tak zdobyć całą dwunastkę w dobę przewyższenie z łatwością przekroczyłoby 3000 metrów, nie wierzę jednak że dałoby się do zrobić w jasnościach dnia...
Galeria:

"Zanocuj w lesie" pod Szczytniakiem

W drodze na Szczytniak

Na szczycie Szczytniaka

Bywało "polskie błoto"

W drodze na Jeleniewską

Na Jeleniewskiej

Widoczki z biwaku

Na nielegalu na Łysicę

Najwyższy punkt między morzem a Karpatami, moja 9. górka w kolekcji koronnej (dziewiątka, jak Lewandowski!)

Świętokrzysko

W drodze na Klonówkę

Sam wierzchołek

Widoki z Klonówki

Byli nawet paralotniarze

Łysica od zachodu

Bukowa Góra, nr 11 w kolekcji

Morderczy podjeździk na Miejską Górę

Finał: dwunasta przeszkoda pokonana

Nagrodą była panorama Bodzentyna w złotej godzinie
Mapa:
Uff, czekał mnie ciężki dzień. Gdy wstawałem, o 5, panowała ciemność. Byłem przecież w jodłowym lesie... Spakowałem się i ruszyłem na szlak, bo spałem na zboczach Szczytniaka.
Plan był prosty: zdobyć o poranku Szczytniaka i Jeleniowską po czym ruszyć na Nową Słupię, uzupełnić tamże zapasy i podjechać pod Łysicę, główny punkt programu. Potem czekały jeszcze eksploracje na Klonówce, Bukowej Górze i Miejskiej Górze. 6 gór jednego dnia i skompletowanie wybitnościowej Korony Gór Świętokrzyskich. Do tego sądnego dnia, czyli do 30 lipca zdobyłem w kolejności: Łysiec (595 x 2), Perzową (396), Miedziankę (354), Siniewską (449), Patrol (388), Telegraf (408) i Kiełki (453). Z wyjątkiem Miedzianki wszystkie zaliczały się do Wielkiej Korony Gór Świętokrzyskich, która sam wcześniej zweryfikowałem (na wzór Wielkiej Korony Tatr Piotra Mielusa). Szczytniak (554), Jeleniowska (533), Łysica (614), Klonówka (473), Bukowa Góra (484) i Miejska Góra (426) były mi niezbędne do skompletowania koronnej dwunastki. Na dwóch pierwszych nie spotkałem żywego ducha i choć Jeleniowska była nieco stromsza, to ciekawszy był Szczytniak. Na Jeleniowskiej długo szukałem jakiegokolwiek znaku charakterystycznego, nie trafiłem ani na tablice rezerwatu, ani na tabliczkę z nazwa szczytu. Po dłuższej eksploracji, wśród kłębowiska jeżyn, natrafiłem na kartkę z napisem Jeleniiowska i wysokością. Zadziwiające jak taka bzdeta może poprawić humor, czyzby dlatego że zaświadcza o mojej staranności krajoznawczej? Nie wiem. Szczytniak był ciekawszy, nie tylko z racji zauważalnej kulminacji i tablicy z nazwą rezerwatu, także z racji końcówki po "gołoborzu" i ciemnego młodnika przed wierzchołkiem.
Po aprowizacji w Nowej Słupi ruszyłem mozolnie pod Łysicę. Świętokrzyska góra gór dała mi solidnie w kość: nastał upał a dodatkowo walczyłem z silnym przeciwnym wiatrem i podjazdami. zdecydowałem się atakować ją na dziko, tzw. Starym Gościńcem. To był wyśmienity pomysł: bezludnie i romantycznie, ścieżka dobrze przedeptana, ale bez śmieci i błota. Była przeciwieństwem grzbietówki Łysica - Łysiec. No cóż. Gdy wróciłem, już legalnie, na moją miejscówkę (gdzie ukryłem rower) odkryłem jej walory noclegowe i pejzażowe. Jeślibym kiedyś miał namiotować u stóp Łysogór to tylko tutaj!
Niestety odcinek ze świętej Kaśki do Ciekot był remontowany i nieprzyjemny a przełom Lubrzanki o tej porze całkiem nieciekawy. Siódme poty wylałem za to podjeżdżając na Klonówkę a potem na Klonów. Zaduch i słońce sprawiały, że wciąż marzyłem o cieniu. Dopiero za Klonowem zrobiło się chłodniej: wjechałem w las, no i zbliżała się 18. O złotej godzinie fotografowałem już widok Bodzentyna z podjazdu na Miejską Górę. To był najstromszy odcinek w całych Górach Świętokrzyskich i godne zakończenie zmagań z koroną! Wszystko skończyło się wizytą w Storotce, kolacją na rynku w Bodzentynie i udanym poszukiwaniem noclegu na Wzdołem Rządowym. Przewyższenie jak na trasę wyżynną było imponujące, choć przyczynił się do niego styl (cyklotrek). Gdyby tak zdobyć całą dwunastkę w dobę przewyższenie z łatwością przekroczyłoby 3000 metrów, nie wierzę jednak że dałoby się do zrobić w jasnościach dnia...
Galeria:

