Wpisy archiwalne w kategorii
>100 km
Dystans całkowity: | 86473.21 km (w terenie 19.90 km; 0.02%) |
Czas w ruchu: | 4014:18 |
Średnia prędkość: | 19.14 km/h |
Maksymalna prędkość: | 78.22 km/h |
Suma podjazdów: | 561511 m |
Liczba aktywności: | 644 |
Średnio na aktywność: | 134.28 km i 7h 04m |
Więcej statystyk |
Dystans108.28 km Czas05:05 Vśrednia21.30 km/h Podjazdy553 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Podlasie Gidelskie
Eksploracje w bardzo przyjemnym, sielankowym mikroregionie, który przezywam Podlasiem Gidelskim. Są tu wioski odległe od cywilizacji, sporo lasów i drewnianych domów, cisza i spokój. Analogia z Podlasiem nasuwa się sama. Takie wioski jak Śliwaków, Stęszów, Zabrodzie, Graby, Michałopol, Ojrzeń, Włynice, Kotfin, Huby Kotfińskie, Chrostowa - wszystkie położone na uboczu, ze znikomym ruchem pojazdów i przyzwoitymi nawierzchniami są rajem dla rowerzysty, szczególnie takiego co prawie miesiąc walczył z natężeniem psychopatyzmu patoli na rumuńskich drogach.
Przy okazji odwiedziłem po raz pierwszy wieś o nazwie Ewina. Położona dokładnie na końcu nigdzie, ale od strony Niesulowa wiedzie tu znakomity asfalcik, który potem przemienia się w gruboziarnisty szuter (przygotowany do zmiany nawierzchni?), będący przyczyną mojego odwrotu. Wieś jednak ma fajny klimat i sprawia wrażenie użytkowanej głównie letniskowo. To wręcz stereotypowe Podlasie...

Niestety nie pamiętam gdzie to. Chyba w pobliżu Garnka?

Śliwaków. Bardzo przyjemne miejsce.

Kość. Marii Magdaleny w Gidlach. Niby ten "najmniej ciekawy" w tej wsi trzech zabytkowych kościołów wysokiej klasy.

Podlasie w Ewinie.
Eksploracje w bardzo przyjemnym, sielankowym mikroregionie, który przezywam Podlasiem Gidelskim. Są tu wioski odległe od cywilizacji, sporo lasów i drewnianych domów, cisza i spokój. Analogia z Podlasiem nasuwa się sama. Takie wioski jak Śliwaków, Stęszów, Zabrodzie, Graby, Michałopol, Ojrzeń, Włynice, Kotfin, Huby Kotfińskie, Chrostowa - wszystkie położone na uboczu, ze znikomym ruchem pojazdów i przyzwoitymi nawierzchniami są rajem dla rowerzysty, szczególnie takiego co prawie miesiąc walczył z natężeniem psychopatyzmu patoli na rumuńskich drogach.
Przy okazji odwiedziłem po raz pierwszy wieś o nazwie Ewina. Położona dokładnie na końcu nigdzie, ale od strony Niesulowa wiedzie tu znakomity asfalcik, który potem przemienia się w gruboziarnisty szuter (przygotowany do zmiany nawierzchni?), będący przyczyną mojego odwrotu. Wieś jednak ma fajny klimat i sprawia wrażenie użytkowanej głównie letniskowo. To wręcz stereotypowe Podlasie...

Niestety nie pamiętam gdzie to. Chyba w pobliżu Garnka?

Śliwaków. Bardzo przyjemne miejsce.

Kość. Marii Magdaleny w Gidlach. Niby ten "najmniej ciekawy" w tej wsi trzech zabytkowych kościołów wysokiej klasy.

Podlasie w Ewinie.
Dystans113.08 km Czas06:08 Vśrednia18.44 km/h Podjazdy1782 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Dookoła Pilska
Po powrocie z Rumunii odczuwałem silną potrzebę, by zrealizować wypad na lekko w góry. Wybór padł na rajdzik dookoła Pilska, bo miałem kilka punktów do obejrzenia w Soblówce. A stamtąd można jechać albo dookoła Gór Kysuckich albo właśnie dookoła Pilska. Pogoda była ładna, ciepło.
Na Słowacji, na stokówkach Masywu Pilska, trafiłem na liczne wycinki i utrudnienia, ta najprzyjemniejsza część była więc mocno "ciernista". Na powrocie eksplorowałem sobie jeszcze Korbielów Górny i Sopotnię Wielką. Wystraszyłem się też trochę nowych zasad przewozu roweru w KŚ i zarządziłem odwrót na pociąg zwyczajnie za szybko.

Osada Śliwkówka

tamże

Widoki na Soblówkę z różnych przysiółków

W drodze z Korbielowa Górnego, w tle masyw Pilska

Sopotnia

Okolice Sopotni Wielkiej
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/47812466 + tam i z powrotem na dworzec w Katowicach
Po powrocie z Rumunii odczuwałem silną potrzebę, by zrealizować wypad na lekko w góry. Wybór padł na rajdzik dookoła Pilska, bo miałem kilka punktów do obejrzenia w Soblówce. A stamtąd można jechać albo dookoła Gór Kysuckich albo właśnie dookoła Pilska. Pogoda była ładna, ciepło.
Na Słowacji, na stokówkach Masywu Pilska, trafiłem na liczne wycinki i utrudnienia, ta najprzyjemniejsza część była więc mocno "ciernista". Na powrocie eksplorowałem sobie jeszcze Korbielów Górny i Sopotnię Wielką. Wystraszyłem się też trochę nowych zasad przewozu roweru w KŚ i zarządziłem odwrót na pociąg zwyczajnie za szybko.

