Wpisy archiwalne w kategorii
wielodniowe
Dystans całkowity: | 47411.11 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
Czas w ruchu: | 2265:08 |
Średnia prędkość: | 17.52 km/h |
Maksymalna prędkość: | 78.22 km/h |
Suma podjazdów: | 316336 m |
Liczba aktywności: | 359 |
Średnio na aktywność: | 132.06 km i 7h 53m |
Więcej statystyk |
Dystans130.07 km Czas08:09 Vśrednia15.96 km/h Podjazdy1702 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 5: Maramuresz, gdzieś na krańcu Europy
Zrujnowane, rdzewiejące przystanki, obrosłe kurzem i pajęczynami, z dziurawymi daszkami. Piękne górskie potoki pełne śmieci, totalny brak przydrożnych drzew i wszechobecni miłośnicy zapierdalania na drodze. Brak części wspólnych we wsiach, brak skwerków, placów zabaw, ławek, czegokolwiek świadczącego o tym że są to lokalne społeczności. Niszczenie pejzażu dziwnymi instalacjami i jaskrawymi kolorami fasad. Straszny widok zabiedzonych, bezpańskich psów, kopanych nieraz dla rozrywki (to w końcu kraj z największą liczbą miłośników psów w Europie, dlatego nie dziwi mnie też skala krzywdy psów). No i stała obecność psich zabójców - wielkich psisk pasterskich gotowych, by w każdej chwili odgryźć nogę rowerzyście lub rozszarpać go na kawałki. Męczący styl jazdy kierowców polegający na ciągłym wciskaniu gazu na dobrej nawierzchni. Mijałem zresztą samochód zaparkowany po prostu na serpentynie drogi, na linii ciągłej.
Rumuni mają już zabawki - dobrej jakości ważniejsze drogi i dobre samochody - wciąż jednak nie potrafią z nich korzystać. Nie rozumieją w ogóle pojęcia i wartości codziennej aktywności fizycznej. Śmieszni są też obcokrajowcy jadący przez Rumunię z wielkimi pakami na dachach i napisami typu "Balkan Expedition". Przyjechali na safari. Czują się chyba pierwszymi odkrywcami, ktoś im powiedział że muszą wieźć z domu własne suchary i wodę do picia. Niczym Tony Halik będą robić pranie w misce, korzystając z wstrząsów na rumuńskich bezdrożach, ale póki co jadą po gładkich asfaltach i nie zbaczają z utartych szlaków. Nie wiem jak im pomóc. Co ciekawe bardzo licznie reprezentowani są w tej grupie... Czesi.
Generalnie motywem przewodnim dnia są piękne tutejsze drewniane kościoły. Oczywiście w ich otoczeniu zazwyczaj brakuje drzew. Wymyślam więc relaks nad rzeką i pluskanie stópek. Chwila relaksu nad Izą jest jedną z bardziej traumatycznych. Nie wspomnę nawet o tym, że każdy skrawek zarośli był wysypiskiem śmieci. Bardziej szokujące było to, że na tym skrawku plaży, trzykrotnie próbowano mnie rozjechać terenówką!. Bo prawdziwy Rumun nie dojdzie do wody pieszo, to by go obrażało. On musi wjechać wprost do wody...
W tym całym anturażu mentalnej patologii było też mnóstwo piękna, autentycznej kultury ludowej. Gdy się zachmurzyło i zbierało na burze, zjeżdżały z łąk koniki ciągnąc wozy obładowane sianem. Na łąkach dumnie stały stogi siana. Po wsiach nieraz wyplatane płoty i rzeźbione drewniane bramy. Wielu starszych ludzi w ludowych strojach, szczególnie kobiet, w tych czarnych, niedostosowanych do upału spódnicach. W dolinie Izy popularne były też stoiska z warzywami, prosto od rolnika. Nieraz imponowały tutejsze arbuzy, pomidory, papryki czy ogórki. Trafiają się piękne ujęcia wody. Motywy są albo ludowe albo prawosławno-świątkowe. W sumie na jedno wychodzi.
Na koniec dnia mocno się zachmurza. Masyw Pietrosula znika w chmurach. Boję się, że lunie. Jak na złość Borsza ciągnie się w nieskończoność. Za hotelem Victoria odbijam więc w stromy łącznik, który doprowadza mnie do opuszczonego gospodarstwa. Nie ma tu żadnych psich niespodzianek, jest tylko kot dobrodziej. Znów mi się udało, przeżyłem kolejny dzień w Rumunii bez ran szarpanych.

Budesti. Piękny kościół z listy UNESCO. Zdjęcie kradzione z powodu utraty własnych.

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49292715
Zrujnowane, rdzewiejące przystanki, obrosłe kurzem i pajęczynami, z dziurawymi daszkami. Piękne górskie potoki pełne śmieci, totalny brak przydrożnych drzew i wszechobecni miłośnicy zapierdalania na drodze. Brak części wspólnych we wsiach, brak skwerków, placów zabaw, ławek, czegokolwiek świadczącego o tym że są to lokalne społeczności. Niszczenie pejzażu dziwnymi instalacjami i jaskrawymi kolorami fasad. Straszny widok zabiedzonych, bezpańskich psów, kopanych nieraz dla rozrywki (to w końcu kraj z największą liczbą miłośników psów w Europie, dlatego nie dziwi mnie też skala krzywdy psów). No i stała obecność psich zabójców - wielkich psisk pasterskich gotowych, by w każdej chwili odgryźć nogę rowerzyście lub rozszarpać go na kawałki. Męczący styl jazdy kierowców polegający na ciągłym wciskaniu gazu na dobrej nawierzchni. Mijałem zresztą samochód zaparkowany po prostu na serpentynie drogi, na linii ciągłej.
Rumuni mają już zabawki - dobrej jakości ważniejsze drogi i dobre samochody - wciąż jednak nie potrafią z nich korzystać. Nie rozumieją w ogóle pojęcia i wartości codziennej aktywności fizycznej. Śmieszni są też obcokrajowcy jadący przez Rumunię z wielkimi pakami na dachach i napisami typu "Balkan Expedition". Przyjechali na safari. Czują się chyba pierwszymi odkrywcami, ktoś im powiedział że muszą wieźć z domu własne suchary i wodę do picia. Niczym Tony Halik będą robić pranie w misce, korzystając z wstrząsów na rumuńskich bezdrożach, ale póki co jadą po gładkich asfaltach i nie zbaczają z utartych szlaków. Nie wiem jak im pomóc. Co ciekawe bardzo licznie reprezentowani są w tej grupie... Czesi.
Generalnie motywem przewodnim dnia są piękne tutejsze drewniane kościoły. Oczywiście w ich otoczeniu zazwyczaj brakuje drzew. Wymyślam więc relaks nad rzeką i pluskanie stópek. Chwila relaksu nad Izą jest jedną z bardziej traumatycznych. Nie wspomnę nawet o tym, że każdy skrawek zarośli był wysypiskiem śmieci. Bardziej szokujące było to, że na tym skrawku plaży, trzykrotnie próbowano mnie rozjechać terenówką!. Bo prawdziwy Rumun nie dojdzie do wody pieszo, to by go obrażało. On musi wjechać wprost do wody...
W tym całym anturażu mentalnej patologii było też mnóstwo piękna, autentycznej kultury ludowej. Gdy się zachmurzyło i zbierało na burze, zjeżdżały z łąk koniki ciągnąc wozy obładowane sianem. Na łąkach dumnie stały stogi siana. Po wsiach nieraz wyplatane płoty i rzeźbione drewniane bramy. Wielu starszych ludzi w ludowych strojach, szczególnie kobiet, w tych czarnych, niedostosowanych do upału spódnicach. W dolinie Izy popularne były też stoiska z warzywami, prosto od rolnika. Nieraz imponowały tutejsze arbuzy, pomidory, papryki czy ogórki. Trafiają się piękne ujęcia wody. Motywy są albo ludowe albo prawosławno-świątkowe. W sumie na jedno wychodzi.
Na koniec dnia mocno się zachmurza. Masyw Pietrosula znika w chmurach. Boję się, że lunie. Jak na złość Borsza ciągnie się w nieskończoność. Za hotelem Victoria odbijam więc w stromy łącznik, który doprowadza mnie do opuszczonego gospodarstwa. Nie ma tu żadnych psich niespodzianek, jest tylko kot dobrodziej. Znów mi się udało, przeżyłem kolejny dzień w Rumunii bez ran szarpanych.