"Zanocuj w lesie" pod Szczytniakiem

W drodze na Szczytniak

Na szczycie Szczytniaka

Bywało "polskie błoto"

W drodze na Jeleniewską

Na Jeleniewskiej

Widoczki z biwaku

Na nielegalu na Łysicę

Najwyższy punkt między morzem a Karpatami, moja 9. górka w kolekcji koronnej (dziewiątka, jak Lewandowski!)

Świętokrzysko

W drodze na Klonówkę

Sam wierzchołek

Widoki z Klonówki

Byli nawet paralotniarze

Łysica od zachodu

Bukowa Góra, nr 11 w kolekcji

Morderczy podjeździk na Miejską Górę

Finał: dwunasta przeszkoda pokonana

Nagrodą była panorama Bodzentyna w złotej godzinie
Mapa:
Dystans220.19 km Czas10:27 Vśrednia21.07 km/h VMAX53.23 km/h Podjazdy1575 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Góry Świętokrzyskie, dzień 1: z Chorzowa w Pasmo Jeleniowskie
Wiatr był korzystny, ogary więc poszły w las. Co ważne miało się trochę ochłodzić, tym bardziej że postępowałem za ustępującym frontem. W Ogrodzieńcu było jeszcze chmurno i wilgotno, o dziwo dostałem się na dziedziniec zamkowy, było otwarte, zjeżdżali pracownicy "zamkowi". Przy zamkniętych budach, delektując się ciszą, zrobiłem więc pierwsza przerwę. Następną miałem dopiero za Przełajem, w miejscu gdzie kiedyś często się rozbijałem, ale w końcu lipca jest tak zarośnięte, że trudno je poznać. Niestety towarzyszyły mi odtąd jusznice i komary. W proporcjach odwrotnych od łotewskich, czyli więcej komarów, ale pokłuty jestem nieźle... Jadąc tradycyjnie przez Tarnawę gładko ominąłem bloczki sędziszowskie i podziwiałem mrowie torów w drodze na Krzcięcice. Uświadomiłem sobie jak bardzo zmieniło się otoczenie kościoła. Stary proboszcz był bardzo porządnym człowiekiem. 19 lat temu, gdy byłem tu po raz pierwszy, miał dużo estymy dla PTTK. Szedł z tym wielkim XVI-wiecznym kluczem raźno po stromych, rozpadających się schodach, pozwolił zrobić zdjęcie nagrobka Niemsty, zainteresował się skąd jestem. Dziś schody są nowiutkie, otoczenie wypielęgnowane jak pole golfowe, tylko drzwi zamknięte szczelnie, dodatkowo na kratę. Już wiem wszystko o nowym plebanie. Boże daj zbawienie staremu farorzowi!
Słoneczko dyndało na niebie jak Judasz na osice, musiałem więc przy szkole w Niegosławicach nad Mierzawą zrobić przerwę w cieniu. Dalej, podziwiając już ponidziańskie, wypalone, krajobrazy dotarłem na rynek w Pińczowie. Kusił zielenią i cieniem, ja jednak po dowiedzeniu Anny z krypty (w kościele Jana Ewangelisty) ruszyłem na Chmielnik. Cudna powiatówka była pusta jak w weekend, między Chmielnikiem a Pińczowem nie ma chemii, co skutkuje pustą drogą. Przed Chomentówkiem zrobiłem kolejny popas, znów walcząc z komarami i odkrywając