Wpisy archiwalne w kategorii
wielodniowe
Dystans całkowity: | 47411.11 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
Czas w ruchu: | 2265:08 |
Średnia prędkość: | 17.52 km/h |
Maksymalna prędkość: | 78.22 km/h |
Suma podjazdów: | 316336 m |
Liczba aktywności: | 359 |
Średnio na aktywność: | 132.06 km i 7h 53m |
Więcej statystyk |
Dystans125.94 km Czas08:05 Vśrednia15.58 km/h VMAX59.29 km/h Podjazdy1993 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 15: Wzdłuż Karpat Południowych
Nie wszystek umrę, najpierw muszę wszystko defekować. Tak myślą ludzie z nadwrażliwością jelit, gdy zjedzą coś czego nie powinni. Znowu zjadłem coś, czego nie powinienem. Droga 7A którą jadę jest typowa rumuńską drogą pokazową. Ma nienaganną nawierzchnię. Widoki są właściwie wzorcowo subalpejskie. Ruch samochodowy incydentalny. Większość samochodów jakie spotykam stoi na poboczu, na łąkach. To mobilne ciężarówki-ule, są nawet tiry z ulami. W pobliżu zazwyczaj zatoczka i jakaś buda z miodami. Dookoła kwitnące polany i górskie łąki. Jest przepięknie.
Niestety proza dnia niszczy mi radość z okoliczności przyrody. Cztery razy zaliczam dłuższe postoje, ból brzucha odbiera mi przez większość dnia radość z życia. No i rzecz jasna wtedy spotykam niemiecką rowerzystkę. Pobiegła za mną radośnie nad brzeg zalewu Lacul Vidra. Dopiero tam się zorientowała w jakim celu się udałem... Ja naprawdę z chęcią bym się dowiedział z jakiego była landu, trzy lata jeździłem przez Niemcy na rowerze, ale akurat w tej chwili miałem inne priorytety... Wyglądała jakby startowałą na przejażdżki z kamperu, nie miała bardzo dużo bagażu, a skądinąd wiem, że Niemcy mają zwyczaj objuczać się bagażem nawet na krótkie przejażdżki. Nie zamierzam ich zresztą wyśmiewać, sam tak nieraz robię. Mentalność użytkownika roweru trekkingowego. Jest bagażnik, to dlaczego by z niego nie korzystać?
Na ironię zakrawa fakt, że gdy odpuszcza mi złe samopoczucie, znika inspirujący krajobraz. Robi się straszno, blokowo i ponuro. Przez miasta Vulcan i Lupeni jadę jak przez jakieś poradzieckie dekoracje. Klimat jak na zdjęciach ze środkowej Azji. Typowa Rumunia: jednego dnia z europejskiej idylli zajechałem w ponurą krainę odrapanych, ciągnących się w nieskończoność blokowisk. Cudem znajduję nocleg - na bezczela, niemal w środku wsi. Jest mi już wszystko jedno, a zabudowa nie chce się skończyć...
Kluczowe jest to, że mimo wielkiej pokusy i fatalnego samopoczucia nie odbiłem na północ. Zrealizuję więc plan maksimum, bo zmierzam nad Dunaj!

Nad Lacul Vidra

Empocjonujący zjazd kanionem rzeczki Raul Jiet do Petrosani

Środkowa Azja, czyli okolice miast Vulcan i Lupeni...
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49314178
Nie wszystek umrę, najpierw muszę wszystko defekować. Tak myślą ludzie z nadwrażliwością jelit, gdy zjedzą coś czego nie powinni. Znowu zjadłem coś, czego nie powinienem. Droga 7A którą jadę jest typowa rumuńską drogą pokazową. Ma nienaganną nawierzchnię. Widoki są właściwie wzorcowo subalpejskie. Ruch samochodowy incydentalny. Większość samochodów jakie spotykam stoi na poboczu, na łąkach. To mobilne ciężarówki-ule, są nawet tiry z ulami. W pobliżu zazwyczaj zatoczka i jakaś buda z miodami. Dookoła kwitnące polany i górskie łąki. Jest przepięknie.
Niestety proza dnia niszczy mi radość z okoliczności przyrody. Cztery razy zaliczam dłuższe postoje, ból brzucha odbiera mi przez większość dnia radość z życia. No i rzecz jasna wtedy spotykam niemiecką rowerzystkę. Pobiegła za mną radośnie nad brzeg zalewu Lacul Vidra. Dopiero tam się zorientowała w jakim celu się udałem... Ja naprawdę z chęcią bym się dowiedział z jakiego była landu, trzy lata jeździłem przez Niemcy na rowerze, ale akurat w tej chwili miałem inne priorytety... Wyglądała jakby startowałą na przejażdżki z kamperu, nie miała bardzo dużo bagażu, a skądinąd wiem, że Niemcy mają zwyczaj objuczać się bagażem nawet na krótkie przejażdżki. Nie zamierzam ich zresztą wyśmiewać, sam tak nieraz robię. Mentalność użytkownika roweru trekkingowego. Jest bagażnik, to dlaczego by z niego nie korzystać?
Na ironię zakrawa fakt, że gdy odpuszcza mi złe samopoczucie, znika inspirujący krajobraz. Robi się straszno, blokowo i ponuro. Przez miasta Vulcan i Lupeni jadę jak przez jakieś poradzieckie dekoracje. Klimat jak na zdjęciach ze środkowej Azji. Typowa Rumunia: jednego dnia z europejskiej idylli zajechałem w ponurą krainę odrapanych, ciągnących się w nieskończoność blokowisk. Cudem znajduję nocleg - na bezczela, niemal w środku wsi. Jest mi już wszystko jedno, a zabudowa nie chce się skończyć...
Kluczowe jest to, że mimo wielkiej pokusy i fatalnego samopoczucia nie odbiłem na północ. Zrealizuję więc plan maksimum, bo zmierzam nad Dunaj!

Nad Lacul Vidra

Empocjonujący zjazd kanionem rzeczki Raul Jiet do Petrosani

Środkowa Azja, czyli okolice miast Vulcan i Lupeni...
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49314178
Dystans86.10 km Czas05:50 Vśrednia14.76 km/h Podjazdy1187 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 14: Apogeum upału w przełomie Czerwonej Wieży
Dotarło do mnie, że dotarłem na Wołoszczyznę. Temperatura osiąga w cieniu 37,8 - jestem po południowej stronie gór, to piekarnik rozgrzany do czerwoności. Nie chce mi się nawet leżeć w cieniu, jest zbyt gorąco. Towarzyszy mi rzecz jasna trąbienie i ujadanie. Ataki sfrustrowanych upałem os to tylko przygrywka do ataków watah psów. Co chwilę widzę zapchlone, kulawe i zabiedzone bezpańskie psy. Dwa najpoważniejsze ataki przypuszczają na mnie odpowiednio grupy 7 (siedmiu!) i 3. psów. Nie ma nawet gdzie uciekać, krawędzie jezdni to zarazem rowy przeciwczołgowe - potężne systemy kanalizacji opadowej. Zdecydowanie zalecam posiadanie broni palnej. Tylko ona może tu skutecznie uratować życie. Bez niej to tylko koncert życzeń i kontrolowanie się by nie patrzeć prześladowcom w oczy...
Przed Calimanesti pojawia się pseudościeżka rowerowa, oczywiście tylko po to by oczyścić tor wyścigowy (tzw. drogę publiczną) z wkładki mięsnej w postaci rowerzystów. Temperatura w słońcu osiąga rekordowe 47,1 stopnia. Ledwo jestem w stanie dostrzec piękno krajobrazu. To Przełom Czerwonej Wieży. Gdy o 14 docieram do marketu Penny w Brezoi, cieszę się na myśl o klimatyzacji. Gdy wychodzę, trwa w najlepsze potop i wichura jednocześnie. Przesilenie upału wywołało nieprawdopodobną siłę burzy. Nawet rumuńscy kierowcy boją się wsiąść do samochodów. Jestem uwięziony pod dachem marketu aż do 16. Utknąłem na 51 kilometrze trasy! Gdy żywioł odpuści, ruszę dalej w malowniczą bądź co bądź dolinę, zakończę dzień sporo przed zmierzchem, na leśnej polanie przed wsią Voinesita. Mam serdecznie dość Rumunii, myślę intensywnie nad skróceniem trasy i odbiciem wprost do Hunedoary, zamiast planowanej trasy w kierunku przełomu Żelaznej Bramy.

Okolice wsi Cicanesti. Karpaty Południowe.

Calimanesti w dolinie rzeki Aluty/Olt. Przełom Czerwonej Wieży. Pejzaż żywcem prowansalski, tylko te monastyry (i budy, kierowcy, hordy psów) tu nie pasują.