Budesti. Piękny kościół z listy UNESCO. Zdjęcie kradzione z powodu utraty własnych.

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49292715
Dystans153.15 km Czas09:11 Vśrednia16.68 km/h Podjazdy882 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 4: Zderzenie z krajem kontrastów
Zaczynam aktywną część dnia od podziwiania ładnego kalwińskiego kościoła w Csenger i od razu próbuję przekroczyć granicę Schengen wałami z trasą rowerową. Uprzedza mnie jednak patrol węgierskiej straży granicznej, który gnał co sił na spotkanie ze mną. Cóż, muszę jednak jechać na przejście w Satu Mare. Tamże jest to dla obywateli szengeńskiej UE i tak formalność, więc robienie schodów na istniejącej już rumuńsko-węgierskiej trasie rowerowej wydaje się mocno komiczne. Dzięki nawiedzeniu oficjalnego przejścia mogłem z bliska obserwować wymianę tablic rejestracyjnych w samochodach sprowadzanych przez Mołdawian z UE...
W Rumunii wita mnie znakomity asfalt, o niebo lepszy od tych którymi podróżowałem przez całe Węgry. Na przedmieściach Satu Mare podziwiam ładne domy. Mają ceramiczne dachówki i białe rolety na oknach. Jest trochę hiszpańsko. Gdy zbliżam się bardziej do centrum miasta, czar pryska. Panuje tu prawdziwie małopolski nieład przestrzenny.
Wrażenia z Satu Mare są tylko wstępem do tego co czeka mnie dalej. Od kontrastów można dostać bólu głowy. Wybieram boczną drogę w kierunku Baia Mare. To w zasadzie pełen fałdowań asfaltu baaardzo długi pas startowy dla tutejszych bolidów młodych wieśniaków. Drzewa zostały wycięte z chirurgiczną precyzją, tak by nic nie przysłaniało słoneczka w ten uroczy dzień z wymarzoną temperaturą 33 stopni w cieniu. Cienia niestety nie ma. Gdy po minięciu wielu wsi trafiam w końcu - jakimś cudem - na ławeczkę w cieniu, jest ona zasypana małpkami. To w sumie za dużo powiedziane. Specyfiki nazywają się Mona (70%) i na etykiecie mają na wpół roznegliżowaną seksowną pielęgniarkę... Zaczynam czuć się lekko nieswojo.
Na drodze poza upałem i tempem jazdy kierowców męczy też natężenie ruchu, a to jest ta spokojniejsza droga... Przy drodze co jakiś czas mijam poletka śmieci. Pojawiają się wędrujące środkiem drogi gangi romskich podrostków, matki z dziećmi gromadzą się w osobnych stadkach. W okolicach Baia Mare zobaczę po raz pierwszy rozwieszone na płotach dywany z logo BMW i Mercedesa. Gdzieniegdzie rozbrzmiewa romski lub rumuński folk. Ta cała egzotyka jest całkowicie autentyczna, od dywanu do dywanu. Żeby się dalej nie znęcać, napomknę, że cieszył widok dorodnych kiści winogron w ogródkach i licznych bocianów. Jest też tzw. polska przedsiębiorczość, czyli każda wioska ma swojego żabkoida, trzeba też przyznać że ceny są w tych przybytkach wyraźnie niższe niż w Polsce. Na półkach cieszą też liczne tymbarki i hortexy.
Jestem przytłoczony tym wszystkim, w szczególności upałem i kompletnym brakiem cienia. Jadę cały czas w 40 stopniach, bo tyle jest w słońcu. Decyduje się więc ominąć rozgrzane Baia Mare i tym sposobem trafiam do najładniejszych rumuńskich wsi na tym etapie. Od Finteusu Mic aż po Sindresti jadę przez schludne, pełne zieleni wioski. Wszystko jest tu wypolerowane, asfalty doskonałe, czuję się jakbym wjechał do Szwajcarii. Jednego dnia przejechałem jakieś tajemnicze antypody mentalne, bo nawet kierowcy w tych wioskach są jacyś normalni, europejscy. Rozumiem, że mieszka w tych podmiejskich, schludnych wsiach, rumuńska klasa średnia, ale różnica z wioskami ludowymi przypomina bardziej przepaść niż wyszukiwanie niuansów.
Końcówka dnia to powrót do niepowodzeń. Nie znajduję kościoła drewnianego w Danesti, no i mam problem ze znalezieniem miejscówki nadającej się na biwak. Zanim w końcu znajdę skrawek mniej pionowej ziemi, zostanę - po raz pierwszy - zaatakowany brutalnie przez wałęsające się po drodze wielkie psiska. Jest bardzo niebezpiecznie, nie używam gazu tylko dlatego, że nie miałem go od razu pod ręką. To ledwie jeden dzień w Rumunii, a wrażeń wystarczyłoby na tydzień jazdy po Hesji. I nie jest to wcale krytyka Hesji ;)