Osada Śliwkówka

tamże

Widoki na Soblówkę z różnych przysiółków

W drodze z Korbielowa Górnego, w tle masyw Pilska

Sopotnia

Okolice Sopotni Wielkiej
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/47812466 + tam i z powrotem na dworzec w Katowicach
Dystans147.99 km Czas08:36 Vśrednia17.21 km/h Podjazdy765 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 24: Węgierski lepszy świat
Przejazd przez Węgry w pierwsza stronę zatytułowałem zgodnie z odczuciami jako "węgierski marazm". Perspektywa spędzenia trzech tygodni na rowerze w Rumunii zmienia jednak postrzeganie świata. W dodatku wracałem przez trochę mniej wschodnie Węgry. Skutek był łatwy do przewidzenia: węgierski zachwyt.
Normalni kierowcy, cień od licznych przydrożnych robinii, wspaniałej jakości drogi rowerowe, skwery z kranikami z woda pitną. Zachwycały nawet gumowane (jak w Czechach i na Słowacji) przejazdy kolejowe, sensowne drogowskazy i liczni rowerzyści (choć był weekend). Największą różnica był brak ciągłego jazgotu psów i zagrożenia ze strony kierowców (co rozwiązywały odseparowane od jezdni ddr-y). Mogłem wreszcie, po trzech tygodniach, potraktować jazdę na rowerze jako formę rekreacji a nie walki o przetrwanie. To wspaniałe odczucie, osiągnięcie cywilizacyjne znane tylko Europejczykom i nie warto z niego rezygnować :)
Od miejsca mojego biwaku aż po Vamosujfalu (za Tokajem) bardziej płynę czy żegluję na rowerze, niż jadę. Gdy przed samym Tokajem, w Rakamaz, korzystam z Penny, zadziwia mnie jak dużo zaparkowano przy sklepie rowerów. To kolejny widok w Rumunii nieznany. Przez większość trasy towarzyszy mi zapach pól i winorośli, śpiew jaskółek, klekot bocianów i ćwierkanie wróbli. Są też liczne podmiejskie autobusy. Inny, lepszy świat. Zaskakują mnie uprawy bzu czarnego szczepionego na wysokich pniach.
Ta idylla zaczyna zanikać po przejechaniu 100 km, gdy wjeżdżam w Góry Zemplińskie. Wieś Tolcsva to jeszcze klimat winorośli i chilloutu, ale w miarę gdy droga wspina się wyżej zaczyna mocno kapcanieć. Gdy docieram do zagubionej wśród gór i lasów wioski Haromhuta czuję znów jakbym był w Rumunii... Tzn. nie atakują mnie psy ani kierowcy (te atrakcje na szczęście mam definitywnie za sobą), ale nawierzchnia jest koszmarna. Przełomów jest tu więcej niż archeologicznych śladów po świętej pamięci asfalcie. Asfalt poprawia się dopiero we wsi Regec, ale na końcówce zachwycam się tylko piękną aleją klonów srebrzystych między wsiami Vilmany a Goncruszka.
Dobra karta odwraca się definitywnie gdy odkrywam, że zalałem sobie śpiwór zapasami wody, bo nie dokręciłem dobrze butelek... Potem wybieram fatalne miejsce na potencjalny nocleg i przebijam tamże oponę razem z dętką. W miejscu gdzie w końcu decyduje się na nocleg niemiłosiernie tną komary i... bąki bydlęce. W tych niesprzyjających okolicznościach jem obiadokolację i wymieniam dętkę (okazuje się że jej nie przebiłem, tylko padł wentylek). Pod wieczór, gdy jestem już w namiocie, zaczyna mnie także boleć brzuch.

Przed Nagykallo

Malownicza wioska Tolcsva u stóp Gór Zemplińskich

Zamek Regec
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324201
Przejazd przez Węgry w pierwsza stronę zatytułowałem zgodnie z odczuciami jako "węgierski marazm". Perspektywa spędzenia trzech tygodni na rowerze w Rumunii zmienia jednak postrzeganie świata. W dodatku wracałem przez trochę mniej wschodnie Węgry. Skutek był łatwy do przewidzenia: węgierski zachwyt.
Normalni kierowcy, cień od licznych przydrożnych robinii, wspaniałej jakości drogi rowerowe, skwery z kranikami z woda pitną. Zachwycały nawet gumowane (jak w Czechach i na Słowacji) przejazdy kolejowe, sensowne drogowskazy i liczni rowerzyści (choć był weekend). Największą różnica był brak ciągłego jazgotu psów i zagrożenia ze strony kierowców (co rozwiązywały odseparowane od jezdni ddr-y). Mogłem wreszcie, po trzech tygodniach, potraktować jazdę na rowerze jako formę rekreacji a nie walki o przetrwanie. To wspaniałe odczucie, osiągnięcie cywilizacyjne znane tylko Europejczykom i nie warto z niego rezygnować :)
Od miejsca mojego biwaku aż po Vamosujfalu (za Tokajem) bardziej płynę czy żegluję na rowerze, niż jadę. Gdy przed samym Tokajem, w Rakamaz, korzystam z Penny, zadziwia mnie jak dużo zaparkowano przy sklepie rowerów. To kolejny widok w Rumunii nieznany. Przez większość trasy towarzyszy mi zapach pól i winorośli, śpiew jaskółek, klekot bocianów i ćwierkanie wróbli. Są też liczne podmiejskie autobusy. Inny, lepszy świat. Zaskakują mnie uprawy bzu czarnego szczepionego na wysokich pniach.
Ta idylla zaczyna zanikać po przejechaniu 100 km, gdy wjeżdżam w Góry Zemplińskie. Wieś Tolcsva to jeszcze klimat winorośli i chilloutu, ale w miarę gdy droga wspina się wyżej zaczyna mocno kapcanieć. Gdy docieram do zagubionej wśród gór i lasów wioski Haromhuta czuję znów jakbym był w Rumunii... Tzn. nie atakują mnie psy ani kierowcy (te atrakcje na szczęście mam definitywnie za sobą), ale nawierzchnia jest koszmarna. Przełomów jest tu więcej niż archeologicznych śladów po świętej pamięci asfalcie. Asfalt poprawia się dopiero we wsi Regec, ale na końcówce zachwycam się tylko piękną aleją klonów srebrzystych między wsiami Vilmany a Goncruszka.
Dobra karta odwraca się definitywnie gdy odkrywam, że zalałem sobie śpiwór zapasami wody, bo nie dokręciłem dobrze butelek... Potem wybieram fatalne miejsce na potencjalny nocleg i przebijam tamże oponę razem z dętką. W miejscu gdzie w końcu decyduje się na nocleg niemiłosiernie tną komary i... bąki bydlęce. W tych niesprzyjających okolicznościach jem obiadokolację i wymieniam dętkę (okazuje się że jej nie przebiłem, tylko padł wentylek). Pod wieczór, gdy jestem już w namiocie, zaczyna mnie także boleć brzuch.

Przed Nagykallo

Malownicza wioska Tolcsva u stóp Gór Zemplińskich

Zamek Regec
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324201
Dystans150.24 km Czas08:01 Vśrednia18.74 km/h Podjazdy720 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 23: Pożegnanie z Rumunią
Oto nadszedł ostatni dzień na rumuńskiej ziemi. Odczuwam z tego powodu wielki entuzjazm, pcha mnie do przodu perspektywa powrotu na łono Europy. Statystyka ostatniego dnia jest następująca: 5 rozjechanych psów na asfalcie, 3 koty i 2 zające. Zanim jeszcze pożegnam karlejące góry zostanę zaatakowany we wsi Sag przez wielkie pasterskie psisko, które będzie za mną biec przez 2 kilometry... Wiatr będzie dął z zachodu, będę oczywiście zmierzał centralnie na zachód. Od kiedy w Nusfalau dotrę do istotniejszej drogi, towarzyszyć mi będzie aż po Marghitę permanentny remont.
W Marghicie krajobraz się definitywnie wypłaszczy a ludność zmadziaryzuje. W tamtejszym Lidlu rozbrzmiewać będzie już tylko węgierski. Stamtąd wybiorę dalszą jazdę drogą 19B, prosto na przejście graniczne Sacueni-Letavertes. Panuje to sielskość i bezruch. Węgrów porusza nieco moje drugie imię, które powtarzają sobie w wersji węgierskiej. Ja zaś z wielką radością powracam do naszej strefy czasowej (zyskuję godzinę) i cywilizacyjnej strefy drogowej. W pierwszą stronę miałem wątpliwości, wracając z Rumunii nie mam żadnych - Węgry to Europa pełną gębą.
Nawierzchnie są bułowate, co najwyżej akceptowalne, ale kierowcy jeżdżą normalnie. Przed miasteczkiem Vamospercs mija mnie autobus z napisem "Hajra magyarok!" na wyświetlaczu. Myślę dokładnie tak samo. Przed Nyiradony, korzystając z tutejszych rozległych lasów, rozbijam namiot. Przy okazji napotykam stadko danieli z ładnymi porożami.