Malownicza dolina rzeki Lotru. Góry tu strome i dobrze urzeźbione.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49314124
Dotarło do mnie, że dotarłem na Wołoszczyznę. Temperatura osiąga w cieniu 37,8 - jestem po południowej stronie gór, to piekarnik rozgrzany do czerwoności. Nie chce mi się nawet leżeć w cieniu, jest zbyt gorąco. Towarzyszy mi rzecz jasna trąbienie i ujadanie. Ataki sfrustrowanych upałem os to tylko przygrywka do ataków watah psów. Co chwilę widzę zapchlone, kulawe i zabiedzone bezpańskie psy. Dwa najpoważniejsze ataki przypuszczają na mnie odpowiednio grupy 7 (siedmiu!) i 3. psów. Nie ma nawet gdzie uciekać, krawędzie jezdni to zarazem rowy przeciwczołgowe - potężne systemy kanalizacji opadowej. Zdecydowanie zalecam posiadanie broni palnej. Tylko ona może tu skutecznie uratować życie. Bez niej to tylko koncert życzeń i kontrolowanie się by nie patrzeć prześladowcom w oczy...
Przed Calimanesti pojawia się pseudościeżka rowerowa, oczywiście tylko po to by oczyścić tor wyścigowy (tzw. drogę publiczną) z wkładki mięsnej w postaci rowerzystów. Temperatura w słońcu osiąga rekordowe 47,1 stopnia. Ledwo jestem w stanie dostrzec piękno krajobrazu. To Przełom Czerwonej Wieży. Gdy o 14 docieram do marketu Penny w Brezoi, cieszę się na myśl o klimatyzacji. Gdy wychodzę, trwa w najlepsze potop i wichura jednocześnie. Przesilenie upału wywołało nieprawdopodobną siłę burzy. Nawet rumuńscy kierowcy boją się wsiąść do samochodów. Jestem uwięziony pod dachem marketu aż do 16. Utknąłem na 51 kilometrze trasy! Gdy żywioł odpuści, ruszę dalej w malowniczą bądź co bądź dolinę, zakończę dzień sporo przed zmierzchem, na leśnej polanie przed wsią Voinesita. Mam serdecznie dość Rumunii, myślę intensywnie nad skróceniem trasy i odbiciem wprost do Hunedoary, zamiast planowanej trasy w kierunku przełomu Żelaznej Bramy.

Okolice wsi Cicanesti. Karpaty Południowe.

Calimanesti w dolinie rzeki Aluty/Olt. Przełom Czerwonej Wieży. Pejzaż żywcem prowansalski, tylko te monastyry (i budy, kierowcy, hordy psów) tu nie pasują.

Malownicza dolina rzeki Lotru. Góry tu strome i dobrze urzeźbione.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49314124
Dystans113.76 km Czas06:49 Vśrednia16.69 km/h Podjazdy2610 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 13: Droga transfogaraska
Natężenie emocji (czytaj: patologii) sięgnęło tego dnia zenitu. Dość napisać, że ułożyłem nawet dowcip o Rumunie:
Co robi Rumun gdy spada w przepaść?
Otwiera okno w autku, by zdążyć jeszcze wyrzucić butelkę (to ostatnia w życiu szansa na zaśmiecenie lasu)
Wyruszyłem wcześnie rano (5:08!) z jakimś głupim alpejskim przeświadczeniem, że zyskam dzięki temu pustą drogę. Nic z tych rzeczy, ciszą i samotnością na drodze nacieszyłem się jakieś niecałe... 10 minut. Co chwilę przy drodze widzę śmietniki, zazwyczaj stoją 20 metrów od drogi, są puste. Wszystkie śmieci, wraz z tonami ekskrementów, zalegają w lesie otaczającym drogę. Gdziekolwiek jest choćby mała zatoczka, tam las jest dosłownie zasrany a głównym składnikiem runa jest papier toaletowy. Tyle razy jechałem przez Alpy i nigdy nie wiedziałem czegoś takiego...
Po drodze od rana suną miejscowi (w sensie Rumuni) i obcokrajowcy. Styl jazdy miejscowych jest wiadomy, natomiast "obieżyświaty" obowiązkowo wiozą na dachach kufry, opony i różne obciachowe napisy o "expedition". Są tacy ekstremalni, żądni przygód, och, chyba chcę nimi zostać jak dorosnę. Póki co, wszystkie potrzebne rzeczy wiozę o własnych siłach. Zaczynam zresztą wyróżniać wśród użytkowników drogi fogaraskiej poczciwych zjebiksów lokalnych i niezwykle liczną tu kategorię zjebów kuferkowych. Chyba tylko osy (przez ten upał) są bardziej rozdrażnione ode mnie.
Gdy docieram na wielkie parkingi przed tunelem jestem jedynym, który rusza dalej w górę. Rower zostawiam za wielką wantą. Widać, najmniej się zmęczyłem. Grań okazuje się bardzo wymagająca: jest sypko, krawędzie bardzo ostre, co chwilę góra-dół, no i palące słoneczko, choć na tej wysokości przynajmniej nie ma morderczego upału. Z grani dostrzegam zresztą groźne burzowe chmury i decyduje się na odwrót ze szczytu Laitel (2390). Decyzja jest słuszna, bo chwilę po tym jak dotarłem do roweru zacznie kropić, a na zjeździe spotka mnie prawdziwa wysokogórska ulewa. Na zjeździe poza tym że jest mokro, zaskakują fatalne, mocno erodowane nawierzchnie. Licznie występują dziury, szczeliny i buły. Generalnie przełęcz, gdyby była w Alpach, nie znalazłaby się nawet w pierwszej dziesiątce najatrakcyjniejszych krajobrazowo.
Zupełnie inaczej rzecz ma się z emocjami. Najpierw obserwowałem z bliska samochód który zakleszczył się w barierkach trasy transfogaraskiej. O włos i spadłby w przepaść. Chwilę wcześniej mijał mnie z piskiem opon. Okazało się, że ten zjeb drogowy był oczywiście rdzennym Rumunem. Nie wysiadł z autka, dzwonił po pomoc. Natomiast jego partnerka i dwójka dzieci (w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym!) siedziały smętnie na barierkach...
Generalnie moja obecność na drodze nikogo nie interesowała. Do czasu. Od pewnego momentu moja osoba zaczęła wzbudzać ekscytację wśród kierowców. Ci zaś rozbawili mnie dokarmianiem jakiś dużych, ciemnych psów pasterskich. Dopiero gdy kawałek dalej nieomal nie najechałem na niedźwiedzicę z dwoma młodymi, zrozumiałem że to nie były wcale duże psy... Generalnie spotkałem tego dnia 8 niedźwiedzi. Wszystkie musiałem ominąć na drodze, ryzykując życiem. Wszędzie na poboczu walało się jedzenie (chociaż tyle, że sporo jabłek). Dojdzie kiedyś na tym odcinku do wielkiej tragedii. Generalnie nie polecam jechać tej trasy od południa, bo wtedy wszystkie te niedźwiedzie mijamy jadąc pod górkę.
Gdy emocje opadły, pod koniec dnia, postanowiłem jednak rozbić się kolejny raz na dziko. Doszedłem do wniosku, że wszystkie niedźwiedzie z okolicy i tak już poznałem... :) Zresztą ani przez chwilę tak naprawdę nie bałem się o życie. Niedźwiedzie nie atakują stadami, a ja miałem rower, miałem czym się osłonić. Gorzej było gdy spotykałem agresywne grupy psisk pasterskich. Uważam je za dużo poważniejsze zagrożenie. One nie poturbują, tylko rozszarpią grupowo na strzępy. Mając tylko gaz pieprzowy byłem bezbronny wobec ataku całej sfory. Skąd te przemyślenia? Pod koniec dnia towarzyszyło mi znowu ujadanie psów. Rozbiłem się na pastwisku, ponad wsią Cicanesti. Niedźwiedzie i psy mi odpuściły. Zostały tylko wyjątkowo zajadłe komary...

Pozornie jest pusto. To tylko pozory, zakłócane co chwilę przez bandy kuferkowców lub innych zjebów drogowych

Na szczycie czeka wielki parking, jedyny fragment tutejszego pejzażu, który większość "zdobywców" dotknie własną, niezmęczoną stopą

Niby ruch nie jest duży, ale bardzo głośny i agresywny. Nihil novi.

Grań jest trudna, skały ostre, trasa długa i pełna interwałów

Lespezi (2522) i Negoiu (2535) - najpiękniejszy fragment Gór Fogaraskich. Czwarty i drugi co do wysokości spośród szczytów Rumunii.