Satu Mare - akurat tutaj zrobiłem fotkę telefonem by pokazać rumuński ład urbanistyczny. No i ta jedna fotka mi została z całego dnia na pamiątkę.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262930
Zaczynam aktywną część dnia od podziwiania ładnego kalwińskiego kościoła w Csenger i od razu próbuję przekroczyć granicę Schengen wałami z trasą rowerową. Uprzedza mnie jednak patrol węgierskiej straży granicznej, który gnał co sił na spotkanie ze mną. Cóż, muszę jednak jechać na przejście w Satu Mare. Tamże jest to dla obywateli szengeńskiej UE i tak formalność, więc robienie schodów na istniejącej już rumuńsko-węgierskiej trasie rowerowej wydaje się mocno komiczne. Dzięki nawiedzeniu oficjalnego przejścia mogłem z bliska obserwować wymianę tablic rejestracyjnych w samochodach sprowadzanych przez Mołdawian z UE...
W Rumunii wita mnie znakomity asfalt, o niebo lepszy od tych którymi podróżowałem przez całe Węgry. Na przedmieściach Satu Mare podziwiam ładne domy. Mają ceramiczne dachówki i białe rolety na oknach. Jest trochę hiszpańsko. Gdy zbliżam się bardziej do centrum miasta, czar pryska. Panuje tu prawdziwie małopolski nieład przestrzenny.
Wrażenia z Satu Mare są tylko wstępem do tego co czeka mnie dalej. Od kontrastów można dostać bólu głowy. Wybieram boczną drogę w kierunku Baia Mare. To w zasadzie pełen fałdowań asfaltu baaardzo długi pas startowy dla tutejszych bolidów młodych wieśniaków. Drzewa zostały wycięte z chirurgiczną precyzją, tak by nic nie przysłaniało słoneczka w ten uroczy dzień z wymarzoną temperaturą 33 stopni w cieniu. Cienia niestety nie ma. Gdy po minięciu wielu wsi trafiam w końcu - jakimś cudem - na ławeczkę w cieniu, jest ona zasypana małpkami. To w sumie za dużo powiedziane. Specyfiki nazywają się Mona (70%) i na etykiecie mają na wpół roznegliżowaną seksowną pielęgniarkę... Zaczynam czuć się lekko nieswojo.
Na drodze poza upałem i tempem jazdy kierowców męczy też natężenie ruchu, a to jest ta spokojniejsza droga... Przy drodze co jakiś czas mijam poletka śmieci. Pojawiają się wędrujące środkiem drogi gangi romskich podrostków, matki z dziećmi gromadzą się w osobnych stadkach. W okolicach Baia Mare zobaczę po raz pierwszy rozwieszone na płotach dywany z logo BMW i Mercedesa. Gdzieniegdzie rozbrzmiewa romski lub rumuński folk. Ta cała egzotyka jest całkowicie autentyczna, od dywanu do dywanu. Żeby się dalej nie znęcać, napomknę, że cieszył widok dorodnych kiści winogron w ogródkach i licznych bocianów. Jest też tzw. polska przedsiębiorczość, czyli każda wioska ma swojego żabkoida, trzeba też przyznać że ceny są w tych przybytkach wyraźnie niższe niż w Polsce. Na półkach cieszą też liczne tymbarki i hortexy.
Jestem przytłoczony tym wszystkim, w szczególności upałem i kompletnym brakiem cienia. Jadę cały czas w 40 stopniach, bo tyle jest w słońcu. Decyduje się więc ominąć rozgrzane Baia Mare i tym sposobem trafiam do najładniejszych rumuńskich wsi na tym etapie. Od Finteusu Mic aż po Sindresti jadę przez schludne, pełne zieleni wioski. Wszystko jest tu wypolerowane, asfalty doskonałe, czuję się jakbym wjechał do Szwajcarii. Jednego dnia przejechałem jakieś tajemnicze antypody mentalne, bo nawet kierowcy w tych wioskach są jacyś normalni, europejscy. Rozumiem, że mieszka w tych podmiejskich, schludnych wsiach, rumuńska klasa średnia, ale różnica z wioskami ludowymi przypomina bardziej przepaść niż wyszukiwanie niuansów.
Końcówka dnia to powrót do niepowodzeń. Nie znajduję kościoła drewnianego w Danesti, no i mam problem ze znalezieniem miejscówki nadającej się na biwak. Zanim w końcu znajdę skrawek mniej pionowej ziemi, zostanę - po raz pierwszy - zaatakowany brutalnie przez wałęsające się po drodze wielkie psiska. Jest bardzo niebezpiecznie, nie używam gazu tylko dlatego, że nie miałem go od razu pod ręką. To ledwie jeden dzień w Rumunii, a wrażeń wystarczyłoby na tydzień jazdy po Hesji. I nie jest to wcale krytyka Hesji ;)

Satu Mare - akurat tutaj zrobiłem fotkę telefonem by pokazać rumuński ład urbanistyczny. No i ta jedna fotka mi została z całego dnia na pamiątkę.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262930
Dystans146.15 km Czas08:22 Vśrednia17.47 km/h Podjazdy487 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 3: Węgierski marazm
Dzień zaczynam od wypadu na Słowację, na powrót do Chełmca, by zrobić zakupy w tutejszym Lidlu (dzień wcześniej był zamknięty). Mijam więc znowu groźne sylwetki madziarskich monarchów ze św. Istvanem Kiralym na czele. Zmierzam przez skraj południowej Słowacji do Wielkiego Kamieńca, by zobaczyć ruiny tutejszego hradu i przekroczyć ponownie bardzo tutaj umowną madziarską granicę...
Moim celem jest Karcsa i romański, kalwiński kościółek. Okazuje się zresztą ofiarą brutalnej rekonstrukcji, jak większość węgierskiego romanizmu. Zawracam więc do ładnego kasztelu/zamkopałacu Magocsy we wsi Pacin. Tutaj znajduję wreszcie odpoczynek od coraz silniej palącego słońca. Są ławki, jest cień i święty spokój. Zajadam się owocami tutejszej starej, wielkiej morwy, bardzo brudzą ręce, ale są niebywale soczyste, choć zaskakująco mało słodkie. W przypałacowym parku rosną też potężne brzostownice. Z daleka biorę je zresztą za kolejne morwy i jestem bardzo zawiedziony, bo wszystkie dolne owoce starej morwy zdążyłem w międzyczasie objeść. Postój mi się wydłuża. Przyczynia się do tego sielankowy nastrój, obfitość cienia i fakt, że jestem jedynym bywalcem tego parku.
Dalsza droga będzie obfitowała w płaskość, upał i pewną monotonię. Umilać mi ją będą widoki pięknie kwitnących albicji, kasztanów jadalnych czy tworzących zarośla przydrożne amorf krzewiastych. Gdzieniegdzie napotkam coraz modniejsze oxytree. Denerwować będzie dynamiczny styl jazdy Węgrów i długie proste odcinki dróg po idealnym płaskim. O samym pejzażu mogę powiedzieć właśnie tylko tyle, że był tak płaski, iż go nie zauważyłem :) No i zabudowa wiosek wskazywała na mocną stagnację. Wyglądały jak zakonserwowane w końcu lat 90.
Emocji tego dnia dostarczają mi głównie węgierskie ddr-y. Gdy tylko się pojawiają, sygnalizują je natychmiastowe zakazy jazdy na rowerze po jezdni. W rejonie miasta Mateszalka zetknąłem się ze sporymi połaciami lasów robiniowych. Całkowicie zszokowała mnie jednak droga na odcinku Nyirparasznya - Opalyi. W pewnym momencie się po prostu urwała i musiałem wlec rower po piasku. Był tak głęboki, że ledwo dało się pchać. Coraz częściej widziałem też romskie domostwa, które wyróżniajały się hmmm. estetyką. W ten sposób minęła mi reszta dnia i oczekiwanie zameldowałem się blisko rumuńskiej granicy. Ledwie trzy dni jazdy rowerem z Polski. Przed Tyukod odbiłem z asfaltu w pola kukurydzy i tamże zaległem na nocleg. Nie w samej kukurydzy rzecz jasna, na nieużytku blisko polnej drogi. Po raz pierwszy skorzystałem z kuchenki, bo na poprzednim noclegu uniemożliwiły mi to wściekłe szturmy komarzyc.