Okolice Fizes

Okolice Boghis

Wydobycie rumuńskiej ropy

Już w lasach robiniowych na Nizinie Węgierskiej
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324104
Oto nadszedł ostatni dzień na rumuńskiej ziemi. Odczuwam z tego powodu wielki entuzjazm, pcha mnie do przodu perspektywa powrotu na łono Europy. Statystyka ostatniego dnia jest następująca: 5 rozjechanych psów na asfalcie, 3 koty i 2 zające. Zanim jeszcze pożegnam karlejące góry zostanę zaatakowany we wsi Sag przez wielkie pasterskie psisko, które będzie za mną biec przez 2 kilometry... Wiatr będzie dął z zachodu, będę oczywiście zmierzał centralnie na zachód. Od kiedy w Nusfalau dotrę do istotniejszej drogi, towarzyszyć mi będzie aż po Marghitę permanentny remont.
W Marghicie krajobraz się definitywnie wypłaszczy a ludność zmadziaryzuje. W tamtejszym Lidlu rozbrzmiewać będzie już tylko węgierski. Stamtąd wybiorę dalszą jazdę drogą 19B, prosto na przejście graniczne Sacueni-Letavertes. Panuje to sielskość i bezruch. Węgrów porusza nieco moje drugie imię, które powtarzają sobie w wersji węgierskiej. Ja zaś z wielką radością powracam do naszej strefy czasowej (zyskuję godzinę) i cywilizacyjnej strefy drogowej. W pierwszą stronę miałem wątpliwości, wracając z Rumunii nie mam żadnych - Węgry to Europa pełną gębą.
Nawierzchnie są bułowate, co najwyżej akceptowalne, ale kierowcy jeżdżą normalnie. Przed miasteczkiem Vamospercs mija mnie autobus z napisem "Hajra magyarok!" na wyświetlaczu. Myślę dokładnie tak samo. Przed Nyiradony, korzystając z tutejszych rozległych lasów, rozbijam namiot. Przy okazji napotykam stadko danieli z ładnymi porożami.

Okolice Fizes

Okolice Boghis

Wydobycie rumuńskiej ropy

Już w lasach robiniowych na Nizinie Węgierskiej
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324104
Dystans108.19 km Czas06:11 Vśrednia17.50 km/h Podjazdy1253 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 22: Parcul Natural Apuseni
Nad ranem wszystko znowu jest mokre. Tym razem jest mi też zimno, po raz pierwszy od trzech tygodni, od noclegu w Bieszczadach. Na Transursoaia łączą się aż dwie zalety: dobry asfalt z niewielkim ruchem kołowym. Na więcej dobrego nie mam co liczyć, dlatego co chwilę atakują mnie psy. Wielkie, pasterskie psiska na drodze publicznej. Pasterze mają to głęboko w d... A ja nie mam nawet czym się bronić, poza dwoma nożami Opinela, które przezornie wiozę w torbie na kierownicy. Życia mi nie uratują, ale przynajmniej nie czuję się całkiem bezbronny. Zamiast terroru drogowego wybrałem ten pastwiskowy. Mówią, że nie da się przejść przez życie bez stresu, przejechać nie da się na pewno. Szczególnie przez Rumunię.
Wokół jest sporo zamarłych świerków, wieje też huragan z północy, oczywiście akurat gdy podążam na północ. Wymyśliłem sobie by jak najdłużej jechać górami. No i faktycznie, długo unikam kontaktu z drogowymi psycholami w stężeniu które zagraża życiu i zdrowiu, ale do czasu. Ostatnie miłe chwile spędzam w ruinach zamku w miejscowości Bologa. Ruiny są znakomicie zabezpieczone, liczne kładki i schodki robią wrażenie. Od drogi asfaltowej jest tu kilkaset metrów spaceru pod górkę kiepską szutrówką. W związku z tym wszyscy Rumuni o zacięciu turystycznym, katując autka, wjeżdżają aż pod mury zamku. Nawet na krótkim przejściu nie mogę uniknąć ludzi, których czeka niepełnosprawna starość, nigdy nie wyrobili w sobie nawyku aktywności fizycznej. Rumuńska służba zdrowia z pewnością nie ma świetlanej przyszłości.
Gdy w końcu docieram do drogi nr 1, co już samo w sobie brzmi złowieszczo, czeka mnie 10 km jazdy przez piekło. To raj dla rumuńskich tirów i piekło dla rowerzysty, ale nie mam alternatywy, innej drogi nie ma. Muszę oddać daninę za tę większość dnia spędzoną z dala od psycholi drogowych. Większość dnia jechałem przez rzadko zaludnione góry, syciłem się przestrzenią i pustkami osadniczymi. Przejazd rumuńską jedynką zajmuje mi poniżej pół godziny, ale przy pierwszej okazji uciekam z poczuciem wielkiej ulgi na lokalną drogę. Nocleg znajduję znów w przyjemnej scenerii zarastających dawnych pastwisk, przed wsią Tusa. Liczę na to, że to już ostatni mój nocleg w Rumunii.

Poiana Horea zagubiona wśród gór i lasów. Nie licząc zagrożenia atakami psów jest tu przyjaźnie i pięknie.

Droga 1R zwana Transursoaia czyli Transniedźwiedzią jest jedną z bardziej niezwykłych dróg Rumunii. Widok na zalew Belis, który objeżdżałem dookoła.

Cetatea Bologa. Wszystko za darmo a wkład finansowy by udostępnić ruiny warowni musiał być spory...
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324039
Nad ranem wszystko znowu jest mokre. Tym razem jest mi też zimno, po raz pierwszy od trzech tygodni, od noclegu w Bieszczadach. Na Transursoaia łączą się aż dwie zalety: dobry asfalt z niewielkim ruchem kołowym. Na więcej dobrego nie mam co liczyć, dlatego co chwilę atakują mnie psy. Wielkie, pasterskie psiska na drodze publicznej. Pasterze mają to głęboko w d... A ja nie mam nawet czym się bronić, poza dwoma nożami Opinela, które przezornie wiozę w torbie na kierownicy. Życia mi nie uratują, ale przynajmniej nie czuję się całkiem bezbronny. Zamiast terroru drogowego wybrałem ten pastwiskowy. Mówią, że nie da się przejść przez życie bez stresu, przejechać nie da się na pewno. Szczególnie przez Rumunię.
Wokół jest sporo zamarłych świerków, wieje też huragan z północy, oczywiście akurat gdy podążam na północ. Wymyśliłem sobie by jak najdłużej jechać górami. No i faktycznie, długo unikam kontaktu z drogowymi psycholami w stężeniu które zagraża życiu i zdrowiu, ale do czasu. Ostatnie miłe chwile spędzam w ruinach zamku w miejscowości Bologa. Ruiny są znakomicie zabezpieczone, liczne kładki i schodki robią wrażenie. Od drogi asfaltowej jest tu kilkaset metrów spaceru pod górkę kiepską szutrówką. W związku z tym wszyscy Rumuni o zacięciu turystycznym, katując autka, wjeżdżają aż pod mury zamku. Nawet na krótkim przejściu nie mogę uniknąć ludzi, których czeka niepełnosprawna starość, nigdy nie wyrobili w sobie nawyku aktywności fizycznej. Rumuńska służba zdrowia z pewnością nie ma świetlanej przyszłości.
Gdy w końcu docieram do drogi nr 1, co już samo w sobie brzmi złowieszczo, czeka mnie 10 km jazdy przez piekło. To raj dla rumuńskich tirów i piekło dla rowerzysty, ale nie mam alternatywy, innej drogi nie ma. Muszę oddać daninę za tę większość dnia spędzoną z dala od psycholi drogowych. Większość dnia jechałem przez rzadko zaludnione góry, syciłem się przestrzenią i pustkami osadniczymi. Przejazd rumuńską jedynką zajmuje mi poniżej pół godziny, ale przy pierwszej okazji uciekam z poczuciem wielkiej ulgi na lokalną drogę. Nocleg znajduję znów w przyjemnej scenerii zarastających dawnych pastwisk, przed wsią Tusa. Liczę na to, że to już ostatni mój nocleg w Rumunii.