Zbawienne chmury zaraz sprowadzą mi na głowę potężny prysznic

Ciąg dalszy patologii - bohaterscy kierowcy zza uchylonych szybek dokarmiają niedźwiedzie, które potem slalomem - bez żadnej osłony - mijać muszą rowerzyści.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308582
Natężenie emocji (czytaj: patologii) sięgnęło tego dnia zenitu. Dość napisać, że ułożyłem nawet dowcip o Rumunie:
Co robi Rumun gdy spada w przepaść?
Otwiera okno w autku, by zdążyć jeszcze wyrzucić butelkę (to ostatnia w życiu szansa na zaśmiecenie lasu)
Wyruszyłem wcześnie rano (5:08!) z jakimś głupim alpejskim przeświadczeniem, że zyskam dzięki temu pustą drogę. Nic z tych rzeczy, ciszą i samotnością na drodze nacieszyłem się jakieś niecałe... 10 minut. Co chwilę przy drodze widzę śmietniki, zazwyczaj stoją 20 metrów od drogi, są puste. Wszystkie śmieci, wraz z tonami ekskrementów, zalegają w lesie otaczającym drogę. Gdziekolwiek jest choćby mała zatoczka, tam las jest dosłownie zasrany a głównym składnikiem runa jest papier toaletowy. Tyle razy jechałem przez Alpy i nigdy nie wiedziałem czegoś takiego...
Po drodze od rana suną miejscowi (w sensie Rumuni) i obcokrajowcy. Styl jazdy miejscowych jest wiadomy, natomiast "obieżyświaty" obowiązkowo wiozą na dachach kufry, opony i różne obciachowe napisy o "expedition". Są tacy ekstremalni, żądni przygód, och, chyba chcę nimi zostać jak dorosnę. Póki co, wszystkie potrzebne rzeczy wiozę o własnych siłach. Zaczynam zresztą wyróżniać wśród użytkowników drogi fogaraskiej poczciwych zjebiksów lokalnych i niezwykle liczną tu kategorię zjebów kuferkowych. Chyba tylko osy (przez ten upał) są bardziej rozdrażnione ode mnie.
Gdy docieram na wielkie parkingi przed tunelem jestem jedynym, który rusza dalej w górę. Rower zostawiam za wielką wantą. Widać, najmniej się zmęczyłem. Grań okazuje się bardzo wymagająca: jest sypko, krawędzie bardzo ostre, co chwilę góra-dół, no i palące słoneczko, choć na tej wysokości przynajmniej nie ma morderczego upału. Z grani dostrzegam zresztą groźne burzowe chmury i decyduje się na odwrót ze szczytu Laitel (2390). Decyzja jest słuszna, bo chwilę po tym jak dotarłem do roweru zacznie kropić, a na zjeździe spotka mnie prawdziwa wysokogórska ulewa. Na zjeździe poza tym że jest mokro, zaskakują fatalne, mocno erodowane nawierzchnie. Licznie występują dziury, szczeliny i buły. Generalnie przełęcz, gdyby była w Alpach, nie znalazłaby się nawet w pierwszej dziesiątce najatrakcyjniejszych krajobrazowo.
Zupełnie inaczej rzecz ma się z emocjami. Najpierw obserwowałem z bliska samochód który zakleszczył się w barierkach trasy transfogaraskiej. O włos i spadłby w przepaść. Chwilę wcześniej mijał mnie z piskiem opon. Okazało się, że ten zjeb drogowy był oczywiście rdzennym Rumunem. Nie wysiadł z autka, dzwonił po pomoc. Natomiast jego partnerka i dwójka dzieci (w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym!) siedziały smętnie na barierkach...
Generalnie moja obecność na drodze nikogo nie interesowała. Do czasu. Od pewnego momentu moja osoba zaczęła wzbudzać ekscytację wśród kierowców. Ci zaś rozbawili mnie dokarmianiem jakiś dużych, ciemnych psów pasterskich. Dopiero gdy kawałek dalej nieomal nie najechałem na niedźwiedzicę z dwoma młodymi, zrozumiałem że to nie były wcale duże psy... Generalnie spotkałem tego dnia 8 niedźwiedzi. Wszystkie musiałem ominąć na drodze, ryzykując życiem. Wszędzie na poboczu walało się jedzenie (chociaż tyle, że sporo jabłek). Dojdzie kiedyś na tym odcinku do wielkiej tragedii. Generalnie nie polecam jechać tej trasy od południa, bo wtedy wszystkie te niedźwiedzie mijamy jadąc pod górkę.
Gdy emocje opadły, pod koniec dnia, postanowiłem jednak rozbić się kolejny raz na dziko. Doszedłem do wniosku, że wszystkie niedźwiedzie z okolicy i tak już poznałem... :) Zresztą ani przez chwilę tak naprawdę nie bałem się o życie. Niedźwiedzie nie atakują stadami, a ja miałem rower, miałem czym się osłonić. Gorzej było gdy spotykałem agresywne grupy psisk pasterskich. Uważam je za dużo poważniejsze zagrożenie. One nie poturbują, tylko rozszarpią grupowo na strzępy. Mając tylko gaz pieprzowy byłem bezbronny wobec ataku całej sfory. Skąd te przemyślenia? Pod koniec dnia towarzyszyło mi znowu ujadanie psów. Rozbiłem się na pastwisku, ponad wsią Cicanesti. Niedźwiedzie i psy mi odpuściły. Zostały tylko wyjątkowo zajadłe komary...

Pozornie jest pusto. To tylko pozory, zakłócane co chwilę przez bandy kuferkowców lub innych zjebów drogowych

Na szczycie czeka wielki parking, jedyny fragment tutejszego pejzażu, który większość "zdobywców" dotknie własną, niezmęczoną stopą

Niby ruch nie jest duży, ale bardzo głośny i agresywny. Nihil novi.

Grań jest trudna, skały ostre, trasa długa i pełna interwałów

Lespezi (2522) i Negoiu (2535) - najpiękniejszy fragment Gór Fogaraskich. Czwarty i drugi co do wysokości spośród szczytów Rumunii.

Zbawienne chmury zaraz sprowadzą mi na głowę potężny prysznic

Ciąg dalszy patologii - bohaterscy kierowcy zza uchylonych szybek dokarmiają niedźwiedzie, które potem slalomem - bez żadnej osłony - mijać muszą rowerzyści.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308582
Dystans104.31 km Czas06:33 Vśrednia15.93 km/h Podjazdy1016 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 12: Rozpalona transylwańska sawanna
W najchłodniejszym momencie dnia - o świcie - jest 21,6 stopnia. Wycofuję się na oboczną drogę, bo ta ponad którą się ulokowałem zamienia się w rumuńskie piekiełko drogowe. Rowerzysto, patrz w lusterka! Rumuńscy kierowcy są wszędzie. Nie wyobrażam sobie jazdy przez Rumunię bez lusterka.
Sybin - stare niemieckie miasto, kolejny ostaniec cywilizacji w morzu Wołochów. Są tu niemieckie kamienice, niemieckie rozplanowanie i niemiecka historia. Są nawet kraniki z wodą i fragment prawdziwie europejskiej drogi dla rowerów. Ten fragment urywa się jednak na środku nigdzie. Trochę tak jak starówka Sybina. Na skwerach Sybina starsi panowie grają w skrable, ale tuż za miastem rozpościera się wypalona upałem sawanna - moje przeznaczenie :(
Przejazd przez te odsłonięte, rozgrzane do absurdu płaskowyże będzie walką o każdy kawałek cienia. Gdy oddalę się na odległość prawie 20 km od centrum Sybina zjadę z ulgą na boczne drogi. Odpadnie jedna przeciwność losu - rumuńscy rajdowcy. W zamian zyskam innego przeciwnika - koszmarne boczne drogi. Drogi - wyrwikoła i łamignaty. To jest wręcz nieprawdopodobne jak fatalne są nawierzchnie rumuńskich dróg, tych biegnących z dala od miejsc turystycznych. Droga wlecze mi się w nieskończoność. Czasem pociesza mnie widok zębatego wału na horyzoncie, to Fogarasze. Po południu całkiem nikną w burzowych chmurach. Moje marzenia o drobnym oberwaniu chmury pozostają niespełnione, wszystkie chmury są nad głównym grzbietem Karpat. Dla mnie jest tylko mordercze transylwańskie słoneczko. No i temperatura - ani chwilę poniżej 37 stopni w cieniu.
Gdy w końcu, u schyłku dnia, dojeżdżam na przedpola Fogaraszy jestem szczęśliwy. Sięga tu cień poburzowych chmur, nareszcie nie pali mnie słońce. W dodatku na drodze transfogaraskiej dominują obcokrajowcy. Jeśli ktoś nie wyprzedza mnie na chama, na zapałkę, jest po prostu niemieckim turystą. I jeszcze jedno: po trzech dniach przerwy spotykam znów rowerowych turystów. Sakwiarzy! Pozdrawiają mnie donośnym ciao.
By nie zakończyć zbyt idyllicznie, wspomnę, że na początku podjazdu znajduję ładne miejsce na nocleg. Zostawiam rower przy barierce i idę eksplorować. Zadowolony wracam po rower i właśnie wtedy omija mnie szybkim krokiem jakiś grubasek, który przed chwilą udawał że znalazł się w lesie za potrzebą (czekał tylko kiedy zejdę do roweru). Rzuca się do wnętrza jakiegoś zaparkowanego tuż przy moim rowerze grata i brum-brum, wjeżdża w sam środek lasu, prosto na moją upatrzoną polankę. Ten "dżentelmen" ma mołdawskie blachy...
Ręce (i nie tylko one) opadają. Musze jechać dalej. Dopiero 3 kilometry dalej znajduję miejscówkę, jest gorsza, ale nikt nie wjechał tam autkiem... Wszędzie walają się śmieci i ekstrementy. Zdążyłem już jednak przywyknąć do tych leśnych uroków...

Poranek w okolicach Slimnic

Sybin - kolejny saski ostaniec

Fogarasze z Cartisoary
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308483
W najchłodniejszym momencie dnia - o świcie - jest 21,6 stopnia. Wycofuję się na oboczną drogę, bo ta ponad którą się ulokowałem zamienia się w rumuńskie piekiełko drogowe. Rowerzysto, patrz w lusterka! Rumuńscy kierowcy są wszędzie. Nie wyobrażam sobie jazdy przez Rumunię bez lusterka.
Sybin - stare niemieckie miasto, kolejny ostaniec cywilizacji w morzu Wołochów. Są tu niemieckie kamienice, niemieckie rozplanowanie i niemiecka historia. Są nawet kraniki z wodą i fragment prawdziwie europejskiej drogi dla rowerów. Ten fragment urywa się jednak na środku nigdzie. Trochę tak jak starówka Sybina. Na skwerach Sybina starsi panowie grają w skrable, ale tuż za miastem rozpościera się wypalona upałem sawanna - moje przeznaczenie :(
Przejazd przez te odsłonięte, rozgrzane do absurdu płaskowyże będzie walką o każdy kawałek cienia. Gdy oddalę się na odległość prawie 20 km od centrum Sybina zjadę z ulgą na boczne drogi. Odpadnie jedna przeciwność losu - rumuńscy rajdowcy. W zamian zyskam innego przeciwnika - koszmarne boczne drogi. Drogi - wyrwikoła i łamignaty. To jest wręcz nieprawdopodobne jak fatalne są nawierzchnie rumuńskich dróg, tych biegnących z dala od miejsc turystycznych. Droga wlecze mi się w nieskończoność. Czasem pociesza mnie widok zębatego wału na horyzoncie, to Fogarasze. Po południu całkiem nikną w burzowych chmurach. Moje marzenia o drobnym oberwaniu chmury pozostają niespełnione, wszystkie chmury są nad głównym grzbietem Karpat. Dla mnie jest tylko mordercze transylwańskie słoneczko. No i temperatura - ani chwilę poniżej 37 stopni w cieniu.
Gdy w końcu, u schyłku dnia, dojeżdżam na przedpola Fogaraszy jestem szczęśliwy. Sięga tu cień poburzowych chmur, nareszcie nie pali mnie słońce. W dodatku na drodze transfogaraskiej dominują obcokrajowcy. Jeśli ktoś nie wyprzedza mnie na chama, na zapałkę, jest po prostu niemieckim turystą. I jeszcze jedno: po trzech dniach przerwy spotykam znów rowerowych turystów. Sakwiarzy! Pozdrawiają mnie donośnym ciao.
By nie zakończyć zbyt idyllicznie, wspomnę, że na początku podjazdu znajduję ładne miejsce na nocleg. Zostawiam rower przy barierce i idę eksplorować. Zadowolony wracam po rower i właśnie wtedy omija mnie szybkim krokiem jakiś grubasek, który przed chwilą udawał że znalazł się w lesie za potrzebą (czekał tylko kiedy zejdę do roweru). Rzuca się do wnętrza jakiegoś zaparkowanego tuż przy moim rowerze grata i brum-brum, wjeżdża w sam środek lasu, prosto na moją upatrzoną polankę. Ten "dżentelmen" ma mołdawskie blachy...
Ręce (i nie tylko one) opadają. Musze jechać dalej. Dopiero 3 kilometry dalej znajduję miejscówkę, jest gorsza, ale nikt nie wjechał tam autkiem... Wszędzie walają się śmieci i ekstrementy. Zdążyłem już jednak przywyknąć do tych leśnych uroków...