Pacin - kasztel i park z lotu ptaka. Miejsce mojej rozkosznej rekreacji. Zdjęcie kradzione z Wikipedii.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262469
Dzień zaczynam od wypadu na Słowację, na powrót do Chełmca, by zrobić zakupy w tutejszym Lidlu (dzień wcześniej był zamknięty). Mijam więc znowu groźne sylwetki madziarskich monarchów ze św. Istvanem Kiralym na czele. Zmierzam przez skraj południowej Słowacji do Wielkiego Kamieńca, by zobaczyć ruiny tutejszego hradu i przekroczyć ponownie bardzo tutaj umowną madziarską granicę...
Moim celem jest Karcsa i romański, kalwiński kościółek. Okazuje się zresztą ofiarą brutalnej rekonstrukcji, jak większość węgierskiego romanizmu. Zawracam więc do ładnego kasztelu/zamkopałacu Magocsy we wsi Pacin. Tutaj znajduję wreszcie odpoczynek od coraz silniej palącego słońca. Są ławki, jest cień i święty spokój. Zajadam się owocami tutejszej starej, wielkiej morwy, bardzo brudzą ręce, ale są niebywale soczyste, choć zaskakująco mało słodkie. W przypałacowym parku rosną też potężne brzostownice. Z daleka biorę je zresztą za kolejne morwy i jestem bardzo zawiedziony, bo wszystkie dolne owoce starej morwy zdążyłem w międzyczasie objeść. Postój mi się wydłuża. Przyczynia się do tego sielankowy nastrój, obfitość cienia i fakt, że jestem jedynym bywalcem tego parku.
Dalsza droga będzie obfitowała w płaskość, upał i pewną monotonię. Umilać mi ją będą widoki pięknie kwitnących albicji, kasztanów jadalnych czy tworzących zarośla przydrożne amorf krzewiastych. Gdzieniegdzie napotkam coraz modniejsze oxytree. Denerwować będzie dynamiczny styl jazdy Węgrów i długie proste odcinki dróg po idealnym płaskim. O samym pejzażu mogę powiedzieć właśnie tylko tyle, że był tak płaski, iż go nie zauważyłem :) No i zabudowa wiosek wskazywała na mocną stagnację. Wyglądały jak zakonserwowane w końcu lat 90.
Emocji tego dnia dostarczają mi głównie węgierskie ddr-y. Gdy tylko się pojawiają, sygnalizują je natychmiastowe zakazy jazdy na rowerze po jezdni. W rejonie miasta Mateszalka zetknąłem się ze sporymi połaciami lasów robiniowych. Całkowicie zszokowała mnie jednak droga na odcinku Nyirparasznya - Opalyi. W pewnym momencie się po prostu urwała i musiałem wlec rower po piasku. Był tak głęboki, że ledwo dało się pchać. Coraz częściej widziałem też romskie domostwa, które wyróżniajały się hmmm. estetyką. W ten sposób minęła mi reszta dnia i oczekiwanie zameldowałem się blisko rumuńskiej granicy. Ledwie trzy dni jazdy rowerem z Polski. Przed Tyukod odbiłem z asfaltu w pola kukurydzy i tamże zaległem na nocleg. Nie w samej kukurydzy rzecz jasna, na nieużytku blisko polnej drogi. Po raz pierwszy skorzystałem z kuchenki, bo na poprzednim noclegu uniemożliwiły mi to wściekłe szturmy komarzyc.