Poiana Horea zagubiona wśród gór i lasów. Nie licząc zagrożenia atakami psów jest tu przyjaźnie i pięknie.

Droga 1R zwana Transursoaia czyli Transniedźwiedzią jest jedną z bardziej niezwykłych dróg Rumunii. Widok na zalew Belis, który objeżdżałem dookoła.

Cetatea Bologa. Wszystko za darmo a wkład finansowy by udostępnić ruiny warowni musiał być spory...
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324039
Dystans116.11 km Czas08:05 Vśrednia14.36 km/h Podjazdy1930 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 21: W Rudawach Siedmiogrodzkich
Kolejną noc padało i rano tropik ponownie nadaje się do wykręcania. Z porannego letargu wybudzają mnie rzecz jasna wściekłe ataki psów (4 ataki tylko o poranku) a przez piękne wulkaniczne pejzaże Rudaw Siedmiogrodzkich muszę jechac fatalną drogą, która w zasadzie miejscami zanika. Pojawiają się zerodowane betonowe płyty, tasiemcowe serpentyny, no i deszcz. Jak na takie pozornie niepozorne góry jest całkiem trudno a dzień będzie miał charakter typowo górski.
Na drogach jest stabilnie: gdy tylko wraca lepszy asfalt robi się nieprzyjemnie, wyłażą na światło dziennie różne komiczne pickupy i nadbudowane stare dacie. Lepiej też nie zerkać do lasu czy potoku. W potoku Ampoi upatrzę na przykład pokaźną lodówkę która robiła fikołki, bo utknęła w bystrzu za wodospadem... Wraz z upływem dnia będzie coraz ciężej, coraz więcej chmur i deszczu.
Dobry kilometr za wsią Budeni trafi się kolejne malownicze święte źródełko. Są ławy, niewielkie zadaszenie i starsi ludzie z... wiadrami. Po napełnieniu ich telepią się z kilkunastoma litrami do swoich chałup... Od 13 do 18 przetoczą się po mnie 3 potężne ulewy. Potem deszcz zleje mnie jeszcze przed 21, tuż przed noclegiem. W deszczu i chłodzie będę rozbijał namiot na zanikającej górskiej stokówce. Ponad wsią Matisesti, której ciągnące się w nieskończoność przysiółki nieomal doprowadziły mnie do rozpaczy.

Wulkaniczny ostaniec wznoszący się ponad 300 metrów nad drogą we wsi Balsa

Almasu Mare - pomnik poległych za Wielką Rumunię w wojnach światowych.

Okolice Abrud. Tradycyjna zabudowa.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49323988
Kolejną noc padało i rano tropik ponownie nadaje się do wykręcania. Z porannego letargu wybudzają mnie rzecz jasna wściekłe ataki psów (4 ataki tylko o poranku) a przez piękne wulkaniczne pejzaże Rudaw Siedmiogrodzkich muszę jechac fatalną drogą, która w zasadzie miejscami zanika. Pojawiają się zerodowane betonowe płyty, tasiemcowe serpentyny, no i deszcz. Jak na takie pozornie niepozorne góry jest całkiem trudno a dzień będzie miał charakter typowo górski.
Na drogach jest stabilnie: gdy tylko wraca lepszy asfalt robi się nieprzyjemnie, wyłażą na światło dziennie różne komiczne pickupy i nadbudowane stare dacie. Lepiej też nie zerkać do lasu czy potoku. W potoku Ampoi upatrzę na przykład pokaźną lodówkę która robiła fikołki, bo utknęła w bystrzu za wodospadem... Wraz z upływem dnia będzie coraz ciężej, coraz więcej chmur i deszczu.
Dobry kilometr za wsią Budeni trafi się kolejne malownicze święte źródełko. Są ławy, niewielkie zadaszenie i starsi ludzie z... wiadrami. Po napełnieniu ich telepią się z kilkunastoma litrami do swoich chałup... Od 13 do 18 przetoczą się po mnie 3 potężne ulewy. Potem deszcz zleje mnie jeszcze przed 21, tuż przed noclegiem. W deszczu i chłodzie będę rozbijał namiot na zanikającej górskiej stokówce. Ponad wsią Matisesti, której ciągnące się w nieskończoność przysiółki nieomal doprowadziły mnie do rozpaczy.

Wulkaniczny ostaniec wznoszący się ponad 300 metrów nad drogą we wsi Balsa

Almasu Mare - pomnik poległych za Wielką Rumunię w wojnach światowych.