Poranek w okolicach Slimnic

Sybin - kolejny saski ostaniec

Fogarasze z Cartisoary
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308483
Dystans121.78 km Czas07:14 Vśrednia16.84 km/h Podjazdy1092 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 11: Saskie ostańce Transylwanii
Poranek mam bardzo przyjemny. Czuje się wyspany pomimo faktu, że w nocy obok namiotu ganiały się dziki. Szalały rzecz jasna o 2. w nocy. Mogło być gorzej - mogły to być psiska pasterskie, wtedy tak łatwo nie dałyby mi spokoju... Budzę się oczywiście w miłych okolicach wsi Prod. Zbieram się szybko, nagli mnie upał. Wczoraj było znowu 35 stopni w cieniu, dzisiaj ma być jeszcze więcej. Mnie zaś czeka cały dzień w tzw. krajobrazie otwartym.
Dziwni tu mieszkają chrześcijanie - koszą trawę w niedzielę rano. Oczywiście w niedziele także uwielbiają wyprzedzać na podwójnej ciągłej i na zakrętach. Rumuński kod kulturowy zobowiązuje. Nad ranem jest jeszcze dość znośnie (jakieś 28 stopni w słońcu), nawet jednak o tej porze dnia nozdrza zatyka słodkawy zapach fermentujących śmieci. Fermentują też nieczystości w przydrożnych rowach i ten zapaszek jest naprawdę trudny do ignorowania... Rury bez krempacji sterczą wprost nad asfaltem i chlup, wprost do rowu zmierza kolejna kloaczna zawiesinka. Drażni też maniera stania na włączonych silnikach, zawsze i wszędzie. Tylko wróble nie w.urwiają mnie od rana. Są radośnie rozćwierkane, takie same wszędzie. Tak jak ja, nie są fanami motoryzacji.
Zwalisty monolit kościoło-twierdzy w Biertan wyłania się na horyzoncie na długo przed wsią. Robi na mnie olbrzymie wrażenie, niestety nie mam szans na zwiedzanie. Wpuszczają od 10, ja przybyłem o godz. 8:18. Koloniści przybywali tu głównie z zachodnich części Świętego Cesarstwa i w większości posługiwali się dialektami frankońskimi. Określanie ich Sasami, choć tradycyjnie, jest więc mylące. Te kościoły są ostańcami, które pozostały po europejskiej kolonizacji tej dzikiej krainy. Przybysze przywieźli ze sobą język i zachodnie wzorce kulturowe. Będę oglądał ich dzieła w Rochis, Mosnej, Valea Viilor, Medias i Sybinie.
W dalszej części trasy pozwolę sobie na dwugodzinne chłodzenie w cieniu, na rynku w Medias (saska robota). Na trasie zarośla amorfowe i robiniowe będą niestety w tej funkcji bezużyteczne. Zwrócę jednak uwagę na Rumunki chodzące dość często bez staników. Temperatura osiągnie 36,4 stopnie w cieniu (na długim cienistym postoju w Medias, tak niska temperatura była poza tym nieosiągalna). Pod koniec dnia uda mi się osiągnąć Slimnic z ruinami zamku. Spotkam tu gromadkę znów uroczych, przyjaznych, rumuńskich dzieci. Nic dziwnego że są urocze - nie jeżdżą jeszcze po drogach...
Na nocleg rozbijam się na miedzy, wysoko ponad droga nr 14. Pobliski las był tak zaśmiecony, że powstrzymując odruch wymiotny, wybrałem lokację na ubitej ziemi, osłonięty przez przyjazną kukurydzę. Do tej wyprawy uważałem Polaków za największych śmieciuchów w Europie... Tak, potrafię się domyślić, że na południe od Rumunii jest jeszcze gorzej. Nie zamierzam sobie jednak tego fundować i nie wybieram się tam. Kraje-wysypiska mnie nie pociągają.

Birthälm czy tam Biertan.

Kościół warowny w Wurmloch, znany też jako Valea Viilor

Slimnic - zamek
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308416
Poranek mam bardzo przyjemny. Czuje się wyspany pomimo faktu, że w nocy obok namiotu ganiały się dziki. Szalały rzecz jasna o 2. w nocy. Mogło być gorzej - mogły to być psiska pasterskie, wtedy tak łatwo nie dałyby mi spokoju... Budzę się oczywiście w miłych okolicach wsi Prod. Zbieram się szybko, nagli mnie upał. Wczoraj było znowu 35 stopni w cieniu, dzisiaj ma być jeszcze więcej. Mnie zaś czeka cały dzień w tzw. krajobrazie otwartym.
Dziwni tu mieszkają chrześcijanie - koszą trawę w niedzielę rano. Oczywiście w niedziele także uwielbiają wyprzedzać na podwójnej ciągłej i na zakrętach. Rumuński kod kulturowy zobowiązuje. Nad ranem jest jeszcze dość znośnie (jakieś 28 stopni w słońcu), nawet jednak o tej porze dnia nozdrza zatyka słodkawy zapach fermentujących śmieci. Fermentują też nieczystości w przydrożnych rowach i ten zapaszek jest naprawdę trudny do ignorowania... Rury bez krempacji sterczą wprost nad asfaltem i chlup, wprost do rowu zmierza kolejna kloaczna zawiesinka. Drażni też maniera stania na włączonych silnikach, zawsze i wszędzie. Tylko wróble nie w.urwiają mnie od rana. Są radośnie rozćwierkane, takie same wszędzie. Tak jak ja, nie są fanami motoryzacji.
Zwalisty monolit kościoło-twierdzy w Biertan wyłania się na horyzoncie na długo przed wsią. Robi na mnie olbrzymie wrażenie, niestety nie mam szans na zwiedzanie. Wpuszczają od 10, ja przybyłem o godz. 8:18. Koloniści przybywali tu głównie z zachodnich części Świętego Cesarstwa i w większości posługiwali się dialektami frankońskimi. Określanie ich Sasami, choć tradycyjnie, jest więc mylące. Te kościoły są ostańcami, które pozostały po europejskiej kolonizacji tej dzikiej krainy. Przybysze przywieźli ze sobą język i zachodnie wzorce kulturowe. Będę oglądał ich dzieła w Rochis, Mosnej, Valea Viilor, Medias i Sybinie.
W dalszej części trasy pozwolę sobie na dwugodzinne chłodzenie w cieniu, na rynku w Medias (saska robota). Na trasie zarośla amorfowe i robiniowe będą niestety w tej funkcji bezużyteczne. Zwrócę jednak uwagę na Rumunki chodzące dość często bez staników. Temperatura osiągnie 36,4 stopnie w cieniu (na długim cienistym postoju w Medias, tak niska temperatura była poza tym nieosiągalna). Pod koniec dnia uda mi się osiągnąć Slimnic z ruinami zamku. Spotkam tu gromadkę znów uroczych, przyjaznych, rumuńskich dzieci. Nic dziwnego że są urocze - nie jeżdżą jeszcze po drogach...
Na nocleg rozbijam się na miedzy, wysoko ponad droga nr 14. Pobliski las był tak zaśmiecony, że powstrzymując odruch wymiotny, wybrałem lokację na ubitej ziemi, osłonięty przez przyjazną kukurydzę. Do tej wyprawy uważałem Polaków za największych śmieciuchów w Europie... Tak, potrafię się domyślić, że na południe od Rumunii jest jeszcze gorzej. Nie zamierzam sobie jednak tego fundować i nie wybieram się tam. Kraje-wysypiska mnie nie pociągają.

Birthälm czy tam Biertan.