ładną miejscówkę na potencjalny biwak. W Chmielniku korzystałem z usług Biedronki i dotarłem szczęśliwie pod piękną kapliczkę w Drugni. Była ławeczka "majowa" i cień, ale zaczęły się problemy z trzewiami. Znak dawał sos z Radomyśla Wielkiego. Dotąd jechałem absurdalnym tempem (ponad 22 km/h z bagażem) i rozruszałem za bardzo jelita. Było tradycyjnie: ból i dwie defekacje. Szkoda, że ból zmącił te piękne widoki, bo Pogórze Szydłowskie jest tutaj idylliczne: łąki, lasy, wzgórza, niewielkie wsie...
Wbrew mapom, aż do Widełek nie napotkałem problemów z nawierzchnią. Horror zaczął się przy przeprawie przez Pasmo Cisowsko-Orłowińskie. Mając dobry czas postanowiłem zdobyć Mount Kiełki w dobrym stylu. Droga była na zmianę ciężkim brukiem lub szutrem. Same Kiełki nie oferowały zaś nic poza pięknym lasem, a las trzeba przyznać wszędzie był tu piękny. To największa zaleta tych "gór": piękne lasy bukowo-jodłowe. Na eksploracje straciłem sporo czasu i wypiłem sporo wody, nieodzowna była więc wizyta w lokalnym ognisku cywilizacji znanym jako Łagów. Za Łagowem były dalsze podjazdy z finałem w Piotrowie i wjazdem na Przełęcz Jeleniowską. Tutaj skorzystałem z programu "zanocuj w lesie", poziomice okazały się nie kłamać: w lesie było sporo dogodnych miejsc biwakowych. Las był jodłowo-bukowy i pełen grzybów!
Galeria:

Pejzaż Pogórza Szydłowskiego w okolicy Drugni (okolice 170. kilometra)

W Ogrodzieńcu chmurno i wilgotno jeszcze było, zło jeszcze się nie rozeszło

Udorskie koniki

Żarnowiec o poranku

"Międzymierzawie" w praktyce

Gdzieś przed Krzelowem

Widok z Tarnawy na Sędziszów

Majestat kościoła św. Prokopa w Krzcięcicach. Onomastyczne i architektoniczne cudeńko (oryginalna więźba dachowa z XVI wieku).
Wieś Konary. Piękna XVIII-wieczna figura przydrożna św. Katarzyny Sienieńskiej, patronki Europy. Od tego miejsca wjeżdżam w kulturowe Ponidzie :)

Pińczów lipcowy, kwitnący i skwarny, ale z cudownym cienistym rynkiem (którego na szczęście żaden bałwan nie "rewitalizował")

Anna z Łaszczów Jakubczykowa wciąż na swoim miejscu, od przeszło 400 lat lustruje wszystkich wchodzących do kościoła. Taki już urok Ponidzia.

Nowość w Śladkowie, czyli pałac zabezpieczony przed menelami

Centrum sztetlu chmielnickiego

Piękna kapliczka w Drugni (XVIII wiek). Tu symbolicznie żegnam się z Ponidziem.

W drodze na Widełki

W drodze na Mount Kiełki

Pasmo Cisowsko-Orłowińskie

Dobre opracowanie turystyczne

Górska perć przed szczytem Kiełków

Na samiuśkim szczycie (mój nr 6 w Wielkiej Koronie Gór Świetokrzyskich)

Orłowiny. Na końcu świata

Atmosfera jak w Beskidzie Niskim: wyludnione wsie, cisza...