Pacin - kasztel i park z lotu ptaka. Miejsce mojej rozkosznej rekreacji. Zdjęcie kradzione z Wikipedii.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262469
Dystans161.76 km Czas09:15 Vśrednia17.49 km/h Podjazdy1191 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 2: Bardzo wschodnia Słowacja
Drugi dzień okazuje się być pełnym zaskoczeń. Nie zaskakują mnie łanie i sarny, nawet nie zaskakuje mnie dobry asfalt na Przełęcz nad Roztokami (sprawdziłem to wcześniej na mapach); nie zaskakuje rekonstruowana po słowackiej stronie, brukowana Porta Rusica, zaskakuje mnie natomiast posiadłość letniskowa z wielkim szyldem "Polish embassy" i polską flagą, już po słowackiej stronie. Może jestem dziwny, ale napisałbym to po słowacku/ukraińsku. Miejscowi nie posługują się raczej na co dzień narzeczem Szekspira. Pretensjonalność tego napisu skłoniła mnie wiec do przemyśleń, że właściciel musi być rodem z Warszawy...
Urzeka mnie ta pustka parku narodowego Połoniny. Wokół nie ma żywego ducha. Tylko ja, łąki, lasy, połoniny. No, jest jeszcze pomnik sowieckich osowobodzicieli z II wojny światowej i cmentarz tychże, vojensky cintorin vo Vel'kej Pol'anie. Droga jest coraz lepszej jakości. Przejazd wzdłuż zbiornika Starina sprawia, że czuję się jedynym człowiekiem na świecie. Sporo przed wsią Stakczin pojawia się równie znakomita jak droga, specjalna droga rowerowa. Nie ma jej na żadnych mapach, ale istnieje w realu. Zapędzam się nią zresztą aż pod Sninę, no i musze się wracać... Przez Kalną Roztokę docieram do Ubli, czyli niemal na Ukrainę. Krajobraz jest cały czas piękny, taki łemkowski. Planowo zapędzam się do kolejnej granicznej wioski - Inowców. Długo telepię się szutrem wśród łąk i lasów. Za grzbietem mam Ukrainę, ale celem jest przepiękna cerkiewka św. Michała Archanioła w tychże Inowcach. Ależ boli mnie w tym miejscu brak własnych zdjęć. Tyle zachodu po nic... Miejscowi są świetnym przykładem integracji mniejszości z przyjazną większością. Zdecydowana większość mieszkańców (o bezsprzecznie ukraińskim pochodzeniu) deklaruje się jako Słowacy i prawosławni zarazem. Słyszałem też tutaj wyłącznie język słowacki.
Kolejne kilometry zbliżają mnie do Niziny Węgierskiej. W Sobrancach orzeźwiam się liżąc... owocostany sumaka. Prof. Łuczaj znów wzbogacił moje podróżnicze doznania :) Generalnie gdy jadę przez te węgierskie wioski południowej Słowacji zwracam uwagę na spójną zabudowę. W Lekarowcach dobijam po raz ostatni na rzut kamieniem od Ukrainy. Do wsi prowadzi kilometrowej długości aleja orzechów włoskich. W samej wsi zauważam potężnego, pełnego owoców, figowca. Powszechnym widokiem stają się wysokie na jakieś 4 metry stelaże dla winorośli. Częstuję się po drodze słodziutkimi mirabelkami, mijam co chwilę rosnące jak chwasty samosiejki orzechów włoskich. Czuć klimatyczne południe. Trwają żniwa. Zastanawia mnie jednak brak otwartych sklepów...
Troszkę negatywnych emocji na koniec dnia zapewnia mi dopiero Królewski Chełmiec. Kráľovský Chlmec lub jak głoszą niektóre napisy Királyhelmec. Obie nazwy nie uwzględniają najbardziej widocznej grupy mieszkańców - Romów. Rezygnuję więc ze skorzystania z jedynego otwartego sklepu (sorry, taki ze mnie rasista, ale mam swoje doświadczenia), który wygląda niczym romskie sanktuarium zakupowe. Udaję się na uherską stronę by poszukać dogodnego miejsca na biwak. Lokuję namiot na wzgórzu z ładnym widokiem. Za plecami mam koszmarny w swoim charakterze las robiniowy, a wokół całe stada komarów. Odganianie się od natrętów zastępuje mi zaprawę wieczorną.
Drugi dzień okazuje się być pełnym zaskoczeń. Nie zaskakują mnie łanie i sarny, nawet nie zaskakuje mnie dobry asfalt na Przełęcz nad Roztokami (sprawdziłem to wcześniej na mapach); nie zaskakuje rekonstruowana po słowackiej stronie, brukowana Porta Rusica, zaskakuje mnie natomiast posiadłość letniskowa z wielkim szyldem "Polish embassy" i polską flagą, już po słowackiej stronie. Może jestem dziwny, ale napisałbym to po słowacku/ukraińsku. Miejscowi nie posługują się raczej na co dzień narzeczem Szekspira. Pretensjonalność tego napisu skłoniła mnie wiec do przemyśleń, że właściciel musi być rodem z Warszawy...
Urzeka mnie ta pustka parku narodowego Połoniny. Wokół nie ma żywego ducha. Tylko ja, łąki, lasy, połoniny. No, jest jeszcze pomnik sowieckich osowobodzicieli z II wojny światowej i cmentarz tychże, vojensky cintorin vo Vel'kej Pol'anie. Droga jest coraz lepszej jakości. Przejazd wzdłuż zbiornika Starina sprawia, że czuję się jedynym człowiekiem na świecie. Sporo przed wsią Stakczin pojawia się równie znakomita jak droga, specjalna droga rowerowa. Nie ma jej na żadnych mapach, ale istnieje w realu. Zapędzam się nią zresztą aż pod Sninę, no i musze się wracać... Przez Kalną Roztokę docieram do Ubli, czyli niemal na Ukrainę. Krajobraz jest cały czas piękny, taki łemkowski. Planowo zapędzam się do kolejnej granicznej wioski - Inowców. Długo telepię się szutrem wśród łąk i lasów. Za grzbietem mam Ukrainę, ale celem jest przepiękna cerkiewka św. Michała Archanioła w tychże Inowcach. Ależ boli mnie w tym miejscu brak własnych zdjęć. Tyle zachodu po nic... Miejscowi są świetnym przykładem integracji mniejszości z przyjazną większością. Zdecydowana większość mieszkańców (o bezsprzecznie ukraińskim pochodzeniu) deklaruje się jako Słowacy i prawosławni zarazem. Słyszałem też tutaj wyłącznie język słowacki.
Kolejne kilometry zbliżają mnie do Niziny Węgierskiej. W Sobrancach orzeźwiam się liżąc... owocostany sumaka. Prof. Łuczaj znów wzbogacił moje podróżnicze doznania :) Generalnie gdy jadę przez te węgierskie wioski południowej Słowacji zwracam uwagę na spójną zabudowę. W Lekarowcach dobijam po raz ostatni na rzut kamieniem od Ukrainy. Do wsi prowadzi kilometrowej długości aleja orzechów włoskich. W samej wsi zauważam potężnego, pełnego owoców, figowca. Powszechnym widokiem stają się wysokie na jakieś 4 metry stelaże dla winorośli. Częstuję się po drodze słodziutkimi mirabelkami, mijam co chwilę rosnące jak chwasty samosiejki orzechów włoskich. Czuć klimatyczne południe. Trwają żniwa. Zastanawia mnie jednak brak otwartych sklepów...
Troszkę negatywnych emocji na koniec dnia zapewnia mi dopiero Królewski Chełmiec. Kráľovský Chlmec lub jak głoszą niektóre napisy Királyhelmec. Obie nazwy nie uwzględniają najbardziej widocznej grupy mieszkańców - Romów. Rezygnuję więc ze skorzystania z jedynego otwartego sklepu (sorry, taki ze mnie rasista, ale mam swoje doświadczenia), który wygląda niczym romskie sanktuarium zakupowe. Udaję się na uherską stronę by poszukać dogodnego miejsca na biwak. Lokuję namiot na wzgórzu z ładnym widokiem. Za plecami mam koszmarny w swoim charakterze las robiniowy, a wokół całe stada komarów. Odganianie się od natrętów zastępuje mi zaprawę wieczorną.
Dystans82.80 km Czas04:49 Vśrednia17.19 km/h VMAX58.29 km/h Podjazdy1125 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 1: Ucieczka w Bieszczady
Wspomnienia z tej wyprawy będą mi już towarzyszyć (na) zawsze. Cytując Winstona, ta historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać. Przepadły zdjęcia z pierwszych 9 dni (niezabranie dwóch kart pamięci było straszliwym błędem). Będę więc musiał malować słowem.
Oldskulowy pociąg (czechosłowacki?) relacji Kraków-Zagórz, naprawdę szybki, przynajmniej do zaplątania się w Pogórze Ciężkowickie. Naprzeciwko mnie ładna licealistka, za szybą zieloność i sielskość, z boku zaś grupka trzech rowerzystów. Okazali się być pracownikami naukowymi krakowskich uczelni (m.in. politechnika). Długo by wspominać te soczyste opowieści o wałkach, absurdalnych przetargach i wszelkich osobliwościach polskiej nauki. Radosny nastrój mąci mi ból brzucha i biegunka, odkrywam zresztą wtedy, że pomyliłem spodenki rowerowe i rękawiczki (wziąłem te zbyt upięte).
Gdy wysiadam w dobrze mi znanym Zagórzu czuję się dość dziwnie. Mam stąd wiele dobrych wspomnień, ale jeszcze więcej mam ich z pobliskiego Poraża. Odwiedzam dawny dom wujostwa, obraz jaki zastaję jest przygnębiający. Rozpoznaję tylko jeden fragment pięknego niegdyś ogrodu. Zaglądam do okien. Ledwo poznaję zagracony ganek. Dalej jadę nieco oszołomiony tym co widziałem w Porażu. Zauważam jednak spore połacie barszczu Sosnowskiego i sporą reprezentacje rowerów elektrycznych na drogach. Podjeżdżam do klasztoru w Komańczy, dostaję pochwałę od przeoryszy za dobrą formę...
Za Maniowem zaczynam rozglądać się za noclegiem, znajduję sporo kurek (zawsze tylko wtedy, gdy ich nie szukam!), ale postanawiam jechać dalej. Tym sposobem zyskuję jedno z nielicznych zdjęć z tej części wyprawy, bo niemal wszystkie robiłem bezlusterkowcem. Z wieży widokowej Szczerbanówka daję jednak znać komu trzeba, że u mnie wszystko w porządku i przy okazji zasyłam tę właśnie poniższą fotkę. Na zjeździe robi się niepokojąco chłodno, ale ponad położoną w dolinie Roztoczki Liszną znajduję bardzo przyjemne, widokowe miejsce na biwak wśród bieszczadzkich łąk. Zasypiam więc z poczuciem spełnienia.
Wspomnienia z tej wyprawy będą mi już towarzyszyć (na) zawsze. Cytując Winstona, ta historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać. Przepadły zdjęcia z pierwszych 9 dni (niezabranie dwóch kart pamięci było straszliwym błędem). Będę więc musiał malować słowem.
Oldskulowy pociąg (czechosłowacki?) relacji Kraków-Zagórz, naprawdę szybki, przynajmniej do zaplątania się w Pogórze Ciężkowickie. Naprzeciwko mnie ładna licealistka, za szybą zieloność i sielskość, z boku zaś grupka trzech rowerzystów. Okazali się być pracownikami naukowymi krakowskich uczelni (m.in. politechnika). Długo by wspominać te soczyste opowieści o wałkach, absurdalnych przetargach i wszelkich osobliwościach polskiej nauki. Radosny nastrój mąci mi ból brzucha i biegunka, odkrywam zresztą wtedy, że pomyliłem spodenki rowerowe i rękawiczki (wziąłem te zbyt upięte).
Gdy wysiadam w dobrze mi znanym Zagórzu czuję się dość dziwnie. Mam stąd wiele dobrych wspomnień, ale jeszcze więcej mam ich z pobliskiego Poraża. Odwiedzam dawny dom wujostwa, obraz jaki zastaję jest przygnębiający. Rozpoznaję tylko jeden fragment pięknego niegdyś ogrodu. Zaglądam do okien. Ledwo poznaję zagracony ganek. Dalej jadę nieco oszołomiony tym co widziałem w Porażu. Zauważam jednak spore połacie barszczu Sosnowskiego i sporą reprezentacje rowerów elektrycznych na drogach. Podjeżdżam do klasztoru w Komańczy, dostaję pochwałę od przeoryszy za dobrą formę...
Za Maniowem zaczynam rozglądać się za noclegiem, znajduję sporo kurek (zawsze tylko wtedy, gdy ich nie szukam!), ale postanawiam jechać dalej. Tym sposobem zyskuję jedno z nielicznych zdjęć z tej części wyprawy, bo niemal wszystkie robiłem bezlusterkowcem. Z wieży widokowej Szczerbanówka daję jednak znać komu trzeba, że u mnie wszystko w porządku i przy okazji zasyłam tę właśnie poniższą fotkę. Na zjeździe robi się niepokojąco chłodno, ale ponad położoną w dolinie Roztoczki Liszną znajduję bardzo przyjemne, widokowe miejsce na biwak wśród bieszczadzkich łąk. Zasypiam więc z poczuciem spełnienia.