Kościół warowny w Wurmloch, znany też jako Valea Viilor

Slimnic - zamek
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308416
Dystans122.78 km Czas06:47 Vśrednia18.10 km/h Podjazdy933 m
SprzętFocus Arriba 4.0
- Rumunia 2024, dzień 10: Szeklerzy, Sasi i rumuński Ganges
Od początku dnia towarzyszą mi niesamowite widoki. Nie mam na myśli pejzażu, tylko zabudowę wsi tutejszych. Zakochuję się w tych szeklerskich bramach. Obowiązkowo mają w nadprożach gołębniki. Pojawiają się pierwsi miejscowi kolarze, ba, kolarki nawet! Czym głębiej zanurzam się w tę rumuńską węgierskość tym bardziej mi się ona podoba. Székelyudvarhely zwie się oficjalnie Odorheiu Secuiesc, ale wiszą tu wszędzie węgierskie napisy, nie brak węgierskich flag. Pojawiają się poważne drogi dla rowerów, pasy dla rowerów. Jakaś inna cywilizacja. W tutejszym Lidlu półki uginają się od polskich produktów. Na drogach jest dużo starych dacii, tak jakby rumuńscy Węgrzy zostali z tyłu finansowo. Trzeba jednak podkreślić, że mentalnie są wciąż do przodu. Tutejszy ddr-y nie mają krawężników! Może to dlatego, że widziałem tu kolarzy, czyli aktywność fizyczna nie jest tylko fanaberią turystów-dziwolągów z zagranicy...
Gdy opuszczam dolinę Tarnava Mare mogę wreszcie nasycić się spokojem. Spieszy mi się, bo upał zaczyna już się rodzić, a prognozy na najbliższe dni są bezlitosne: codziennie 37 stopni (w Bukareszcie 40) w cieniu. Jadę wśród niskich gór, przestrzenie są spore a wioski małe. Jeśli czegoś brakuje to oczywiście cienia. Darju jest największą osadą odkąd opuściłem Odorheiu Secuiesc. Wchodzę przez drzwi w dzwonnicy, bo naiwnie liczę, że dostanę się w okolice tutejszego kościoła obronnego. Nic z tego. Za to wychodząc nokautuję się o bardzo niskie nadproże. Przy okazji kasuję wszystkie zdjęcia z karty. Trzymałem palec na spuście włączonego aparatu...
Mimo licznych prób dowołania polecenia zdjęcia z powrotem nie pokazują się na karcie. Upał staje się po tym jeszcze bardziej nieznośny a mój entuzjazm spada do zera. Z mieszanymi uczuciami oglądam więc znakomicie zachowaną wioskę Archita. Nic tu się nie zmieniło w wyglądzie domów od upadku Austro-Węgier. Potem prę już od głównego celu dnia, czyli Sighisoary. W mieście planuję nawet zostać na kampingu, ale okazuje się on głośnym cyrkiem. Wolę już spać w największych chaszczach. Zmierzając na nocleg zapędzam się do pełnych róż wsi Danes i Seleus. Nad rzeką Tarnava Mare napotykam wielkie zgromadzenie Romów moczących się w wodzie i znajduję tym samym odpowiedź na pytanie, gdzie podziali się Romowie w tych wszystkich wioskach... Tarnava Mare to rumuński Ganges, widziałem na własne oczy. W Seleus zapędzam się zresztą niechcący do romskiej osady (części wsi). Wyróżnia się mikrodomami i zapachem. To po prostu smród fermentujących w upale śmieci. Nigdy nie przyciągały mnie Indie, te klimaty mnie więc nie zachwycają.
W ostatniej wiosce dnia - Prod - znajduję wreszcie to czego szukam. Ładny pejzaż, ładną zabudowę i święty spokój. Rozbijam się za wsią, na ładnej polance ponad drogą. Warto było dotrzeć aż tutaj.

Okolice Székelyudvarhely - szeklerskie bramy

Archita - wieś niczym skansen na wolnym powietrzu. Dachówki, okiennice, gzymsy - wszystko tu pamięta jeszcze nieboszczkę Austrię.

Sighisoara
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308126
Od początku dnia towarzyszą mi niesamowite widoki. Nie mam na myśli pejzażu, tylko zabudowę wsi tutejszych. Zakochuję się w tych szeklerskich bramach. Obowiązkowo mają w nadprożach gołębniki. Pojawiają się pierwsi miejscowi kolarze, ba, kolarki nawet! Czym głębiej zanurzam się w tę rumuńską węgierskość tym bardziej mi się ona podoba. Székelyudvarhely zwie się oficjalnie Odorheiu Secuiesc, ale wiszą tu wszędzie węgierskie napisy, nie brak węgierskich flag. Pojawiają się poważne drogi dla rowerów, pasy dla rowerów. Jakaś inna cywilizacja. W tutejszym Lidlu półki uginają się od polskich produktów. Na drogach jest dużo starych dacii, tak jakby rumuńscy Węgrzy zostali z tyłu finansowo. Trzeba jednak podkreślić, że mentalnie są wciąż do przodu. Tutejszy ddr-y nie mają krawężników! Może to dlatego, że widziałem tu kolarzy, czyli aktywność fizyczna nie jest tylko fanaberią turystów-dziwolągów z zagranicy...
Gdy opuszczam dolinę Tarnava Mare mogę wreszcie nasycić się spokojem. Spieszy mi się, bo upał zaczyna już się rodzić, a prognozy na najbliższe dni są bezlitosne: codziennie 37 stopni (w Bukareszcie 40) w cieniu. Jadę wśród niskich gór, przestrzenie są spore a wioski małe. Jeśli czegoś brakuje to oczywiście cienia. Darju jest największą osadą odkąd opuściłem Odorheiu Secuiesc. Wchodzę przez drzwi w dzwonnicy, bo naiwnie liczę, że dostanę się w okolice tutejszego kościoła obronnego. Nic z tego. Za to wychodząc nokautuję się o bardzo niskie nadproże. Przy okazji kasuję wszystkie zdjęcia z karty. Trzymałem palec na spuście włączonego aparatu...
Mimo licznych prób dowołania polecenia zdjęcia z powrotem nie pokazują się na karcie. Upał staje się po tym jeszcze bardziej nieznośny a mój entuzjazm spada do zera. Z mieszanymi uczuciami oglądam więc znakomicie zachowaną wioskę Archita. Nic tu się nie zmieniło w wyglądzie domów od upadku Austro-Węgier. Potem prę już od głównego celu dnia, czyli Sighisoary. W mieście planuję nawet zostać na kampingu, ale okazuje się on głośnym cyrkiem. Wolę już spać w największych chaszczach. Zmierzając na nocleg zapędzam się do pełnych róż wsi Danes i Seleus. Nad rzeką Tarnava Mare napotykam wielkie zgromadzenie Romów moczących się w wodzie i znajduję tym samym odpowiedź na pytanie, gdzie podziali się Romowie w tych wszystkich wioskach... Tarnava Mare to rumuński Ganges, widziałem na własne oczy. W Seleus zapędzam się zresztą niechcący do romskiej osady (części wsi). Wyróżnia się mikrodomami i zapachem. To po prostu smród fermentujących w upale śmieci. Nigdy nie przyciągały mnie Indie, te klimaty mnie więc nie zachwycają.
W ostatniej wiosce dnia - Prod - znajduję wreszcie to czego szukam. Ładny pejzaż, ładną zabudowę i święty spokój. Rozbijam się za wsią, na ładnej polance ponad drogą. Warto było dotrzeć aż tutaj.

Okolice Székelyudvarhely - szeklerskie bramy

Archita - wieś niczym skansen na wolnym powietrzu. Dachówki, okiennice, gzymsy - wszystko tu pamięta jeszcze nieboszczkę Austrię.

Sighisoara
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308126
Dystans114.09 km Czas06:28 Vśrednia17.64 km/h Podjazdy1589 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 9: Znaki brum-brum i faceci w ciąży
Do kanionu Bicaz mam 30 km, zaczynam więc aktywny dzień od zakupów. I pod sklepem czeka mnie nie lada atrakcja - rowerzyści! Znaczy, turyści, z sakwami! Szóstego dnia jazdy przez Rumunię spotkałem aktywnych turystów. Poza tym miłym akcentem jest standardowo: męczący ruch samochodowy, męczący "styl" jazdy, komiczny widok otyłych Rumunów. Widać ich oczywiście tylko wtedy, gdy wytaczają się ze swoich autek w krzaki. A stanąć za potrzebą potrafią wszędzie. Wszędzie są także znaki "Drum bun!". Życzą dobrej drogi, ale zważywszy na sposób jeżdżenia miejscowych szybko przechrzczę je na znaki brum-brum i takiej nazwy będę używać już do końca przygody z Rumunią. Rzuca się w oczy głęboka kanalizacja deszczowa. To pionowe rowy przykryte najczęściej betonowymi kratownicami. Zwracam też uwagę na ludowe stroje kobiet - mają jaśniejsze spódnice i chusty, jest to dla nich korzystne, bo upał nie odpuszcza.
Monotonia dojazdu do kanionu dominuje mi pierwsze godziny jazdy. Sam kanion wita mnie cepelią licznych straganów, olbrzymim ruchem samochodowym, tarasującymi wszystko autobusami. Budy, tłumy i autobusy - dokładnie jak w Zakopanem. To podobieństwo nie dziwi - polscy górale i Rumuni mają tych samych przodków. Widać podobną "estetykę". W dodatku kanion, choć piękny, jest krótki. To jedna z bardziej przereklamowanych atrakcji Rumunii. Za kanionem czeka mnie jeszcze długa wspinaczka przez góry, by dotrzeć do siedmiogrodzkiego miasta Georgheni. Czuję się tu jak w węgierskim skansenie. Piękne domy, nieraz o secesyjnych dekoracjach, piękne ceramiczne dachy, ale wszystko przykurzone, przybrudzone i remontowane. Na rynku jest ładny park i dużo kwiatów. To jest ten węgierski akcent ogrodniczy, bardzo charakterystyczny. Na Węgrzech każda wioska ma jakiś skwerek, to planowanie przestrzenne. Zjawisko nieznane w typowo rumuńskich wioskach.
Po przyjemnym postoju w Georgheni korzystam jeszcze z kraniku z wodą w Valea Stramba (jest tu też placyk rekreacyjny, standard węgierskich osad). Aż po horyzont z górami ciągną się dachy kryte dachówką ceramiczną. To węgierskie wsie. Czeka mnie jeszcze podjazd na przełęcz Suseni i zjazd w dół połączony z poszukiwaniem noclegu. To ostatnie idzie mi opornie i wycofuję się znad zbiornika Lacul Zetea, by rozłożyć się nad drogą. W okolicznych wioskach, malowniczo położonych nad dolinką rzeczki Sicasau, dominują domki letniskowe.