Okolice Abrud. Tradycyjna zabudowa.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49323988
Dystans120.46 km Czas06:38 Vśrednia18.16 km/h Podjazdy622 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 20: Okolice Hunedoary
Moja noclegowa miejscówka okazała się być jeszcze lepsza niż wyglądała. Z wielkim bólem ruszam się z tego rajskiego zakątka. Czeka mnie ciąg dalszy drogowego piekła. Wracają ataki wściekłych psów. Zużyję do końca drugi gaz pieprzowy - na cztery psy naraz. Pod koniec dnia zostanę jeszcze zaatakowany przez zgraję 6 psów, to będą jednak zwykłe zajadłe kundle, a nie typowe dla Rumunii potężne psy-potwory. Poza psami przy drogach często widuję przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Są zdecydowanie mniej agresywne. Wielką satysfakcję daje mi kilka sprasowanych trucheł psów, które mijam tego dnia na drogach. Zresztą tu kolejna refleksja: takiej liczby zabitych na drogach psów nie widziałem jeszcze nigdzie. Nigdy mnie ten widok nie cieszył, w Rumunii jest inaczej... Ujadanie psów towarzyszy mi przez wiele wsi. Martwy pies ma wiele zalet: nie atakuje bez powodu i nie ujada.
Realizuję tego dnia moje cele turystyczne - nawiedzam romańskie kościoły w Densus i Strei, podziwiam imponujący, "prawdziwy" zamek Draculi w Hunedoarze. Podoba mi się miasteczko Hateg - jest tu skwer i fikuśne wodopoje. Wszystkie wioski po drodze były sympatyczne, a ruch niewielki (i jednocześnie dobry asfalt - rzadkie połączenie w Rumunii). Robię tu zakupy. Uśmiecham się na widok romskich pałaców na przedmieściach Hunedoary. Najbardziej cieszy mnie jednak, że nie skończyłem wprasowany w asfalt, jak wielu z moich psich prześladowców.
Jazda drogą nr 66 jest zbliżona konsystencją do drogi nr 68, przejazd tędy to igranie ze śmiercią lub kalectwem, ale uparłem się by zobaczyć romański kościółek w Strei. Muszę zresztą jakoś dotrzeć do tej pieprzonej Hunedoary. Wiedzie tam droga 687 wyglądem przypominająca rozpaloną autostradę. Gdy w dodatku zaczyna się wznosić, uciekam do lokalnych wiosek o wdzięcznych nazwach Nadastia. W samej Hunedoarze długo krążę jak ćma wokół zamczyska. Robi imponujące wrażenie, ale jest niefotogeniczny. Trudno go podejść, a spędzam sporo czasu w okolicznych uliczkach i znikąd ładnego, nietypowego ujęcia. Te potencjalne są zagrodzone i accesul intercizis, cóż zrobić? Mam wielkie uczucie niedosytu. Zamek wielkiego wodza Jana Hunyadego i sławnego króla Macieja Korwina okazał się być bardzo nieprzystępny z bliska.
Za Hunedoarą, by uniknąć śmierci nagłej na rumuńskiej drodze nr 7 wybiorę szlak rowerowy (tak twierdzili zabawni Czesi z mapy.cz). Szlak okaże się zablokowany, a to czym dało się jechać... no właśnie, tym w zasadzie nie dało się jechać, ale był to znów wybór między dżumą a cholerą. Wybrałem cholerę i gdy dotarłem do długo wyczekiwanej wioski Saulesti zostałem zaatakowany przez wspomnianą watahę 6 kundli... Potem przejeżdżałem w pobliżu niezwykle interesującego Arboretumul Simeria o powierzchni 70 ha. To rezerwat dendrologiczny na obszarze dawnego parku pałacowego z największą w Rumunii kolekcją drzew i krzewów (2000 taksonów).
Na koniec dnia, u podnóża Rudaw Siedmiogrodzkich, w wiosce Geoagiu romskie dzieci ustawiają się w szpaler i przybijają mi piątki. Miejscami w wiosce daje się wyczuć ten przysłowiowy brud, smród i ubóstwo. Opuszczam wieś atakowany przez psy a odgłosy ujadania towarzyszą mi jeszcze długo potem. Rozbiję się na nocleg w spokojnej dolinie Ardeului. Tuż obok zadziwiająco spokojnej lokalnej drogi.

Strei - romański kościół

Romski pałacodom

Zamek Corvinilor w Hunedoarze
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49320759
Moja noclegowa miejscówka okazała się być jeszcze lepsza niż wyglądała. Z wielkim bólem ruszam się z tego rajskiego zakątka. Czeka mnie ciąg dalszy drogowego piekła. Wracają ataki wściekłych psów. Zużyję do końca drugi gaz pieprzowy - na cztery psy naraz. Pod koniec dnia zostanę jeszcze zaatakowany przez zgraję 6 psów, to będą jednak zwykłe zajadłe kundle, a nie typowe dla Rumunii potężne psy-potwory. Poza psami przy drogach często widuję przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Są zdecydowanie mniej agresywne. Wielką satysfakcję daje mi kilka sprasowanych trucheł psów, które mijam tego dnia na drogach. Zresztą tu kolejna refleksja: takiej liczby zabitych na drogach psów nie widziałem jeszcze nigdzie. Nigdy mnie ten widok nie cieszył, w Rumunii jest inaczej... Ujadanie psów towarzyszy mi przez wiele wsi. Martwy pies ma wiele zalet: nie atakuje bez powodu i nie ujada.
Realizuję tego dnia moje cele turystyczne - nawiedzam romańskie kościoły w Densus i Strei, podziwiam imponujący, "prawdziwy" zamek Draculi w Hunedoarze. Podoba mi się miasteczko Hateg - jest tu skwer i fikuśne wodopoje. Wszystkie wioski po drodze były sympatyczne, a ruch niewielki (i jednocześnie dobry asfalt - rzadkie połączenie w Rumunii). Robię tu zakupy. Uśmiecham się na widok romskich pałaców na przedmieściach Hunedoary. Najbardziej cieszy mnie jednak, że nie skończyłem wprasowany w asfalt, jak wielu z moich psich prześladowców.
Jazda drogą nr 66 jest zbliżona konsystencją do drogi nr 68, przejazd tędy to igranie ze śmiercią lub kalectwem, ale uparłem się by zobaczyć romański kościółek w Strei. Muszę zresztą jakoś dotrzeć do tej pieprzonej Hunedoary. Wiedzie tam droga 687 wyglądem przypominająca rozpaloną autostradę. Gdy w dodatku zaczyna się wznosić, uciekam do lokalnych wiosek o wdzięcznych nazwach Nadastia. W samej Hunedoarze długo krążę jak ćma wokół zamczyska. Robi imponujące wrażenie, ale jest niefotogeniczny. Trudno go podejść, a spędzam sporo czasu w okolicznych uliczkach i znikąd ładnego, nietypowego ujęcia. Te potencjalne są zagrodzone i accesul intercizis, cóż zrobić? Mam wielkie uczucie niedosytu. Zamek wielkiego wodza Jana Hunyadego i sławnego króla Macieja Korwina okazał się być bardzo nieprzystępny z bliska.
Za Hunedoarą, by uniknąć śmierci nagłej na rumuńskiej drodze nr 7 wybiorę szlak rowerowy (tak twierdzili zabawni Czesi z mapy.cz). Szlak okaże się zablokowany, a to czym dało się jechać... no właśnie, tym w zasadzie nie dało się jechać, ale był to znów wybór między dżumą a cholerą. Wybrałem cholerę i gdy dotarłem do długo wyczekiwanej wioski Saulesti zostałem zaatakowany przez wspomnianą watahę 6 kundli... Potem przejeżdżałem w pobliżu niezwykle interesującego Arboretumul Simeria o powierzchni 70 ha. To rezerwat dendrologiczny na obszarze dawnego parku pałacowego z największą w Rumunii kolekcją drzew i krzewów (2000 taksonów).
Na koniec dnia, u podnóża Rudaw Siedmiogrodzkich, w wiosce Geoagiu romskie dzieci ustawiają się w szpaler i przybijają mi piątki. Miejscami w wiosce daje się wyczuć ten przysłowiowy brud, smród i ubóstwo. Opuszczam wieś atakowany przez psy a odgłosy ujadania towarzyszą mi jeszcze długo potem. Rozbiję się na nocleg w spokojnej dolinie Ardeului. Tuż obok zadziwiająco spokojnej lokalnej drogi.