Widoczki z pasma

Święty Krzyż widoczny znad Łagowa

Który to już raz w Łagowie? Nawet tu spałem kiedyś... (w PTSM-ie)

Ortografia świętokrzyska jakieś 2 km przed miejscem noclegowym
Mapa:
Wiatr był korzystny, ogary więc poszły w las. Co ważne miało się trochę ochłodzić, tym bardziej że postępowałem za ustępującym frontem. W Ogrodzieńcu było jeszcze chmurno i wilgotno, o dziwo dostałem się na dziedziniec zamkowy, było otwarte, zjeżdżali pracownicy "zamkowi". Przy zamkniętych budach, delektując się ciszą, zrobiłem więc pierwsza przerwę. Następną miałem dopiero za Przełajem, w miejscu gdzie kiedyś często się rozbijałem, ale w końcu lipca jest tak zarośnięte, że trudno je poznać. Niestety towarzyszyły mi odtąd jusznice i komary. W proporcjach odwrotnych od łotewskich, czyli więcej komarów, ale pokłuty jestem nieźle... Jadąc tradycyjnie przez Tarnawę gładko ominąłem bloczki sędziszowskie i podziwiałem mrowie torów w drodze na Krzcięcice. Uświadomiłem sobie jak bardzo zmieniło się otoczenie kościoła. Stary proboszcz był bardzo porządnym człowiekiem. 19 lat temu, gdy byłem tu po raz pierwszy, miał dużo estymy dla PTTK. Szedł z tym wielkim XVI-wiecznym kluczem raźno po stromych, rozpadających się schodach, pozwolił zrobić zdjęcie nagrobka Niemsty, zainteresował się skąd jestem. Dziś schody są nowiutkie, otoczenie wypielęgnowane jak pole golfowe, tylko drzwi zamknięte szczelnie, dodatkowo na kratę. Już wiem wszystko o nowym plebanie. Boże daj zbawienie staremu farorzowi!
Słoneczko dyndało na niebie jak Judasz na osice, musiałem więc przy szkole w Niegosławicach nad Mierzawą zrobić przerwę w cieniu. Dalej, podziwiając już ponidziańskie, wypalone, krajobrazy dotarłem na rynek w Pińczowie. Kusił zielenią i cieniem, ja jednak po dowiedzeniu Anny z krypty (w kościele Jana Ewangelisty) ruszyłem na Chmielnik. Cudna powiatówka była pusta jak w weekend, między Chmielnikiem a Pińczowem nie ma chemii, co skutkuje pustą drogą. Przed Chomentówkiem zrobiłem kolejny popas, znów walcząc z komarami i odkrywając ładną miejscówkę na potencjalny biwak. W Chmielniku korzystałem z usług Biedronki i dotarłem szczęśliwie pod piękną kapliczkę w Drugni. Była ławeczka "majowa" i cień, ale zaczęły się problemy z trzewiami. Znak dawał sos z Radomyśla Wielkiego. Dotąd jechałem absurdalnym tempem (ponad 22 km/h z bagażem) i rozruszałem za bardzo jelita. Było tradycyjnie: ból i dwie defekacje. Szkoda, że ból zmącił te piękne widoki, bo Pogórze Szydłowskie jest tutaj idylliczne: łąki, lasy, wzgórza, niewielkie wsie...
Wbrew mapom, aż do Widełek nie napotkałem problemów z nawierzchnią. Horror zaczął się przy przeprawie przez Pasmo Cisowsko-Orłowińskie. Mając dobry czas postanowiłem zdobyć Mount Kiełki w dobrym stylu. Droga była na zmianę ciężkim brukiem lub szutrem. Same Kiełki nie oferowały zaś nic poza pięknym lasem, a las trzeba przyznać wszędzie był tu piękny. To największa zaleta tych "gór": piękne lasy bukowo-jodłowe. Na eksploracje straciłem sporo czasu i wypiłem sporo wody, nieodzowna była więc wizyta w lokalnym ognisku cywilizacji znanym jako Łagów. Za Łagowem były dalsze podjazdy z finałem w Piotrowie i wjazdem na Przełęcz Jeleniowską. Tutaj skorzystałem z programu "zanocuj w lesie", poziomice okazały się nie kłamać: w lesie było sporo dogodnych miejsc biwakowych. Las był jodłowo-bukowy i pełen grzybów!
Galeria:

Pejzaż Pogórza Szydłowskiego w okolicy Drugni (okolice 170. kilometra)

W Ogrodzieńcu chmurno i wilgotno jeszcze było, zło jeszcze się nie rozeszło

Udorskie koniki

Żarnowiec o poranku

"Międzymierzawie" w praktyce

Gdzieś przed Krzelowem

Widok z Tarnawy na Sędziszów

Majestat kościoła św. Prokopa w Krzcięcicach. Onomastyczne i architektoniczne cudeńko (oryginalna więźba dachowa z XVI wieku).
Wieś Konary. Piękna XVIII-wieczna figura przydrożna św. Katarzyny Sienieńskiej, patronki Europy. Od tego miejsca wjeżdżam w kulturowe Ponidzie :)
Pińczów lipcowy, kwitnący i skwarny, ale z cudownym cienistym rynkiem (którego na szczęście żaden bałwan nie "rewitalizował")

Anna z Łaszczów Jakubczykowa wciąż na swoim miejscu, od przeszło 400 lat lustruje wszystkich wchodzących do kościoła. Taki już urok Ponidzia.

Nowość w Śladkowie, czyli pałac zabezpieczony przed menelami

Centrum sztetlu chmielnickiego

Piękna kapliczka w Drugni (XVIII wiek). Tu symbolicznie żegnam się z Ponidziem.

W drodze na Widełki

W drodze na Mount Kiełki

Pasmo Cisowsko-Orłowińskie

Dobre opracowanie turystyczne

Górska perć przed szczytem Kiełków

Na samiuśkim szczycie (mój nr 6 w Wielkiej Koronie Gór Świetokrzyskich)

Orłowiny. Na końcu świata

Atmosfera jak w Beskidzie Niskim: wyludnione wsie, cisza...

Widoczki z pasma

Święty Krzyż widoczny znad Łagowa

Który to już raz w Łagowie? Nawet tu spałem kiedyś... (w PTSM-ie)

Ortografia świętokrzyska jakieś 2 km przed miejscem noclegowym
Mapa:
Dystans38.00 km
Odkrywcze Pyskowice bocznymi drogami
Unikalny przejazd na Wagancie przez poligon Bumaru Łabędy na Pyskowice. Po dłuższym pobycie w Pyskowicach powrót bocznymi drogami o szokującej czasem nawierzchni. Romet dał radę. Na plus wspaniałe lody u Żony Drania ;)

Unikalny przejazd na Wagancie przez poligon Bumaru Łabędy na Pyskowice. Po dłuższym pobycie w Pyskowicach powrót bocznymi drogami o szokującej czasem nawierzchni. Romet dał radę. Na plus wspaniałe lody u Żony Drania ;)

Dystans18.50 km
Odkrywanie opłotków Gliwic
Wizyta przy radiostacji, stadionie Piasta, rajd do tężni w Parku Kultury i Wypoczynku (lesie komunalnym Gliwic). Powrót przez Żerniki do Szałszy. Na koniec testowanie skrótowego przejazdu na Przezchlebie (niepowodzenie).
Sprzęt: Romet Wagant (bez licznika)

Wizyta przy radiostacji, stadionie Piasta, rajd do tężni w Parku Kultury i Wypoczynku (lesie komunalnym Gliwic). Powrót przez Żerniki do Szałszy. Na koniec testowanie skrótowego przejazdu na Przezchlebie (niepowodzenie).
Sprzęt: Romet Wagant (bez licznika)