Dystans129.19 km Czas07:13 Vśrednia17.90 km/h Podjazdy782 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Środkowe Czechy, dzień 8: Z Jesioników do Opola
Po trzech dniach walki z wiatrem budzę się wreszcie w ciszy. Okazuje się że ciemnościach wybrałem całkiem niezłe miejsce na nocleg. Mijam po drodze ostatnich Czechów z plecaczkami na rowerach (raczej sakw już nie odkryją...) i zjeżdżam do doliny Branny. Przez niską przełęcz w Ramzowej przebijam się do miasta Jesionik i dalej do Polski. Po drodze, nad Białą Głuchołaską widzę bociana czarnego, z odległości 2-3 metrów - jak w Beskidzie Niskim. W Głuchołazach zastaję Armagedon samochodowy, niekończący się korek, remont mostu (za poł roku zmiecie go powódź) i ogólnie Circus Maximus.
Pierwotnie miałem zakończyć w Głuchołazach i wracać stąd pociągiem. Atmosfera chaosu skłania mnie jednak do dalszej jazdy, tym bardziej że jest znów ciepło i bezwietrznie. Tym sposobem - przez Białą i Prószków - docieram do historycznej stolicy Górnego Śląska, Opola. Klamra tym samym została zamknięta - od stolicy Czech do stolicy Górnego Śląska. W pociągu spotykam nawet programistę z Katowic i okazuje się że mamy wspólnego znajomego...
Razem 918,84 km (114,85 km dziennie), 10328 m przewyższenia, w tym aż 3 dni powyżej 1500 metrów różnicy wzniesień. To mnie najbardziej zaskoczyło, choć w sumie nie powinno, bo Czechy tylko na kiepskiej mapie przeglądowej wyglądają jak niewinny płaskowyż ;)

Ostatni nocleg. W Jesionikach na łące, bo nie było dla mnie miejsca w gospodzie. Znaczy, miejsce było, ale woli zabrakło.

Trudno tego nie docenić, nawet nie będąc czechofilem. Poziom czytelnictwa i liczne wiejskie wypożyczalnie książek na świeżym powietrzu - to wzór dla świata.

W drodze do Brannej

Głuchołazy rozkopane, zmasakrowane i zakorkowane (a będzie gorzej...)

To się nazywa "Sudety mieć za plecami"

Biała

Prószków

Kładka pieszo-rowerowa w Opolu. Mniej sławna od tej warszawskiej, ale za to przejezdna na rowerze...
Trasa: Pekarov (nocleg na łące, na 770,3 km) - Branna - Jesenik - Głuchołazy - Prudnik - Biała - Prószków - Opole
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Po trzech dniach walki z wiatrem budzę się wreszcie w ciszy. Okazuje się że ciemnościach wybrałem całkiem niezłe miejsce na nocleg. Mijam po drodze ostatnich Czechów z plecaczkami na rowerach (raczej sakw już nie odkryją...) i zjeżdżam do doliny Branny. Przez niską przełęcz w Ramzowej przebijam się do miasta Jesionik i dalej do Polski. Po drodze, nad Białą Głuchołaską widzę bociana czarnego, z odległości 2-3 metrów - jak w Beskidzie Niskim. W Głuchołazach zastaję Armagedon samochodowy, niekończący się korek, remont mostu (za poł roku zmiecie go powódź) i ogólnie Circus Maximus.
Pierwotnie miałem zakończyć w Głuchołazach i wracać stąd pociągiem. Atmosfera chaosu skłania mnie jednak do dalszej jazdy, tym bardziej że jest znów ciepło i bezwietrznie. Tym sposobem - przez Białą i Prószków - docieram do historycznej stolicy Górnego Śląska, Opola. Klamra tym samym została zamknięta - od stolicy Czech do stolicy Górnego Śląska. W pociągu spotykam nawet programistę z Katowic i okazuje się że mamy wspólnego znajomego...
Razem 918,84 km (114,85 km dziennie), 10328 m przewyższenia, w tym aż 3 dni powyżej 1500 metrów różnicy wzniesień. To mnie najbardziej zaskoczyło, choć w sumie nie powinno, bo Czechy tylko na kiepskiej mapie przeglądowej wyglądają jak niewinny płaskowyż ;)

Ostatni nocleg. W Jesionikach na łące, bo nie było dla mnie miejsca w gospodzie. Znaczy, miejsce było, ale woli zabrakło.

Trudno tego nie docenić, nawet nie będąc czechofilem. Poziom czytelnictwa i liczne wiejskie wypożyczalnie książek na świeżym powietrzu - to wzór dla świata.

W drodze do Brannej

Głuchołazy rozkopane, zmasakrowane i zakorkowane (a będzie gorzej...)

To się nazywa "Sudety mieć za plecami"

Biała

Prószków

Kładka pieszo-rowerowa w Opolu. Mniej sławna od tej warszawskiej, ale za to przejezdna na rowerze...
Trasa: Pekarov (nocleg na łące, na 770,3 km) - Branna - Jesenik - Głuchołazy - Prudnik - Biała - Prószków - Opole
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Dystans144.87 km Czas09:00 Vśrednia16.10 km/h Podjazdy1442 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Środkowe Czechy, dzień 7: Na Morawach
Nad ranem dość ciepło, bo 9 stopni i całkiem przemoczony tropik namiotu. W ciągu dnia trzykrotnie złapie mnie deszcz (i tyle samo razy biegunka). Wypadało przemęczyć się przez trzeci z rzędu dzień przeciwności. Tym bardziej że długo towarzyszyły mi jeszcze "wysoczyńskie" przełomy na drogach. Są jednak zmiany, wjechałem bezsprzecznie na Morawy - biją dzwony!
Dzieci idą do szkoły, mijam ich sporo. Podobnie jak i mnie mijają na drodze różne wehikuły, najczęściej mikro-dostawczaki lub mikro-ciężaróweczki marki Robur, no i nieśmiertelne faworitki. Ich widok poprawia mi humor. Bo lepiej jak mijają cię małe auta niż monstrualne, napompowane powietrzem SUV-y. Zaskakująco często widzę też drewniane płoty i... kubki na tych płotach. Rozpogadza się z czasem i pod koniec dnia robi się ładnie. Nie dostaję jednak noclegu w Wielkich Łosinach. Kamping nieczynny, a w pensjonacie odmawiają mi wprost tej przyjemności. Kończy się szukaniem noclegu w ciemności, gdzieś na grzbiecie Jesioników.

Rzepak morawski. W drodze do Trebovy.

Moravska Trebova

Ładny dziedziniec tutejszego zamku. Były też ławeczki w mini-parku.