Strei - romański kościół

Romski pałacodom

Zamek Corvinilor w Hunedoarze
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49320759
Dystans127.99 km Czas07:19 Vśrednia17.49 km/h Podjazdy1161 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 19: Koszmar drogi nr 68
W nocy okazało się trochę padać a poranna mgła była potężna - tropik nadaje się do wykręcania. Zaczynam od zakupów w mieście Resita. Potem jadę przez niestety dość tradycyjne wsie - pustynie, pozbawione drzew. Szczęśliwie po wielkim przesileniu morderczy upał pozostał wspomnieniem, ale widząc całe wsie pozbawione cienia czuje się dalej nieswojo. Cmentarze po wioskach też są pozbawione jakiegokolwiek cienia. To co jest dziwne i nietypowe a godne odnotowania, to brak ataków psów i to przez cały dzień. Chyba pierwszy taki dzień w Rumunii. Zmierzać będę cały dzień na wschód - z powrotem do Transylwanii, chcę jeszcze zobaczyć okolice Hunedoary.
Za Caransebes zaczyna się remont permanentny. Korek za miastem ciągnie się 6 km. Początkowo mam nawet z tego dużo radochy. Oglądanie tych wszystkich miłośników zapierdalania uwięzionych na jednym pasie ruchu daje mi silną i złośliwą satysfakcję. Przestaje mi być wesoło jak kolejne tiry próbują mnie celowo spychać z drogi. Dziś sobie przypominam, że rumuńscy tirowcy identycznie zachowują się także w Polsce. W ich towarzystwie czuję się na tych znakomitych nieraz asfaltach istotniejszych rumuńskich dróg jak zaszczute zwierzę. Gdy widzę w lusterku sylwetkę rumuńskiego tira kulę się w sobie i zaciskam zęby. Może znów mi się uda i wrócę cało do domu. Nie jest to przewodni motyw urlopu, który chciałbym w przyszłości powtarzać. Ten niepokój odbiera radość z nawet najpiękniejszych widoków. Jazda na rowerze powinna dawać radość a nie być rosyjską ruletką: trafi czy nie trafi?
Odpoczynku od psychopatów w tirach szukam aż kilka razy nad tutejszą rzeką. Zwie się Bistrita, a jak rzeka w Rumunii zwie się Bystrzyca to należy spodziewać się brązowej brei pełnej śmieci. Dokładnie tak jest też w tym przypadku. Śmieci suną sobie miarowo z nurtem, brzegi rzeki są zaś wielkim wysypiskiem i łatwiej byłoby wymienić czego tam nie widziałem, jeśli o śmieci chodzi. Zjechałem dobrze i wnikliwie francuską i niemiecką prowincję i nigdy nie trafiłem choćby na namiastkę takich widoków. Od wielu lat śpię na dziko i nigdy nie trafiłem w tych krajach na usypiska śmieci w lasach. Nawet na takie malutkie, symboliczne oazy śmieci. Nic z tych rzeczy. Stosunek do zaśmiecania otoczenia, własnej okolicy jest dla mnie najlepszą miarą europejskości. Rumuni daleko są od Europy w tym względzie, są nawet zauważalnie za Polską (a nie brak u nas dzikich wysypisk i konsekwentnego zwyczaju zaśmiecania poboczy dróg). Mają przepiękny krajobrazowo kraj i robią z niego śmietnik.
Generalnie przejazd przez Rumunię to ciągły wybór między dżumą a cholerą. Na głównych drogach znajdziemy świetne nawierzchnie zadżumione rumuńskimi sebiksami i jeszcze gorszymi od nich tirowcami. Każdy zbliżający się pojazd będzie budził instynktownie niepokój. Lokalne drogi będą pozbawione tego rodzaju strachu, pojawi się inny: ataki wściekłych pasterskich psów i drastyczne, czasami wręcz groteskowo złe nawierzchnie. Żaden wybór nie jest dobry, dlatego nie jest kraj o którym napisałbym, że z chęcią wrócę. To nie jest dobry wybór na rozkoszną rowerową rekreację. Tu się nie da odprężyć, trzeba zachować czujność, bo zagrożenie może czaić się w wielu miejscach. Nieraz musiałem robić przerwy, by odetchnąć psychicznie. Dopiero w pewnej odległości od jezdni czułem się bezpiecznie.
Drum in lucra - roboty drogowe i ciągły niepokój towarzyszyć będą mi dopóki nie zjadę z drogi DN68. Oczywiście będą po drodze dwa miejsca które bardzo mi się spodobają. Wieś Glimboca była pełna zieleni i drzew. Nie jest to wcale rumuński standard, warto więc ją docenić. We wsi Bautar znalazłem z kolei bardzo przyjemne schronienie przed deszczem. Była to wiata przy cerkwi. Jadłem tam sobie ciasteczka "Rom" w barwach Rumunii. Ten charakterystyczny, radosny i twórczy patriotyzm jest w Rumunii mocno obecny. To akurat zjawisko pozytywne. Rumuni uwielbiają swoje barwy narodowe i eksponują je na wiele różnych sposobów.
Drogę 68 opuszczę dopiero za starą dacka osadą Sarmizegetusa. Będę się przyglądał z zainteresowaniem, ale bez entuzjazmu, tutejszym rekonstrukcjom. Gdy zjadę do położonej na uboczu wioski Pesteana, nagle trafię do jednej z tych rumuńskich oaz spokoju. Jednocześnie dobre asfalty i niewielki ruch. Dzieciaki grają z dorosłymi w piłkę na środku drogi. Uśmiechamy się do siebie wzajemnie. Nie gonią mnie tu psy i ogólnie nic nie chce mnie zabić. Są takie wsie w Rumunii, europejskie oazy normalności. Za tą idylliczną wioską droga się wznosi ukazując widok na piękne góry Retezat, u podnóża których jechałem przełomem Czerny. Okolica jest przepiękna. Rozbijam namiot na kawałku nieużytku osłoniętym polem kukurydzy. Z namiotu mam widok, którego nie powstydziłby się żaden kraj w Europie. Musiałem jednak sporo wycierpieć, by zasypiać w takiej scenerii.