Kanion Bicaz. Zdjęcie własne.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299579
Do kanionu Bicaz mam 30 km, zaczynam więc aktywny dzień od zakupów. I pod sklepem czeka mnie nie lada atrakcja - rowerzyści! Znaczy, turyści, z sakwami! Szóstego dnia jazdy przez Rumunię spotkałem aktywnych turystów. Poza tym miłym akcentem jest standardowo: męczący ruch samochodowy, męczący "styl" jazdy, komiczny widok otyłych Rumunów. Widać ich oczywiście tylko wtedy, gdy wytaczają się ze swoich autek w krzaki. A stanąć za potrzebą potrafią wszędzie. Wszędzie są także znaki "Drum bun!". Życzą dobrej drogi, ale zważywszy na sposób jeżdżenia miejscowych szybko przechrzczę je na znaki brum-brum i takiej nazwy będę używać już do końca przygody z Rumunią. Rzuca się w oczy głęboka kanalizacja deszczowa. To pionowe rowy przykryte najczęściej betonowymi kratownicami. Zwracam też uwagę na ludowe stroje kobiet - mają jaśniejsze spódnice i chusty, jest to dla nich korzystne, bo upał nie odpuszcza.
Monotonia dojazdu do kanionu dominuje mi pierwsze godziny jazdy. Sam kanion wita mnie cepelią licznych straganów, olbrzymim ruchem samochodowym, tarasującymi wszystko autobusami. Budy, tłumy i autobusy - dokładnie jak w Zakopanem. To podobieństwo nie dziwi - polscy górale i Rumuni mają tych samych przodków. Widać podobną "estetykę". W dodatku kanion, choć piękny, jest krótki. To jedna z bardziej przereklamowanych atrakcji Rumunii. Za kanionem czeka mnie jeszcze długa wspinaczka przez góry, by dotrzeć do siedmiogrodzkiego miasta Georgheni. Czuję się tu jak w węgierskim skansenie. Piękne domy, nieraz o secesyjnych dekoracjach, piękne ceramiczne dachy, ale wszystko przykurzone, przybrudzone i remontowane. Na rynku jest ładny park i dużo kwiatów. To jest ten węgierski akcent ogrodniczy, bardzo charakterystyczny. Na Węgrzech każda wioska ma jakiś skwerek, to planowanie przestrzenne. Zjawisko nieznane w typowo rumuńskich wioskach.
Po przyjemnym postoju w Georgheni korzystam jeszcze z kraniku z wodą w Valea Stramba (jest tu też placyk rekreacyjny, standard węgierskich osad). Aż po horyzont z górami ciągną się dachy kryte dachówką ceramiczną. To węgierskie wsie. Czeka mnie jeszcze podjazd na przełęcz Suseni i zjazd w dół połączony z poszukiwaniem noclegu. To ostatnie idzie mi opornie i wycofuję się znad zbiornika Lacul Zetea, by rozłożyć się nad drogą. W okolicznych wioskach, malowniczo położonych nad dolinką rzeczki Sicasau, dominują domki letniskowe.

Kanion Bicaz. Zdjęcie własne.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299579
Dystans116.93 km Czas07:21 Vśrednia15.91 km/h Podjazdy1688 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 8: Przeprawa przez Karpaty Wschodnie
Rano, po bardzo przyjemnym noclegu, jestem pełen entuzjazmu. Planuję odpocząć trochę od rumuńskich psycholi drogowych i wybieram przeprawę przez Karpaty Wschodnie na przełęczy Stanisosara. Nie wiem co mnie tam czeka, bo Google Street nie dotarł jeszcze z usługą od północnej strony i nie jest to przypadek. Od wysokości 750 m n.p.m. aż po 1150 m n.p.m. będzie trwała permanentna budowa. Czy będą zakazy? Nie. Rumuńskich kierowców zastąpił ciężki i hałaśliwy sprzęt. Czułem ulgę, na serio. Przynajmniej te wszystkie wywrotki i walce jeździły wolno.
Przejazd przez tą przełęcz był jedyny w swoim rodzaju. Miałem wrażenia bycia gdzieś na końcu świata, wokół widoki tylko na góry i lasy. Żadnych domów po horyzont. Wioski po obu stronach przełęczy dzieli jakieś 30 km karpackiej dziczy. To połączenie morza gór i braku osad na tak dużym obszarze jest dla mnie doświadczeniem nowym w Karpatach. Sama przełęcz oferuje widoki, połoninki, nawet wieżę widokową. Zostałem tam oczywiście osaczony przez wściekłe psy pasterskie, szczęśliwie przywołane przez pasterza. Przygodnego kierowcę w drodze przez przełęcz spotykam w sumie jednego i pokazuje mi kciuk w górę, wyrażam wdzięczność. Jedzie ostrożnie, dziwny jakiś, ale ma rumuńskie blachy. Może święty?
Przeprawa przez tę potężną jak na karpackie warunki przełęcz (1236 metrów n.p.m., jakieś 850 metrów przewyższenia z mojego punktu startu nad samą rzeką) dostarczyła mi wielu wrażeń i zdjęć, które straciłem. Znaleźć ich w Internecie nie sposób. Raczej niewielu rowerzystów dotąd się przez nią przeprawiało i dlatego starta zdjęć boli mnie tak bardzo. Gdy docieram do doliny rzeki Bystrzycy (zawsze myślałem ze te nazwy potoków w górach są akurat polskie, nie wołoskie, to był błąd), wraca rumuńska powszedniość. Śmietniska na stokach, usypiska śmieci w zaroślach, trąbienie na rowerzystę i spychanie go z drogi. Do chwili dotarcia nad brzegi zalewu pogarszają się też nawierzchnie. Nad zalewem są znowu znakomite asfalty, bo cała infrastruktura jest tu nowa, tylko kierowcy są tradycyjni.
Jestem jedynym rowerzystą w tej pięknej scenerii. Widoki są tu fantastyczne. Pejzaż dominuje piękny wapienny szczyt, wyższy od Giewontu - Vârful Ocolașul Mare (1907 m n.p.m.) - w masywie Ceahlău.
Moje zmagania z objeżdżaniem potężnego zalewu Lacul Izvorul Muntelui kończą się dopiero pod wieczór, znalezieniem miejsca noclegowego. To był dzień zmagań z naturą, możliwy dzięki dziełom rumuńskiej inżynierii - nowej drodze przez Stanisoarę i wspaniałej nowej drodze nad równie wspaniałym zalewem Lacul Izvorul Muntelui.

Lacul Izvorul Muntelui (zdjęcie kradzione - utrata własnych zdjęć 10. dnia podróży)
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299438
Rano, po bardzo przyjemnym noclegu, jestem pełen entuzjazmu. Planuję odpocząć trochę od rumuńskich psycholi drogowych i wybieram przeprawę przez Karpaty Wschodnie na przełęczy Stanisosara. Nie wiem co mnie tam czeka, bo Google Street nie dotarł jeszcze z usługą od północnej strony i nie jest to przypadek. Od wysokości 750 m n.p.m. aż po 1150 m n.p.m. będzie trwała permanentna budowa. Czy będą zakazy? Nie. Rumuńskich kierowców zastąpił ciężki i hałaśliwy sprzęt. Czułem ulgę, na serio. Przynajmniej te wszystkie wywrotki i walce jeździły wolno.
Przejazd przez tą przełęcz był jedyny w swoim rodzaju. Miałem wrażenia bycia gdzieś na końcu świata, wokół widoki tylko na góry i lasy. Żadnych domów po horyzont. Wioski po obu stronach przełęczy dzieli jakieś 30 km karpackiej dziczy. To połączenie morza gór i braku osad na tak dużym obszarze jest dla mnie doświadczeniem nowym w Karpatach. Sama przełęcz oferuje widoki, połoninki, nawet wieżę widokową. Zostałem tam oczywiście osaczony przez wściekłe psy pasterskie, szczęśliwie przywołane przez pasterza. Przygodnego kierowcę w drodze przez przełęcz spotykam w sumie jednego i pokazuje mi kciuk w górę, wyrażam wdzięczność. Jedzie ostrożnie, dziwny jakiś, ale ma rumuńskie blachy. Może święty?
Przeprawa przez tę potężną jak na karpackie warunki przełęcz (1236 metrów n.p.m., jakieś 850 metrów przewyższenia z mojego punktu startu nad samą rzeką) dostarczyła mi wielu wrażeń i zdjęć, które straciłem. Znaleźć ich w Internecie nie sposób. Raczej niewielu rowerzystów dotąd się przez nią przeprawiało i dlatego starta zdjęć boli mnie tak bardzo. Gdy docieram do doliny rzeki Bystrzycy (zawsze myślałem ze te nazwy potoków w górach są akurat polskie, nie wołoskie, to był błąd), wraca rumuńska powszedniość. Śmietniska na stokach, usypiska śmieci w zaroślach, trąbienie na rowerzystę i spychanie go z drogi. Do chwili dotarcia nad brzegi zalewu pogarszają się też nawierzchnie. Nad zalewem są znowu znakomite asfalty, bo cała infrastruktura jest tu nowa, tylko kierowcy są tradycyjni.
Jestem jedynym rowerzystą w tej pięknej scenerii. Widoki są tu fantastyczne. Pejzaż dominuje piękny wapienny szczyt, wyższy od Giewontu - Vârful Ocolașul Mare (1907 m n.p.m.) - w masywie Ceahlău.
Moje zmagania z objeżdżaniem potężnego zalewu Lacul Izvorul Muntelui kończą się dopiero pod wieczór, znalezieniem miejsca noclegowego. To był dzień zmagań z naturą, możliwy dzięki dziełom rumuńskiej inżynierii - nowej drodze przez Stanisoarę i wspaniałej nowej drodze nad równie wspaniałym zalewem Lacul Izvorul Muntelui.

Lacul Izvorul Muntelui (zdjęcie kradzione - utrata własnych zdjęć 10. dnia podróży)
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299438
Dystans124.02 km Czas06:51 Vśrednia18.11 km/h Podjazdy1034 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 7: Bukowina - piękna i bestia
Po niezbyt wygodnym noclegu w lesie ruszam przez przełęcz do Suczewity. Tym razem muszę zapłacić za wstęp na teren klasztoru. Zanim jednak zjawię się w bramach monastyru zrobię sobie śniadanie na cmentarzu. Nie brzmi to może najlepiej, ale czekał tam na mnie stół, ławki, zadaszenie i... kontakt z prądem. Żal było nie skorzystać.
Na drogach jest krytycznie, ale stabilnie. Zewsząd słychać trąbienie. Rozbawia ta skłonność do ograniczeń typu "30" po wioskach. Dla miejscowych jest to sugestia by nie jechać wolniej niż "60", ale to jest właśnie piękno różnic mentalnych. Poza dominującymi miłośnikami zapierdalania, zauważalny odsetek stanowią kierowcy różnych wynalazków typu skutery towarowe (jest coś takiego!) i oczywiście furmanki. Woźnice są tu najnormalniejszymi użytkownikami dróg, obok motocyklistów. Dlaczego akurat motocyklistów? Otóż zdecydowana większość motocyklistów to obcokrajowcy i w tej grupie można spotkać użytkowników dróg najczęściej jeżdżących zgodnie z przepisami... Największymi chamami są tu zaś tirowcy, rdzenni, rumuńscy. Zostałem dwukrotnie po prostu zrzucony z drogi. Cóż, to nie jest kraj dla rowerzystów.
To już czwarty dzień i dalej jestem jedynym kosmitą-turystą na rowerze w tej części tzw. Europy. W dolinie Izy było trochę dziadków-rowerzystów jeżdżących z grabiami na pole (to byli jedyni faceci bez nadwagi lub otyłości, poza pasterzami, których obserwowałem w Rumunii), tu mental się już oczyścił z pedalarzy. Albo jedziesz autkiem, albo moplikiem, albo furmanką. Grunt żeby nie o własnych siłach, aktywność fizyczna ZABIJA, wie to każdy Rumun.
Folklor tutejszy potrafi być wszakże uroczy. Co chwilę widzę przepiękne, zdobione obudowy studni. Niestety oryginalna zabudowa niknie w gąszczu nowych, bezstylowych chałup. Tak jak furmanki nikną wśród SUV-ów. Znika ten barwny świat, za 10 lat będą już tylko wieśwageny a zabudowa już tylko tynkowana, z blachodachówką. Zanim jednak ten świat zniknie, w Arbore szokuje mnie umiłowanie zieleni. Ludzie w tym zakątku Bukowiny cenią sobie drzewa i ogrody przydomowe. Jakby tego było mało - mają tu skwer. Taki z ławkami i drzewami! Europa! Rozkoszując się skwerowym cieniem obserwuję dojazd do tutejszego sklepu. Pojawia się furmanka: chłop z chłopką. Ona - ubrana od chustki aż po spódnicę w piękny ludowy strój idzie do sklepu, on zostaje i pali peta. Pakę furmanki ma całą wyładowaną śmieciami. Przyznać trzeba, że pojemność tego "bagażnika" jest całkiem spora.
Gdy jadę przez polskie wsie, już od Solcy, w przysiółku której gospodarstwo dostał wielki chłopski mściciel i organizacyjnie najwybitniejszy - poza Trauguttem - z przywódców polskich powstań - Jakub Szela, raduję się sporą ilością ogrodów i drzew. Wracają też bocianie gniazda. Omijam Kaczycę (to punkt obowiązkowy wycieczek autokarowych) ale w Sołońcu Nowym podziwiam tablice ku czci prez. Kwaśniewskiego, czytam ogłoszenia po polsku. Robi to na mnie pewne wrażenie, przyznaję. Nasłuchuję języka polskiego i faktycznie go słyszę w rozmowach na podwórkach! Sołoniec to jednak nie to. Tym bardziej że żegna mnie stado wściekłych i ujadających polskich kundli, biegających polskim zwyczajem samopas po drodze... Zachwyca mnie dopiero pięknie położona wieś Plesza. Jest tu Dom Polski, znów słyszę rodaków, zapisałem nawet frazę: "Dziad zrobił huśtańkę, że jak przyjadą dzieci, będą miały gdzie się bawić". Chwaliła się matka/babcia córce.
Z atrakcji dnia zostają mi jeszcze piękne monastyry w Homorolui i Voronet. Dojazd do tego drugiego jest kwintesencją nowoczesnej rumuńskości. Zrobili tu pokazowy ddr, wszak turyści i te sprawy. Ponieważ jednak Rumun nie wysiada z auta, to skąd miał wiedzieć, że 30 cm to trochę za mało... Ostatni etap, z Gura Homurului do przedpola sporej wsi Malini mija mi znowu w koszmarnym stresie. Psychole na drodze jadą tak, jakby bardzo chcieli zakończyć mi dzień w szpitalu. Po 19 starsi ludzie wychodzą z domów i siadają na ławeczkach przy drodze, by obserwować samochody i sycić się zapachem spalin. O tej porze nie przeszkadza mi już tradycyjny niedobór drzew przydrożnych, ale gdy wyobrażam sobie jako główną rozrywkę starości obserwowanie samochodów z mojej pozbawionej drzew posesji, to robi mi się przykro... Na nocleg rozbijam się w łęgu nadrzecznym, nad rzeką Mołdową.

Suczewita. Monastyr. Sympatyczna siostra zakonna zmusiła mnie tu do kupna biletu, ale było warto. 10 lejowców to kosztowało.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299367
Po niezbyt wygodnym noclegu w lesie ruszam przez przełęcz do Suczewity. Tym razem muszę zapłacić za wstęp na teren klasztoru. Zanim jednak zjawię się w bramach monastyru zrobię sobie śniadanie na cmentarzu. Nie brzmi to może najlepiej, ale czekał tam na mnie stół, ławki, zadaszenie i... kontakt z prądem. Żal było nie skorzystać.
Na drogach jest krytycznie, ale stabilnie. Zewsząd słychać trąbienie. Rozbawia ta skłonność do ograniczeń typu "30" po wioskach. Dla miejscowych jest to sugestia by nie jechać wolniej niż "60", ale to jest właśnie piękno różnic mentalnych. Poza dominującymi miłośnikami zapierdalania, zauważalny odsetek stanowią kierowcy różnych wynalazków typu skutery towarowe (jest coś takiego!) i oczywiście furmanki. Woźnice są tu najnormalniejszymi użytkownikami dróg, obok motocyklistów. Dlaczego akurat motocyklistów? Otóż zdecydowana większość motocyklistów to obcokrajowcy i w tej grupie można spotkać użytkowników dróg najczęściej jeżdżących zgodnie z przepisami... Największymi chamami są tu zaś tirowcy, rdzenni, rumuńscy. Zostałem dwukrotnie po prostu zrzucony z drogi. Cóż, to nie jest kraj dla rowerzystów.
To już czwarty dzień i dalej jestem jedynym kosmitą-turystą na rowerze w tej części tzw. Europy. W dolinie Izy było trochę dziadków-rowerzystów jeżdżących z grabiami na pole (to byli jedyni faceci bez nadwagi lub otyłości, poza pasterzami, których obserwowałem w Rumunii), tu mental się już oczyścił z pedalarzy. Albo jedziesz autkiem, albo moplikiem, albo furmanką. Grunt żeby nie o własnych siłach, aktywność fizyczna ZABIJA, wie to każdy Rumun.
Folklor tutejszy potrafi być wszakże uroczy. Co chwilę widzę przepiękne, zdobione obudowy studni. Niestety oryginalna zabudowa niknie w gąszczu nowych, bezstylowych chałup. Tak jak furmanki nikną wśród SUV-ów. Znika ten barwny świat, za 10 lat będą już tylko wieśwageny a zabudowa już tylko tynkowana, z blachodachówką. Zanim jednak ten świat zniknie, w Arbore szokuje mnie umiłowanie zieleni. Ludzie w tym zakątku Bukowiny cenią sobie drzewa i ogrody przydomowe. Jakby tego było mało - mają tu skwer. Taki z ławkami i drzewami! Europa! Rozkoszując się skwerowym cieniem obserwuję dojazd do tutejszego sklepu. Pojawia się furmanka: chłop z chłopką. Ona - ubrana od chustki aż po spódnicę w piękny ludowy strój idzie do sklepu, on zostaje i pali peta. Pakę furmanki ma całą wyładowaną śmieciami. Przyznać trzeba, że pojemność tego "bagażnika" jest całkiem spora.
Gdy jadę przez polskie wsie, już od Solcy, w przysiółku której gospodarstwo dostał wielki chłopski mściciel i organizacyjnie najwybitniejszy - poza Trauguttem - z przywódców polskich powstań - Jakub Szela, raduję się sporą ilością ogrodów i drzew. Wracają też bocianie gniazda. Omijam Kaczycę (to punkt obowiązkowy wycieczek autokarowych) ale w Sołońcu Nowym podziwiam tablice ku czci prez. Kwaśniewskiego, czytam ogłoszenia po polsku. Robi to na mnie pewne wrażenie, przyznaję. Nasłuchuję języka polskiego i faktycznie go słyszę w rozmowach na podwórkach! Sołoniec to jednak nie to. Tym bardziej że żegna mnie stado wściekłych i ujadających polskich kundli, biegających polskim zwyczajem samopas po drodze... Zachwyca mnie dopiero pięknie położona wieś Plesza. Jest tu Dom Polski, znów słyszę rodaków, zapisałem nawet frazę: "Dziad zrobił huśtańkę, że jak przyjadą dzieci, będą miały gdzie się bawić". Chwaliła się matka/babcia córce.
Z atrakcji dnia zostają mi jeszcze piękne monastyry w Homorolui i Voronet. Dojazd do tego drugiego jest kwintesencją nowoczesnej rumuńskości. Zrobili tu pokazowy ddr, wszak turyści i te sprawy. Ponieważ jednak Rumun nie wysiada z auta, to skąd miał wiedzieć, że 30 cm to trochę za mało... Ostatni etap, z Gura Homurului do przedpola sporej wsi Malini mija mi znowu w koszmarnym stresie. Psychole na drodze jadą tak, jakby bardzo chcieli zakończyć mi dzień w szpitalu. Po 19 starsi ludzie wychodzą z domów i siadają na ławeczkach przy drodze, by obserwować samochody i sycić się zapachem spalin. O tej porze nie przeszkadza mi już tradycyjny niedobór drzew przydrożnych, ale gdy wyobrażam sobie jako główną rozrywkę starości obserwowanie samochodów z mojej pozbawionej drzew posesji, to robi mi się przykro... Na nocleg rozbijam się w łęgu nadrzecznym, nad rzeką Mołdową.