Ładne pejzaże w dolinie Trebuvki

Bouzov
Trasa: Bohunov (nocleg na łące, na 626,5 km) - Moravska Trebova - Miasteczko Trnawka - Bouzov - Nowe Zamki - Mohelnice - Szumperk - Wielkie Łosiny - Pekarov (nocleg na łące, na 770,3 km)
Trasa na mapie:
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Nad ranem dość ciepło, bo 9 stopni i całkiem przemoczony tropik namiotu. W ciągu dnia trzykrotnie złapie mnie deszcz (i tyle samo razy biegunka). Wypadało przemęczyć się przez trzeci z rzędu dzień przeciwności. Tym bardziej że długo towarzyszyły mi jeszcze "wysoczyńskie" przełomy na drogach. Są jednak zmiany, wjechałem bezsprzecznie na Morawy - biją dzwony!
Dzieci idą do szkoły, mijam ich sporo. Podobnie jak i mnie mijają na drodze różne wehikuły, najczęściej mikro-dostawczaki lub mikro-ciężaróweczki marki Robur, no i nieśmiertelne faworitki. Ich widok poprawia mi humor. Bo lepiej jak mijają cię małe auta niż monstrualne, napompowane powietrzem SUV-y. Zaskakująco często widzę też drewniane płoty i... kubki na tych płotach. Rozpogadza się z czasem i pod koniec dnia robi się ładnie. Nie dostaję jednak noclegu w Wielkich Łosinach. Kamping nieczynny, a w pensjonacie odmawiają mi wprost tej przyjemności. Kończy się szukaniem noclegu w ciemności, gdzieś na grzbiecie Jesioników.

Rzepak morawski. W drodze do Trebovy.

Moravska Trebova

Ładny dziedziniec tutejszego zamku. Były też ławeczki w mini-parku.

Ładne pejzaże w dolinie Trebuvki

Bouzov
Trasa: Bohunov (nocleg na łące, na 626,5 km) - Moravska Trebova - Miasteczko Trnawka - Bouzov - Nowe Zamki - Mohelnice - Szumperk - Wielkie Łosiny - Pekarov (nocleg na łące, na 770,3 km)
Trasa na mapie:
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Dystans112.66 km Czas07:23 Vśrednia15.26 km/h Podjazdy1521 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Środkowe Czechy, dzień 6: Wysoczyna, beznadziei kraina
Było zimno, chmurno i wietrznie. W dodatku jechałem cały czas pod silny wiatr. W dodatku nawierzchnie szybko zrobiły się koszmarne a przełomy na asfaltach były momentami szokujące. Padł mi nawet na chwilę licznik, chyba nie dzierżył też kumulacji. Ta nastąpiła w mieście Zdziar nad Sazawą, to była bolesna puenta miłych dotąd nadsazawskich wspomnień. Kolejne czeskie miasto - czarna dziura. Wszędzie brzydkie bloczki, na rynku też... Cała okolica brzydka. W dodatku dalej wiało, chmurzyło i ziębiło.
Pomyśleć, że postanowiłem jechać w tym kierunku skuszony świetną droga rowerową poprowadzoną po linii zlikwidowanej wąskotorówki. Miłe były też złego początki, bo miasto Hawliczków Bród dysponowało całkiem ładnym rynkiem. Oczywiście po jakimś czasie ddr zanikła, ale ja pozostałem w Wysoczynie, w samym centrum beznadziei. Ładniej zrobiło się dopiero za miasteczkiem Jimramov, po 50 km na wietrznym pustkowiu pełnym fatalnych dróg (zastanawiałem się czy to była jakaś bardziej wzgórzysta Łotwa?). Naprawdę ładnie było dopiero - nomen omen - w dolinie Kretynki. Chmury jednak nie odpuściły aż do wieczora. Ten ciężki dzień zwieńczył piękny nocleg na magicznej łące obok rozszabrowanego domku letniskowego. Szabrownicy są wszędzie... :(

Do Hawliczków Brodu jechało się całkiem przyjemnie

W mieście był spodziewany ładny rynek, ale chmury gdy z niego wyjeżdżałem zrobiły się gradowe i zaczęło mocno wiać

W nagrodę miałem wspaniały ddr po dawnej wąskotorówce w kierunku miasteczka Przybysław

Krajobraz Wysoczyny rzadko przyciągał uwagę. Było chmurno, wietrznie i zimno. Tak dobre asfalty były niezwykłą rzadkością

Jimramov - austriacko

Ładna dolina Kretynki
Trasa:
Start na 515,7 km - Hawliczków Bród - Przybysław - Sazawa - Żdar nad Sazawą - Nowe Miasto na Morawach - Jimramov - Bystre - Svojanov - Bohunov (nocleg na łące, przy starym domku letniskowym na 626,5 km)
Na mapie:
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Było zimno, chmurno i wietrznie. W dodatku jechałem cały czas pod silny wiatr. W dodatku nawierzchnie szybko zrobiły się koszmarne a przełomy na asfaltach były momentami szokujące. Padł mi nawet na chwilę licznik, chyba nie dzierżył też kumulacji. Ta nastąpiła w mieście Zdziar nad Sazawą, to była bolesna puenta miłych dotąd nadsazawskich wspomnień. Kolejne czeskie miasto - czarna dziura. Wszędzie brzydkie bloczki, na rynku też... Cała okolica brzydka. W dodatku dalej wiało, chmurzyło i ziębiło.
Pomyśleć, że postanowiłem jechać w tym kierunku skuszony świetną droga rowerową poprowadzoną po linii zlikwidowanej wąskotorówki. Miłe były też złego początki, bo miasto Hawliczków Bród dysponowało całkiem ładnym rynkiem. Oczywiście po jakimś czasie ddr zanikła, ale ja pozostałem w Wysoczynie, w samym centrum beznadziei. Ładniej zrobiło się dopiero za miasteczkiem Jimramov, po 50 km na wietrznym pustkowiu pełnym fatalnych dróg (zastanawiałem się czy to była jakaś bardziej wzgórzysta Łotwa?). Naprawdę ładnie było dopiero - nomen omen - w dolinie Kretynki. Chmury jednak nie odpuściły aż do wieczora. Ten ciężki dzień zwieńczył piękny nocleg na magicznej łące obok rozszabrowanego domku letniskowego. Szabrownicy są wszędzie... :(

Do Hawliczków Brodu jechało się całkiem przyjemnie

W mieście był spodziewany ładny rynek, ale chmury gdy z niego wyjeżdżałem zrobiły się gradowe i zaczęło mocno wiać

W nagrodę miałem wspaniały ddr po dawnej wąskotorówce w kierunku miasteczka Przybysław

Krajobraz Wysoczyny rzadko przyciągał uwagę. Było chmurno, wietrznie i zimno. Tak dobre asfalty były niezwykłą rzadkością

Jimramov - austriacko

Ładna dolina Kretynki
Trasa:
Start na 515,7 km - Hawliczków Bród - Przybysław - Sazawa - Żdar nad Sazawą - Nowe Miasto na Morawach - Jimramov - Bystre - Svojanov - Bohunov (nocleg na łące, przy starym domku letniskowym na 626,5 km)
Na mapie:
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Dystans96.25 km Czas07:52 Vśrednia12.24 km/h Podjazdy1660 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Środkowe Czechy, dzień 5: Ekscytująca dolina Sazawy
Do zeszłej nocy jakoś nie niepokoiły mnie te zamknięte kampy. Naiwnie uznałem, że na Święto Pracy otworzą, miało być ładnie, no i majówka. Ta naiwność skończyła się zalegalizowanym pobytem na nieczynnym kampie przy nieczynnym hotelu i nieczynnej restauracji Ostende... Czynna była tylko budka z... piwem rzecz jasna. Nad ranem zebrałem się więc dość szybko i ruszyłem dalej wzdłuż Sazawy. Nie napiszę, że doliną, bo trasa była iście interwałowa i przeskakiwała boleśnie raz po raz na drugą stronę rzeki.
Generalnie jednak jazda wzdłuż Sazawy - choć wymagająca interwałowo - była tego warta. Ciekawe widoki, liczne pokaźne zamki i malutkie, ale pełne wdzięku osady domków letniskowych.. Towarzyszyła mi cisza, wędkarze i przemykające koty. Doskwierały jednak słabe asfalty i ciągła jazda pod porywisty, coraz bardziej huraganowy wiatr. Po raz pierwszy zobaczyłem też Czechów z sakwami, na gravelach rzecz jasna. Czecha na trekkingu z sakwami jeszcze w życiu nie widziałem...
Na koniec tego bardzo wymagającego etapu czekało mnie zetknięcie z Jarosławem Haszkiem. Wisienką na torcie był potężny zamek w Lipnicach nad Sazawą oraz domek gdzie zapił się na śmierć Jarosław Haszek. Znany awanturnik i bolszewik, uwielbiany w Polsce, jak wszystko co czeskie.