Miasto Carancebes

Sarmizegetusa - rekonstrukcja dackiej osady

Ponad wsią Pesteana. Widok na grań gór Retezat. Przepięknie.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49319833
W nocy okazało się trochę padać a poranna mgła była potężna - tropik nadaje się do wykręcania. Zaczynam od zakupów w mieście Resita. Potem jadę przez niestety dość tradycyjne wsie - pustynie, pozbawione drzew. Szczęśliwie po wielkim przesileniu morderczy upał pozostał wspomnieniem, ale widząc całe wsie pozbawione cienia czuje się dalej nieswojo. Cmentarze po wioskach też są pozbawione jakiegokolwiek cienia. To co jest dziwne i nietypowe a godne odnotowania, to brak ataków psów i to przez cały dzień. Chyba pierwszy taki dzień w Rumunii. Zmierzać będę cały dzień na wschód - z powrotem do Transylwanii, chcę jeszcze zobaczyć okolice Hunedoary.
Za Caransebes zaczyna się remont permanentny. Korek za miastem ciągnie się 6 km. Początkowo mam nawet z tego dużo radochy. Oglądanie tych wszystkich miłośników zapierdalania uwięzionych na jednym pasie ruchu daje mi silną i złośliwą satysfakcję. Przestaje mi być wesoło jak kolejne tiry próbują mnie celowo spychać z drogi. Dziś sobie przypominam, że rumuńscy tirowcy identycznie zachowują się także w Polsce. W ich towarzystwie czuję się na tych znakomitych nieraz asfaltach istotniejszych rumuńskich dróg jak zaszczute zwierzę. Gdy widzę w lusterku sylwetkę rumuńskiego tira kulę się w sobie i zaciskam zęby. Może znów mi się uda i wrócę cało do domu. Nie jest to przewodni motyw urlopu, który chciałbym w przyszłości powtarzać. Ten niepokój odbiera radość z nawet najpiękniejszych widoków. Jazda na rowerze powinna dawać radość a nie być rosyjską ruletką: trafi czy nie trafi?
Odpoczynku od psychopatów w tirach szukam aż kilka razy nad tutejszą rzeką. Zwie się Bistrita, a jak rzeka w Rumunii zwie się Bystrzyca to należy spodziewać się brązowej brei pełnej śmieci. Dokładnie tak jest też w tym przypadku. Śmieci suną sobie miarowo z nurtem, brzegi rzeki są zaś wielkim wysypiskiem i łatwiej byłoby wymienić czego tam nie widziałem, jeśli o śmieci chodzi. Zjechałem dobrze i wnikliwie francuską i niemiecką prowincję i nigdy nie trafiłem choćby na namiastkę takich widoków. Od wielu lat śpię na dziko i nigdy nie trafiłem w tych krajach na usypiska śmieci w lasach. Nawet na takie malutkie, symboliczne oazy śmieci. Nic z tych rzeczy. Stosunek do zaśmiecania otoczenia, własnej okolicy jest dla mnie najlepszą miarą europejskości. Rumuni daleko są od Europy w tym względzie, są nawet zauważalnie za Polską (a nie brak u nas dzikich wysypisk i konsekwentnego zwyczaju zaśmiecania poboczy dróg). Mają przepiękny krajobrazowo kraj i robią z niego śmietnik.
Generalnie przejazd przez Rumunię to ciągły wybór między dżumą a cholerą. Na głównych drogach znajdziemy świetne nawierzchnie zadżumione rumuńskimi sebiksami i jeszcze gorszymi od nich tirowcami. Każdy zbliżający się pojazd będzie budził instynktownie niepokój. Lokalne drogi będą pozbawione tego rodzaju strachu, pojawi się inny: ataki wściekłych pasterskich psów i drastyczne, czasami wręcz groteskowo złe nawierzchnie. Żaden wybór nie jest dobry, dlatego nie jest kraj o którym napisałbym, że z chęcią wrócę. To nie jest dobry wybór na rozkoszną rowerową rekreację. Tu się nie da odprężyć, trzeba zachować czujność, bo zagrożenie może czaić się w wielu miejscach. Nieraz musiałem robić przerwy, by odetchnąć psychicznie. Dopiero w pewnej odległości od jezdni czułem się bezpiecznie.
Drum in lucra - roboty drogowe i ciągły niepokój towarzyszyć będą mi dopóki nie zjadę z drogi DN68. Oczywiście będą po drodze dwa miejsca które bardzo mi się spodobają. Wieś Glimboca była pełna zieleni i drzew. Nie jest to wcale rumuński standard, warto więc ją docenić. We wsi Bautar znalazłem z kolei bardzo przyjemne schronienie przed deszczem. Była to wiata przy cerkwi. Jadłem tam sobie ciasteczka "Rom" w barwach Rumunii. Ten charakterystyczny, radosny i twórczy patriotyzm jest w Rumunii mocno obecny. To akurat zjawisko pozytywne. Rumuni uwielbiają swoje barwy narodowe i eksponują je na wiele różnych sposobów.
Drogę 68 opuszczę dopiero za starą dacka osadą Sarmizegetusa. Będę się przyglądał z zainteresowaniem, ale bez entuzjazmu, tutejszym rekonstrukcjom. Gdy zjadę do położonej na uboczu wioski Pesteana, nagle trafię do jednej z tych rumuńskich oaz spokoju. Jednocześnie dobre asfalty i niewielki ruch. Dzieciaki grają z dorosłymi w piłkę na środku drogi. Uśmiechamy się do siebie wzajemnie. Nie gonią mnie tu psy i ogólnie nic nie chce mnie zabić. Są takie wsie w Rumunii, europejskie oazy normalności. Za tą idylliczną wioską droga się wznosi ukazując widok na piękne góry Retezat, u podnóża których jechałem przełomem Czerny. Okolica jest przepiękna. Rozbijam namiot na kawałku nieużytku osłoniętym polem kukurydzy. Z namiotu mam widok, którego nie powstydziłby się żaden kraj w Europie. Musiałem jednak sporo wycierpieć, by zasypiać w takiej scenerii.

Miasto Carancebes

Sarmizegetusa - rekonstrukcja dackiej osady

Ponad wsią Pesteana. Widok na grań gór Retezat. Przepięknie.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49319833
Dystans103.42 km Czas06:25 Vśrednia16.12 km/h Podjazdy1490 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 18: Góry Banatu
Leje mocno całą noc, pada także nad ranem i do południa. Akurat przestaje gdy zbliżam się do wodospadu Bigar. Jadę przez rejony Rumunii znane głównie miejscowym, rumuńskim turystom. Nad ranem, mimo deszczu, bardzo podoba mi się w dolinie rzeki Buceava. Wsie są ładnie zabudowane i autentyczne. Dużo biedy i starszych ludzi, mało aut. Gdy podjeżdżam w intensywnym deszczu na kulimację grzbietu, widok jest tak przejmujący (strój nurka), że staruszkowie popadają w niezręczne milczenie (siedzieli dość masowo pod okapami chałup). Obserwują mnie kontem oka, z uroczą dyskrecją.
W kolejnej dolinie (Nery) między wsiami ciągną się piękne aleje morw, ale wszystkie drzewa są już dawno objedzone z owoców. Zostały tylko plamy na asfalcie... Kolejną doliną rzeki (Minis) jedzie się również bardzo przyjemnie, tym bardziej że przestaje padać. Asfalt jest znowu znakomity. Wysuszę sobie na postoju namiot, zjem co nieco, nacieszę się sytuacją, że nic już nie muszę, bo osiągnąłem wszystkie istotne cele i zacząłem tzw. długi powrót do domu. Góry przez które jadę mają niby miejscami ciekawą krasową budowę i są generalnie górami łupkowymi z wstawkami wapiennymi, ale formy te są raczej niewielkie. W każdym razie odwiedzam Park Narodowy Cheile Nerei-Beușniț i Park Narodowy Semenic - Cheile Carașului.
Cały dzień ma bieg leniwy, a zbierająca się kolejna burza zachęca mnie do przedwczesnego udania się na spoczynek. Burza rozchodzi się po kościach, ale ja znajduję piękne łąki przed miastem Resita i na grzbiecie, niewidoczny z drogi, układam się do snu. Tak oto całkowicie bez napinki i w rekreacyjnym trybie spędziłem mój pierwszy nieupalny dzień w Rumunii. Tego było mi trzeba.

Wodospad Bigar. Park Narodowy Cheile Nerei-Beușniț

Sopotu Nou

Miasto Anina. Brzydkawe, choć góry tutejsze dość kopczykowate, ładne.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49316835
Leje mocno całą noc, pada także nad ranem i do południa. Akurat przestaje gdy zbliżam się do wodospadu Bigar. Jadę przez rejony Rumunii znane głównie miejscowym, rumuńskim turystom. Nad ranem, mimo deszczu, bardzo podoba mi się w dolinie rzeki Buceava. Wsie są ładnie zabudowane i autentyczne. Dużo biedy i starszych ludzi, mało aut. Gdy podjeżdżam w intensywnym deszczu na kulimację grzbietu, widok jest tak przejmujący (strój nurka), że staruszkowie popadają w niezręczne milczenie (siedzieli dość masowo pod okapami chałup). Obserwują mnie kontem oka, z uroczą dyskrecją.
W kolejnej dolinie (Nery) między wsiami ciągną się piękne aleje morw, ale wszystkie drzewa są już dawno objedzone z owoców. Zostały tylko plamy na asfalcie... Kolejną doliną rzeki (Minis) jedzie się również bardzo przyjemnie, tym bardziej że przestaje padać. Asfalt jest znowu znakomity. Wysuszę sobie na postoju namiot, zjem co nieco, nacieszę się sytuacją, że nic już nie muszę, bo osiągnąłem wszystkie istotne cele i zacząłem tzw. długi powrót do domu. Góry przez które jadę mają niby miejscami ciekawą krasową budowę i są generalnie górami łupkowymi z wstawkami wapiennymi, ale formy te są raczej niewielkie. W każdym razie odwiedzam Park Narodowy Cheile Nerei-Beușniț i Park Narodowy Semenic - Cheile Carașului.
Cały dzień ma bieg leniwy, a zbierająca się kolejna burza zachęca mnie do przedwczesnego udania się na spoczynek. Burza rozchodzi się po kościach, ale ja znajduję piękne łąki przed miastem Resita i na grzbiecie, niewidoczny z drogi, układam się do snu. Tak oto całkowicie bez napinki i w rekreacyjnym trybie spędziłem mój pierwszy nieupalny dzień w Rumunii. Tego było mi trzeba.

Wodospad Bigar. Park Narodowy Cheile Nerei-Beușniț

Sopotu Nou

Miasto Anina. Brzydkawe, choć góry tutejsze dość kopczykowate, ładne.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49316835
Dystans140.10 km Czas07:44 Vśrednia18.12 km/h VMAX53.18 km/h Podjazdy1775 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 17: Potęga Dunaju w przełomie Żelaznej Bramy
Królewski etap, ostatni z wielkich celów. Tym ostatnim na liście wielkich celów w Rumunii był dla mnie przełom Żelaznej Bramy. Dunaj jest prawdziwym rzecznym królem Europy. Przejechałem rowerem do tego momentu wszystkie jego przełomy, poza tym właśnie. Rzeka ma tu często ponad 2 km szerokości. Skarpy i stoki są totalnie niezabezpieczone i kilka razy spadały przede mną spore odłamki i głazy. Towarzyszy mi ponownie upał, osiągnie ponad 36 stopni w legendarnym cieniu (którego nikt w Rumunii raczej po wioskach nie widział), a dzień skończy się wielkim deszczobiciem i zmianą trendu pogodowego z męczącego upału na męczącą serię burz.
Zanim jednak wymęczy mnie upał i chroniczny brak cienia będę sycił się pustkami na drodze. Zarośla tworzą tu perukowce, ajlanty, orzechy włoskie, morwy i amorfy. Widuję w ogródkach spore figowce pełne fig. Rozbrzmiewają wkoło cykady. Gdy trafiam w końcu jakiś daszek, zatrzymują się natychmiast zmotoryzowani Rumuni po to, by wyrzucić kilka worków śmieci do tutejszego przydrożnego śmietnika. Wiadomo, publiczne, to niczyje. Na szczęście po drugiej stronie drogi jest święte źródełko. Woda cudownie chłodna i krystaliczna. Uzupełniam zapasy i funduję sobie zimny prysznic, przez chwilę jest cudownie.
Upał i zaduch sprawiają, że odcinek, który miał być jednym z łatwiejszych zamienia się w umieralnię. Po 100 km wzdłuż rzeki odbijam na północ, do miejscowości Moldova Noua. Zbierają się burzowe chmury, dzwonię do Polski i... bliskość Serbii sprawia, że zżarło mi z konta 180 zł... Zostaję bez połączeń i Internetu. W dodatku zbiera się na burzę, robi się bardzo parno. Żywioł dopada mnie na grzbiecie, przed wsią Carbunari. Gdy tak stoję przy drodze pochylony jak wypalona zapałka (by mniej mnie zalewało), lituje się nade mną Rumun w wieśwagenie, ale kłamię, że mi się bardzo podoba i ogólnie wszystko OK. Gdy przestaje tak gwałtownie padać rozbijam namiot na przedpolu wsi. Zanim jeszcze skończę, lunie znowu i padać będzie przez całą noc, lekko nawet nadwyrężając tropik. Swoją drogą, jak na "płaski" odcinek ,uzbierało się sporo przewyższeń.

Orszowa i Dunaj

Żelazna Brama - w uścisku Dunaju

Piękno ostatniego przełomu Dunaju

Znów w górę. Za Mołdową Nową. Zbiera się na potężne lanie...
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49316817
Królewski etap, ostatni z wielkich celów. Tym ostatnim na liście wielkich celów w Rumunii był dla mnie przełom Żelaznej Bramy. Dunaj jest prawdziwym rzecznym królem Europy. Przejechałem rowerem do tego momentu wszystkie jego przełomy, poza tym właśnie. Rzeka ma tu często ponad 2 km szerokości. Skarpy i stoki są totalnie niezabezpieczone i kilka razy spadały przede mną spore odłamki i głazy. Towarzyszy mi ponownie upał, osiągnie ponad 36 stopni w legendarnym cieniu (którego nikt w Rumunii raczej po wioskach nie widział), a dzień skończy się wielkim deszczobiciem i zmianą trendu pogodowego z męczącego upału na męczącą serię burz.
Zanim jednak wymęczy mnie upał i chroniczny brak cienia będę sycił się pustkami na drodze. Zarośla tworzą tu perukowce, ajlanty, orzechy włoskie, morwy i amorfy. Widuję w ogródkach spore figowce pełne fig. Rozbrzmiewają wkoło cykady. Gdy trafiam w końcu jakiś daszek, zatrzymują się natychmiast zmotoryzowani Rumuni po to, by wyrzucić kilka worków śmieci do tutejszego przydrożnego śmietnika. Wiadomo, publiczne, to niczyje. Na szczęście po drugiej stronie drogi jest święte źródełko. Woda cudownie chłodna i krystaliczna. Uzupełniam zapasy i funduję sobie zimny prysznic, przez chwilę jest cudownie.
Upał i zaduch sprawiają, że odcinek, który miał być jednym z łatwiejszych zamienia się w umieralnię. Po 100 km wzdłuż rzeki odbijam na północ, do miejscowości Moldova Noua. Zbierają się burzowe chmury, dzwonię do Polski i... bliskość Serbii sprawia, że zżarło mi z konta 180 zł... Zostaję bez połączeń i Internetu. W dodatku zbiera się na burzę, robi się bardzo parno. Żywioł dopada mnie na grzbiecie, przed wsią Carbunari. Gdy tak stoję przy drodze pochylony jak wypalona zapałka (by mniej mnie zalewało), lituje się nade mną Rumun w wieśwagenie, ale kłamię, że mi się bardzo podoba i ogólnie wszystko OK. Gdy przestaje tak gwałtownie padać rozbijam namiot na przedpolu wsi. Zanim jeszcze skończę, lunie znowu i padać będzie przez całą noc, lekko nawet nadwyrężając tropik. Swoją drogą, jak na "płaski" odcinek ,uzbierało się sporo przewyższeń.

Orszowa i Dunaj

Żelazna Brama - w uścisku Dunaju

Piękno ostatniego przełomu Dunaju

Znów w górę. Za Mołdową Nową. Zbiera się na potężne lanie...
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49316817