Suczewita. Monastyr. Sympatyczna siostra zakonna zmusiła mnie tu do kupna biletu, ale było warto. 10 lejowców to kosztowało.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299367
Dystans132.46 km Czas08:06 Vśrednia16.35 km/h Podjazdy1875 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 6: Spotkania z pieseczkami
Fatalne przejazdy kolejowe, wielkie i groźne pasterskie psy atakujące rowerzystę na drodze publicznej, mrowie samochodów szkół nauki jazdy i totalny brak rowerzystów na drogach. To podstawowe wrażenia z tego dnia zapisane w moim "pamiętniczku". Jadąc rowerem przez Maramuresz i Bukowinę jestem totalnym dziwadłem. Rumuni wysiadają z autek tylko po to by wyrzucić śmieci do lasu lub pójść na stronę. By nie było jednostronnie, zauważam dużo bardzo grzecznych dzieci, mówią dzień dobry wszystkim nieznajomym :)
Najcięższe chwile przeżywam w okolicach wioski Mestecăniș. Droga nr 17 ma znakomitą nawierzchnię, takich znakomitych dróg pokazowych jest w Rumunii całkiem sporo. Czym jednak lepszy asfalt tym więcej zjebów drogowych. Póki co jednak bardziej rzucają się w oczy gangi obcokrajowców: z Polski głównie motocykliści, z Francji i Włoch kamperowcy. Na drodze nr 17 jest też niestety dużo tirów, słońca i pod górkę. Jest też wąsko.
Gdy udaje mi się ominąć Kimpulung Mołdawski rozpoczynam podjazd - dla odmiany całkiem spokojną - drogą 17A. Tenże podjazd na Pasul Trei Movile zachwyca widokami w arcybukowińskim stylu. Ależ tu jest pięknie: pod stromymi zboczami porośniętymi smrekami przysiadły liczne stodółki. Są też wszędzie dookoła - krajobraz upstrzony jest fikuśnymi stodółkami. Góry są tu przepiękne. W Maramuresz zachwycały mnie drewniane kościoły, za chwilę będą zachwycać mnie monastyry Bukowiny, ale akurat na tym magicznym podjeździe cały szoł skradły te stodółki.
Niestety po każdym pięknym podjeździe przychodzi zjazd, a w dolinie jest wioska. Ujadanie psów niesie się już z daleka. Nie przejmuje się tym - liczę, że załapię się w złotej godzinie na zwiedzanie pierwszego ze światowej klasy klasztorów - tego we wsi Moldovita. Udaje mi się to, ba!, zwiedzam za darmo. Robię wspaniałe zdjęcia, po których nic nie zostało... Wyjeżdżając z wioski zostanę jednak gwałtownie zaatakowany przez gigantycznego psa pasterskiego. Ten psichuj po prostu próbował mnie staranować, jakimś cudem się nie wywróciłem, ale po raz pierwszy użyłem gazu pieprzowego. Odpuścił w oka mgnieniu...
Ostatni etap okazał się znów ciągnąc w nieskończoność. Liczyłem, że rozbiję się bez problemu przed Pasul Ciumarna. No cóż, bez problemu, to można być w Rumunii co najwyżej rozszarpanym przez psa pasterskiego. Wzdłuż drogi, z obu stron, ciągnęły się nieustannie ogrodzenia lub zakazy wstępu. Zmierzch zbliżał się wielkimi krokami a ogrodzenia były nie do sforsowania. Do czasu. Był tak co prawda jakiś napis o psie, ale na kim by to w Rumunii zrobiło wrażenie? Władowałem się więc z rowerem na miła polankę i robiąc obchód przyszłego noclegu natknąłem się na zbudowany w środku lasu... kojec z rottweilerem. Gapił mi się prosto w oczy i nawet nie mrugnął. Stwierdziłem, że czas na odwrót, bo psychopata który przetrzymuje takiego psa w klatce, w środku lasu, jest zdolny do wszystkiego... Spasowałem i poszedłem spać do niewygodnego i ciemnego lasu po drugiej stronie drogi.

Zdjęcie własne. Sprawdzałem prognozy w cieniu i tak sobie pstrykłem. Na szczęście.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49292823
Fatalne przejazdy kolejowe, wielkie i groźne pasterskie psy atakujące rowerzystę na drodze publicznej, mrowie samochodów szkół nauki jazdy i totalny brak rowerzystów na drogach. To podstawowe wrażenia z tego dnia zapisane w moim "pamiętniczku". Jadąc rowerem przez Maramuresz i Bukowinę jestem totalnym dziwadłem. Rumuni wysiadają z autek tylko po to by wyrzucić śmieci do lasu lub pójść na stronę. By nie było jednostronnie, zauważam dużo bardzo grzecznych dzieci, mówią dzień dobry wszystkim nieznajomym :)
Najcięższe chwile przeżywam w okolicach wioski Mestecăniș. Droga nr 17 ma znakomitą nawierzchnię, takich znakomitych dróg pokazowych jest w Rumunii całkiem sporo. Czym jednak lepszy asfalt tym więcej zjebów drogowych. Póki co jednak bardziej rzucają się w oczy gangi obcokrajowców: z Polski głównie motocykliści, z Francji i Włoch kamperowcy. Na drodze nr 17 jest też niestety dużo tirów, słońca i pod górkę. Jest też wąsko.
Gdy udaje mi się ominąć Kimpulung Mołdawski rozpoczynam podjazd - dla odmiany całkiem spokojną - drogą 17A. Tenże podjazd na Pasul Trei Movile zachwyca widokami w arcybukowińskim stylu. Ależ tu jest pięknie: pod stromymi zboczami porośniętymi smrekami przysiadły liczne stodółki. Są też wszędzie dookoła - krajobraz upstrzony jest fikuśnymi stodółkami. Góry są tu przepiękne. W Maramuresz zachwycały mnie drewniane kościoły, za chwilę będą zachwycać mnie monastyry Bukowiny, ale akurat na tym magicznym podjeździe cały szoł skradły te stodółki.
Niestety po każdym pięknym podjeździe przychodzi zjazd, a w dolinie jest wioska. Ujadanie psów niesie się już z daleka. Nie przejmuje się tym - liczę, że załapię się w złotej godzinie na zwiedzanie pierwszego ze światowej klasy klasztorów - tego we wsi Moldovita. Udaje mi się to, ba!, zwiedzam za darmo. Robię wspaniałe zdjęcia, po których nic nie zostało... Wyjeżdżając z wioski zostanę jednak gwałtownie zaatakowany przez gigantycznego psa pasterskiego. Ten psichuj po prostu próbował mnie staranować, jakimś cudem się nie wywróciłem, ale po raz pierwszy użyłem gazu pieprzowego. Odpuścił w oka mgnieniu...
Ostatni etap okazał się znów ciągnąc w nieskończoność. Liczyłem, że rozbiję się bez problemu przed Pasul Ciumarna. No cóż, bez problemu, to można być w Rumunii co najwyżej rozszarpanym przez psa pasterskiego. Wzdłuż drogi, z obu stron, ciągnęły się nieustannie ogrodzenia lub zakazy wstępu. Zmierzch zbliżał się wielkimi krokami a ogrodzenia były nie do sforsowania. Do czasu. Był tak co prawda jakiś napis o psie, ale na kim by to w Rumunii zrobiło wrażenie? Władowałem się więc z rowerem na miła polankę i robiąc obchód przyszłego noclegu natknąłem się na zbudowany w środku lasu... kojec z rottweilerem. Gapił mi się prosto w oczy i nawet nie mrugnął. Stwierdziłem, że czas na odwrót, bo psychopata który przetrzymuje takiego psa w klatce, w środku lasu, jest zdolny do wszystkiego... Spasowałem i poszedłem spać do niewygodnego i ciemnego lasu po drugiej stronie drogi.

Zdjęcie własne. Sprawdzałem prognozy w cieniu i tak sobie pstrykłem. Na szczęście.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49292823