Chocerady w dolinie Sazawy. W tle zamek.

Czeskie osadki letniskowe są cudowne - bo są niewielkie i ulokowane zawsze na wschodnich stokach (szacun).

Sazava - klasztor w remoncie

Nad rzeką Sazawą miejscami było jak nad Berounką

Czeski Szternberk - imponujący zamek

Kacov - zamek

Zrucz nad Sazawą - zamek

Lipnice nad Sazawą - cel godny trudnego, ale bardzo ciekawego etapu podróży po czeskim śródziemiu

Najpiękniejszy, bo najbardziej autentyczny zamek dnia.
Trasa: Chocerady - Sazava - Czeski Szternberk - Zrucz nad Sazawą - Vlastejovice - Ledecz nad Sazawą - Lipnice nad Sazawą - nocleg na 515,7 km
Trasa na mapie:
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Do zeszłej nocy jakoś nie niepokoiły mnie te zamknięte kampy. Naiwnie uznałem, że na Święto Pracy otworzą, miało być ładnie, no i majówka. Ta naiwność skończyła się zalegalizowanym pobytem na nieczynnym kampie przy nieczynnym hotelu i nieczynnej restauracji Ostende... Czynna była tylko budka z... piwem rzecz jasna. Nad ranem zebrałem się więc dość szybko i ruszyłem dalej wzdłuż Sazawy. Nie napiszę, że doliną, bo trasa była iście interwałowa i przeskakiwała boleśnie raz po raz na drugą stronę rzeki.
Generalnie jednak jazda wzdłuż Sazawy - choć wymagająca interwałowo - była tego warta. Ciekawe widoki, liczne pokaźne zamki i malutkie, ale pełne wdzięku osady domków letniskowych.. Towarzyszyła mi cisza, wędkarze i przemykające koty. Doskwierały jednak słabe asfalty i ciągła jazda pod porywisty, coraz bardziej huraganowy wiatr. Po raz pierwszy zobaczyłem też Czechów z sakwami, na gravelach rzecz jasna. Czecha na trekkingu z sakwami jeszcze w życiu nie widziałem...
Na koniec tego bardzo wymagającego etapu czekało mnie zetknięcie z Jarosławem Haszkiem. Wisienką na torcie był potężny zamek w Lipnicach nad Sazawą oraz domek gdzie zapił się na śmierć Jarosław Haszek. Znany awanturnik i bolszewik, uwielbiany w Polsce, jak wszystko co czeskie.

Chocerady w dolinie Sazawy. W tle zamek.

Czeskie osadki letniskowe są cudowne - bo są niewielkie i ulokowane zawsze na wschodnich stokach (szacun).

Sazava - klasztor w remoncie

Nad rzeką Sazawą miejscami było jak nad Berounką

Czeski Szternberk - imponujący zamek

Kacov - zamek

Zrucz nad Sazawą - zamek

Lipnice nad Sazawą - cel godny trudnego, ale bardzo ciekawego etapu podróży po czeskim śródziemiu

Najpiękniejszy, bo najbardziej autentyczny zamek dnia.
Trasa: Chocerady - Sazava - Czeski Szternberk - Zrucz nad Sazawą - Vlastejovice - Ledecz nad Sazawą - Lipnice nad Sazawą - nocleg na 515,7 km
Trasa na mapie:
https://ridewithgps.com/routes/49145075
Dystans118.61 km Czas07:31 Vśrednia15.78 km/h Podjazdy1331 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Środkowe Czechy, dzień 4: Pejzaże husycko-niemieckie
W nocy mocno wiało, ale miejsce biwakowe wybrałem komfortowe więc poza odgłosem wiatru nic mi nie dolegało. Od rana widziałem wszędzie pełno drozdów, wróbli i jaskółek. Zewsząd dobiegał śpiew pierwiosnków. Po wsiach można było natknąć się na watry, grille wszelakie i gaiki. Nie zabrakło też dziwnych wehikułów oraz przyczepek. Tabor zrobił na mniejsze wrażenie niż liczyłem, daleko mu do Krumlowa, ale ogólnie jechało się dość przyjemnie, nie licząc silnego przeciwnego wiatru... Celem była siedziba sławnego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, tego, którego widowiskowa śmierć stała się przyczyną Wielkiej Wojny.
Była to więc wycieczka od husytów do Habsburgów, kawał dziejów Czech! Zakończyła się jednak fiaskiem poszukiwań porządnego noclegu i wylądowałem na zamkniętym kempingu nad Sazawą. Zemścił się brak doświadczenia w wyjazdach wielodniowych/majówkowych...

W drodze na Tabor

Tabor zza rzeki

Starówka

W husyckim Taborze

Borotin - zamek husycki

Między Taborem a Voticami

Zabudowa wiosek w okolicach Bistric

Typowe dla Czech piękne aleje drzew owocowych

Zamek Konopiszte - siedziba arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga
Trasa:
Czernyszowice (306,1 km) - Tabor - Borotin - Votice - Bystrice - Konopiszte - Beneszów - Chocerady (nieczynny kemping/hotel Ostende) na 424,2 km
Trasa:
W nocy mocno wiało, ale miejsce biwakowe wybrałem komfortowe więc poza odgłosem wiatru nic mi nie dolegało. Od rana widziałem wszędzie pełno drozdów, wróbli i jaskółek. Zewsząd dobiegał śpiew pierwiosnków. Po wsiach można było natknąć się na watry, grille wszelakie i gaiki. Nie zabrakło też dziwnych wehikułów oraz przyczepek. Tabor zrobił na mniejsze wrażenie niż liczyłem, daleko mu do Krumlowa, ale ogólnie jechało się dość przyjemnie, nie licząc silnego przeciwnego wiatru... Celem była siedziba sławnego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, tego, którego widowiskowa śmierć stała się przyczyną Wielkiej Wojny.
Była to więc wycieczka od husytów do Habsburgów, kawał dziejów Czech! Zakończyła się jednak fiaskiem poszukiwań porządnego noclegu i wylądowałem na zamkniętym kempingu nad Sazawą. Zemścił się brak doświadczenia w wyjazdach wielodniowych/majówkowych...

W drodze na Tabor

Tabor zza rzeki

Starówka

W husyckim Taborze

Borotin - zamek husycki

Między Taborem a Voticami

Zabudowa wiosek w okolicach Bistric

Typowe dla Czech piękne aleje drzew owocowych

Zamek Konopiszte - siedziba arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga
Trasa:
Czernyszowice (306,1 km) - Tabor - Borotin - Votice - Bystrice - Konopiszte - Beneszów - Chocerady (nieczynny kemping/hotel Ostende) na 424,2 km
Trasa: