Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2024

Dystans całkowity:3323.53 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:197:19
Średnia prędkość:16.84 km/h
Maksymalna prędkość:59.29 km/h
Suma podjazdów:35475 m
Liczba aktywności:30
Średnio na aktywność:110.78 km i 6h 34m
Więcej statystyk
Dystans124.02 km Czas06:51 Vśrednia18.11 km/h Podjazdy1034 m
Rumunia 2024, dzień 7: Bukowina - piękna i bestia

Po niezbyt wygodnym noclegu w lesie ruszam przez przełęcz do Suczewity. Tym razem muszę zapłacić za wstęp na teren klasztoru. Zanim jednak zjawię się w bramach monastyru zrobię sobie śniadanie na cmentarzu. Nie brzmi to może najlepiej, ale czekał tam na mnie stół, ławki, zadaszenie i... kontakt z prądem. Żal było nie skorzystać.

Na drogach jest krytycznie, ale stabilnie. Zewsząd słychać trąbienie. Rozbawia ta skłonność do ograniczeń typu "30" po wioskach. Dla miejscowych jest to sugestia by nie jechać wolniej niż "60", ale to jest właśnie piękno różnic mentalnych. Poza dominującymi miłośnikami zapierdalania, zauważalny odsetek stanowią kierowcy różnych wynalazków typu skutery towarowe (jest coś takiego!) i oczywiście furmanki. Woźnice są tu najnormalniejszymi użytkownikami dróg, obok motocyklistów. Dlaczego akurat motocyklistów? Otóż zdecydowana większość motocyklistów to obcokrajowcy i  w tej grupie można spotkać użytkowników dróg najczęściej jeżdżących zgodnie z przepisami... Największymi chamami są tu zaś tirowcy, rdzenni, rumuńscy. Zostałem dwukrotnie po prostu zrzucony z drogi. Cóż, to nie jest kraj dla rowerzystów.

To już czwarty dzień i dalej jestem jedynym kosmitą-turystą na rowerze w tej części tzw. Europy. W dolinie Izy było trochę dziadków-rowerzystów jeżdżących z grabiami na pole (to byli jedyni faceci bez nadwagi lub otyłości, poza pasterzami, których obserwowałem w Rumunii), tu mental się już oczyścił z pedalarzy. Albo jedziesz autkiem, albo moplikiem, albo furmanką. Grunt żeby nie o własnych siłach, aktywność fizyczna ZABIJA, wie to każdy Rumun. 

Folklor tutejszy potrafi być wszakże uroczy. Co chwilę widzę przepiękne, zdobione obudowy studni. Niestety oryginalna zabudowa niknie w gąszczu nowych, bezstylowych chałup. Tak jak furmanki nikną wśród SUV-ów. Znika ten barwny świat, za 10 lat będą już tylko wieśwageny a zabudowa już tylko tynkowana, z blachodachówką. Zanim jednak ten świat zniknie, w Arbore szokuje mnie umiłowanie zieleni. Ludzie w tym zakątku Bukowiny cenią sobie drzewa i ogrody przydomowe. Jakby tego było mało - mają tu skwer. Taki z ławkami i drzewami! Europa! Rozkoszując się skwerowym cieniem obserwuję dojazd do tutejszego sklepu. Pojawia się furmanka: chłop z chłopką. Ona - ubrana od chustki aż po spódnicę  w piękny ludowy strój idzie do sklepu, on zostaje i pali peta. Pakę furmanki ma całą wyładowaną śmieciami. Przyznać trzeba, że pojemność tego "bagażnika" jest całkiem spora. 

Gdy jadę przez polskie wsie, już od Solcy, w przysiółku której gospodarstwo dostał wielki chłopski mściciel i organizacyjnie najwybitniejszy - poza Trauguttem - z przywódców polskich powstań - Jakub Szela, raduję się sporą ilością ogrodów i drzew. Wracają też bocianie gniazda. Omijam Kaczycę (to punkt obowiązkowy wycieczek autokarowych) ale w Sołońcu Nowym podziwiam tablice ku czci prez. Kwaśniewskiego, czytam ogłoszenia po polsku. Robi to na mnie pewne wrażenie, przyznaję. Nasłuchuję języka polskiego i faktycznie go słyszę w rozmowach na podwórkach! Sołoniec to jednak nie to. Tym bardziej że żegna mnie stado wściekłych i ujadających polskich kundli, biegających polskim zwyczajem samopas po drodze... Zachwyca mnie dopiero pięknie położona wieś Plesza. Jest tu Dom Polski, znów słyszę rodaków, zapisałem nawet frazę: "Dziad zrobił huśtańkę, że jak przyjadą dzieci, będą miały gdzie się bawić". Chwaliła się matka/babcia córce. 

Z atrakcji dnia zostają mi jeszcze piękne monastyry w Homorolui i Voronet. Dojazd do tego drugiego jest kwintesencją nowoczesnej rumuńskości. Zrobili tu pokazowy ddr, wszak turyści i te sprawy. Ponieważ jednak Rumun nie wysiada z auta, to skąd miał wiedzieć, że 30 cm to trochę za mało... Ostatni etap, z Gura Homurului do przedpola sporej wsi Malini mija mi znowu w koszmarnym stresie. Psychole na drodze jadą tak, jakby bardzo chcieli zakończyć mi dzień w szpitalu. Po 19 starsi ludzie wychodzą z domów i siadają na ławeczkach przy drodze, by obserwować samochody i sycić się zapachem spalin. O tej porze nie przeszkadza mi już tradycyjny niedobór drzew przydrożnych, ale gdy wyobrażam sobie jako główną rozrywkę starości obserwowanie samochodów z mojej pozbawionej drzew posesji, to robi mi się przykro...  Na nocleg rozbijam się w łęgu nadrzecznym, nad rzeką Mołdową. 

Suczewita. Monastyr. Sympatyczna siostra zakonna zmusiła mnie tu do kupna biletu, ale było warto. 10 lejowców to kosztowało. 

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299367
Dystans132.46 km Czas08:06 Vśrednia16.35 km/h Podjazdy1875 m
Rumunia 2024, dzień 6: Spotkania z pieseczkami

Fatalne przejazdy kolejowe, wielkie i groźne pasterskie psy atakujące rowerzystę na drodze publicznej, mrowie samochodów szkół nauki jazdy i totalny brak rowerzystów na drogach. To podstawowe wrażenia z tego dnia zapisane w moim "pamiętniczku". Jadąc rowerem przez Maramuresz i Bukowinę jestem totalnym dziwadłem. Rumuni wysiadają z autek tylko po to by wyrzucić śmieci do lasu lub pójść na stronę. By nie było jednostronnie, zauważam dużo bardzo grzecznych dzieci, mówią dzień dobry wszystkim nieznajomym :) 

Najcięższe chwile przeżywam w okolicach wioski Mestecăniș. Droga nr 17 ma znakomitą nawierzchnię, takich znakomitych dróg pokazowych jest w Rumunii całkiem sporo. Czym jednak lepszy asfalt tym więcej zjebów drogowych. Póki co jednak bardziej rzucają się w oczy gangi obcokrajowców: z Polski głównie motocykliści, z Francji i Włoch kamperowcy. Na drodze nr 17 jest też niestety dużo tirów, słońca i pod górkę. Jest też wąsko. 

Gdy udaje mi się ominąć Kimpulung Mołdawski rozpoczynam podjazd - dla odmiany całkiem spokojną - drogą 17A. Tenże podjazd na Pasul Trei Movile zachwyca widokami w arcybukowińskim stylu. Ależ tu jest pięknie: pod stromymi zboczami porośniętymi smrekami przysiadły liczne stodółki. Są też wszędzie dookoła - krajobraz upstrzony jest fikuśnymi stodółkami. Góry są tu przepiękne. W Maramuresz zachwycały mnie drewniane kościoły, za chwilę będą zachwycać mnie monastyry Bukowiny, ale akurat na tym magicznym podjeździe cały szoł skradły te stodółki. 

Niestety po każdym pięknym podjeździe przychodzi zjazd, a w dolinie jest wioska. Ujadanie psów niesie się już z daleka. Nie przejmuje się tym - liczę, że załapię się w złotej godzinie na zwiedzanie pierwszego ze światowej klasy klasztorów - tego we wsi Moldovita. Udaje mi się to, ba!, zwiedzam za darmo. Robię wspaniałe zdjęcia, po których nic nie zostało... Wyjeżdżając z wioski zostanę jednak gwałtownie zaatakowany przez gigantycznego psa pasterskiego. Ten psichuj po prostu próbował mnie staranować, jakimś cudem się nie wywróciłem, ale po raz pierwszy użyłem gazu pieprzowego. Odpuścił w oka mgnieniu... 

Ostatni etap okazał się znów ciągnąc w nieskończoność. Liczyłem, że rozbiję się bez problemu przed Pasul Ciumarna. No cóż, bez problemu, to można być w Rumunii co najwyżej rozszarpanym przez psa pasterskiego. Wzdłuż drogi, z obu stron, ciągnęły się nieustannie ogrodzenia lub zakazy wstępu. Zmierzch zbliżał się wielkimi krokami a ogrodzenia były nie do sforsowania. Do czasu. Był tak co prawda jakiś napis o psie, ale na kim by to w Rumunii zrobiło wrażenie? Władowałem się więc z rowerem na miła polankę i robiąc obchód przyszłego noclegu natknąłem się na zbudowany w środku lasu... kojec z rottweilerem. Gapił mi się prosto w oczy i nawet nie mrugnął. Stwierdziłem, że czas na odwrót, bo psychopata który przetrzymuje takiego psa w klatce, w środku lasu, jest zdolny do wszystkiego... Spasowałem i poszedłem spać do niewygodnego i ciemnego lasu po drugiej stronie drogi. 

Zdjęcie własne. Sprawdzałem prognozy w cieniu i tak sobie pstrykłem. Na szczęście. 

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49292823


Dystans130.07 km Czas08:09 Vśrednia15.96 km/h Podjazdy1702 m
Rumunia 2024, dzień 5: Maramuresz, gdzieś na krańcu Europy

Zrujnowane, rdzewiejące przystanki, obrosłe kurzem i pajęczynami, z dziurawymi daszkami. Piękne górskie potoki pełne śmieci, totalny brak przydrożnych drzew i wszechobecni miłośnicy zapierdalania na drodze. Brak części wspólnych we wsiach, brak skwerków, placów zabaw, ławek, czegokolwiek świadczącego o tym że są to lokalne społeczności. Niszczenie pejzażu dziwnymi instalacjami i jaskrawymi kolorami fasad. Straszny widok zabiedzonych, bezpańskich psów, kopanych nieraz dla rozrywki (to w końcu kraj z największą liczbą miłośników psów w Europie, dlatego nie dziwi mnie też skala krzywdy psów). No i stała obecność psich zabójców - wielkich psisk pasterskich gotowych, by w każdej chwili odgryźć nogę rowerzyście lub rozszarpać go na kawałki. Męczący styl jazdy kierowców polegający na ciągłym wciskaniu gazu na dobrej nawierzchni. Mijałem zresztą samochód zaparkowany po prostu na serpentynie drogi, na linii ciągłej. 

Rumuni mają już zabawki - dobrej jakości ważniejsze drogi i dobre samochody - wciąż jednak nie potrafią z nich korzystać. Nie rozumieją w ogóle pojęcia i wartości codziennej aktywności fizycznej. Śmieszni są też obcokrajowcy jadący przez Rumunię  z wielkimi pakami na dachach i napisami typu "Balkan Expedition". Przyjechali na safari. Czują się chyba pierwszymi odkrywcami, ktoś im powiedział że muszą wieźć z domu własne suchary i wodę do picia. Niczym Tony Halik będą robić pranie w misce, korzystając z wstrząsów na rumuńskich bezdrożach, ale póki co jadą po gładkich asfaltach i nie zbaczają z utartych szlaków. Nie wiem jak im pomóc. Co ciekawe bardzo licznie reprezentowani są w tej grupie... Czesi.

Generalnie motywem przewodnim dnia są piękne tutejsze drewniane kościoły. Oczywiście w ich otoczeniu zazwyczaj brakuje drzew.  Wymyślam więc relaks nad rzeką i pluskanie stópek. Chwila relaksu nad Izą jest jedną z bardziej traumatycznych. Nie wspomnę nawet o tym, że każdy skrawek zarośli był wysypiskiem śmieci. Bardziej szokujące było to, że na tym skrawku plaży, trzykrotnie próbowano mnie rozjechać terenówką!. Bo prawdziwy Rumun nie dojdzie do wody pieszo, to by go obrażało. On musi wjechać wprost do wody... 

W tym całym anturażu mentalnej patologii było też mnóstwo piękna, autentycznej kultury ludowej. Gdy się zachmurzyło i zbierało na burze, zjeżdżały z łąk koniki ciągnąc wozy obładowane sianem. Na łąkach dumnie stały stogi siana. Po wsiach nieraz wyplatane płoty i rzeźbione drewniane bramy. Wielu starszych ludzi w ludowych strojach, szczególnie kobiet, w tych czarnych, niedostosowanych do upału spódnicach. W dolinie Izy popularne były też stoiska z warzywami, prosto od rolnika. Nieraz imponowały tutejsze arbuzy, pomidory, papryki czy ogórki. Trafiają się piękne ujęcia wody. Motywy są albo ludowe albo prawosławno-świątkowe. W sumie na jedno wychodzi. 

Na koniec dnia mocno się zachmurza. Masyw Pietrosula znika w chmurach. Boję się, że lunie. Jak na złość Borsza ciągnie się w nieskończoność. Za hotelem Victoria odbijam więc w stromy łącznik, który doprowadza mnie do opuszczonego gospodarstwa. Nie ma tu żadnych psich niespodzianek, jest tylko kot dobrodziej. Znów mi się udało, przeżyłem kolejny dzień w Rumunii bez ran szarpanych. 

Budesti. Piękny kościół z listy UNESCO. Zdjęcie kradzione z powodu utraty własnych.

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49292715



Dystans153.15 km Czas09:11 Vśrednia16.68 km/h Podjazdy882 m
Rumunia 2024, dzień 4: Zderzenie z krajem kontrastów

Zaczynam aktywną część dnia od podziwiania ładnego kalwińskiego kościoła w Csenger i od razu próbuję przekroczyć granicę Schengen wałami z trasą rowerową. Uprzedza mnie jednak patrol węgierskiej straży granicznej, który gnał co sił na spotkanie ze mną. Cóż, muszę jednak jechać na przejście w Satu Mare. Tamże jest to dla obywateli szengeńskiej UE i tak formalność, więc robienie schodów na istniejącej już rumuńsko-węgierskiej trasie rowerowej wydaje się mocno komiczne. Dzięki nawiedzeniu oficjalnego przejścia mogłem z bliska obserwować wymianę tablic rejestracyjnych w samochodach sprowadzanych przez Mołdawian z UE... 

W Rumunii wita mnie znakomity asfalt, o niebo lepszy od tych którymi podróżowałem przez całe Węgry. Na przedmieściach Satu Mare podziwiam ładne domy. Mają ceramiczne dachówki i białe rolety na oknach. Jest trochę hiszpańsko. Gdy zbliżam się bardziej do centrum miasta, czar pryska. Panuje tu prawdziwie małopolski nieład przestrzenny. 

Wrażenia z Satu Mare są tylko wstępem do tego co czeka mnie dalej. Od kontrastów można dostać bólu głowy. Wybieram boczną drogę w kierunku Baia Mare. To w zasadzie pełen fałdowań asfaltu baaardzo długi pas startowy dla tutejszych bolidów młodych wieśniaków. Drzewa zostały wycięte z chirurgiczną precyzją, tak by nic nie przysłaniało słoneczka w ten uroczy dzień z wymarzoną temperaturą 33 stopni w cieniu. Cienia niestety nie ma. Gdy po minięciu wielu wsi trafiam w końcu - jakimś cudem - na ławeczkę w cieniu, jest ona zasypana małpkami. To w sumie za dużo powiedziane. Specyfiki nazywają się Mona (70%) i na etykiecie mają na wpół roznegliżowaną seksowną pielęgniarkę... Zaczynam czuć się lekko nieswojo.

Na drodze poza upałem i tempem jazdy kierowców męczy też natężenie ruchu, a to jest ta spokojniejsza droga... Przy drodze co jakiś czas mijam poletka śmieci. Pojawiają się wędrujące środkiem drogi gangi romskich podrostków, matki z dziećmi gromadzą się w osobnych stadkach. W okolicach Baia Mare zobaczę po raz pierwszy rozwieszone na płotach dywany z logo BMW i Mercedesa. Gdzieniegdzie rozbrzmiewa romski lub rumuński folk. Ta cała egzotyka jest całkowicie autentyczna, od dywanu do dywanu. Żeby się dalej nie znęcać, napomknę, że cieszył widok dorodnych kiści winogron w ogródkach i licznych bocianów. Jest też tzw. polska przedsiębiorczość, czyli każda wioska ma swojego żabkoida, trzeba też przyznać że ceny są w tych przybytkach wyraźnie niższe niż w Polsce. Na półkach cieszą też liczne tymbarki i hortexy. 

Jestem przytłoczony tym wszystkim, w szczególności upałem i kompletnym brakiem cienia. Jadę cały czas w 40 stopniach, bo tyle jest w słońcu. Decyduje się więc ominąć rozgrzane  Baia Mare i tym sposobem trafiam do najładniejszych rumuńskich wsi na tym etapie. Od Finteusu Mic aż po Sindresti jadę przez schludne, pełne zieleni wioski. Wszystko jest tu wypolerowane, asfalty doskonałe, czuję się jakbym wjechał do Szwajcarii. Jednego dnia przejechałem jakieś tajemnicze antypody mentalne, bo nawet kierowcy w tych wioskach są jacyś normalni, europejscy. Rozumiem, że mieszka w tych podmiejskich, schludnych wsiach, rumuńska klasa średnia, ale różnica z wioskami ludowymi przypomina bardziej przepaść niż wyszukiwanie niuansów. 

Końcówka dnia to powrót do niepowodzeń. Nie znajduję kościoła drewnianego w Danesti, no i mam problem ze znalezieniem miejscówki nadającej się na biwak. Zanim w końcu znajdę skrawek mniej pionowej ziemi, zostanę - po raz pierwszy - zaatakowany brutalnie przez wałęsające się po drodze wielkie psiska. Jest bardzo niebezpiecznie, nie używam gazu tylko dlatego, że nie miałem go od razu pod ręką. To ledwie jeden dzień w Rumunii, a wrażeń wystarczyłoby na tydzień jazdy po Hesji. I nie jest to wcale krytyka Hesji ;)

Satu Mare - akurat tutaj zrobiłem fotkę telefonem by pokazać rumuński ład urbanistyczny. No i ta jedna fotka mi została z całego dnia na pamiątkę. 

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262930



Dystans146.15 km Czas08:22 Vśrednia17.47 km/h Podjazdy487 m
Rumunia 2024, dzień 3: Węgierski marazm

Dzień zaczynam od wypadu na Słowację, na powrót do Chełmca, by zrobić zakupy w tutejszym Lidlu (dzień wcześniej był zamknięty). Mijam więc znowu groźne sylwetki madziarskich monarchów ze św. Istvanem Kiralym na czele. Zmierzam przez skraj południowej Słowacji do Wielkiego Kamieńca, by zobaczyć ruiny tutejszego hradu i przekroczyć ponownie bardzo tutaj umowną madziarską granicę... 

Moim celem jest Karcsa i romański, kalwiński kościółek. Okazuje się zresztą ofiarą brutalnej rekonstrukcji, jak większość węgierskiego romanizmu. Zawracam więc do ładnego kasztelu/zamkopałacu Magocsy we wsi Pacin. Tutaj znajduję wreszcie odpoczynek od coraz silniej palącego słońca. Są ławki, jest cień i święty spokój. Zajadam się owocami tutejszej starej, wielkiej morwy, bardzo brudzą ręce, ale są niebywale soczyste, choć zaskakująco mało słodkie. W przypałacowym parku rosną też potężne brzostownice. Z daleka biorę je zresztą za kolejne morwy i jestem bardzo zawiedziony, bo wszystkie dolne owoce starej morwy zdążyłem w międzyczasie objeść. Postój mi się wydłuża. Przyczynia się do tego sielankowy nastrój, obfitość cienia i fakt, że jestem jedynym bywalcem tego parku. 

Dalsza droga będzie obfitowała w płaskość, upał i pewną monotonię. Umilać mi ją będą widoki pięknie kwitnących albicji, kasztanów jadalnych czy tworzących zarośla przydrożne amorf krzewiastych. Gdzieniegdzie napotkam coraz modniejsze oxytree. Denerwować będzie dynamiczny styl jazdy Węgrów i długie proste odcinki dróg po idealnym płaskim. O samym pejzażu mogę powiedzieć właśnie tylko tyle, że był tak płaski, iż go nie zauważyłem :) No i zabudowa wiosek wskazywała na mocną stagnację. Wyglądały jak zakonserwowane  w końcu lat 90. 

Emocji tego dnia dostarczają mi głównie węgierskie ddr-y. Gdy tylko się pojawiają, sygnalizują je natychmiastowe zakazy jazdy na rowerze po jezdni. W rejonie miasta Mateszalka zetknąłem się ze sporymi połaciami lasów robiniowych. Całkowicie zszokowała mnie jednak droga na odcinku Nyirparasznya - Opalyi. W pewnym momencie się po prostu urwała i musiałem wlec rower po piasku. Był tak głęboki, że ledwo dało się pchać. Coraz częściej widziałem też romskie domostwa, które wyróżniajały się hmmm. estetyką. W ten sposób minęła mi reszta dnia i oczekiwanie zameldowałem się blisko rumuńskiej granicy. Ledwie trzy dni jazdy rowerem z Polski. Przed Tyukod odbiłem z asfaltu w pola kukurydzy i tamże zaległem na nocleg. Nie w samej kukurydzy rzecz jasna, na nieużytku blisko polnej drogi. Po raz pierwszy skorzystałem z kuchenki, bo na poprzednim noclegu uniemożliwiły mi to wściekłe szturmy komarzyc. 


Pacin - kasztel i park z lotu ptaka. Miejsce mojej rozkosznej rekreacji. Zdjęcie kradzione z Wikipedii.

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262469

Dystans161.76 km Czas09:15 Vśrednia17.49 km/h Podjazdy1191 m
Rumunia 2024, dzień 2: Bardzo wschodnia Słowacja

Drugi dzień okazuje się być pełnym zaskoczeń. Nie zaskakują mnie łanie i sarny, nawet nie zaskakuje mnie dobry asfalt na Przełęcz nad Roztokami (sprawdziłem to wcześniej na mapach); nie zaskakuje rekonstruowana po słowackiej stronie, brukowana Porta Rusica, zaskakuje mnie natomiast posiadłość letniskowa z wielkim szyldem "Polish embassy" i polską flagą, już po słowackiej stronie. Może jestem dziwny, ale napisałbym to po słowacku/ukraińsku. Miejscowi nie posługują się raczej na co dzień narzeczem Szekspira. Pretensjonalność tego napisu skłoniła mnie wiec do przemyśleń, że właściciel musi być rodem z Warszawy...

Urzeka mnie ta pustka parku narodowego Połoniny. Wokół nie ma żywego ducha. Tylko ja, łąki, lasy, połoniny. No, jest jeszcze pomnik sowieckich osowobodzicieli z II wojny światowej i cmentarz tychże, vojensky cintorin vo Vel'kej Pol'anie. Droga jest coraz lepszej jakości. Przejazd wzdłuż zbiornika Starina sprawia, że czuję się jedynym człowiekiem na świecie. Sporo przed wsią Stakczin pojawia się równie znakomita jak droga, specjalna droga rowerowa. Nie ma jej na żadnych mapach, ale istnieje w realu. Zapędzam się nią zresztą aż pod Sninę, no i musze się wracać... Przez Kalną Roztokę docieram do Ubli, czyli niemal na Ukrainę. Krajobraz jest cały czas piękny, taki łemkowski. Planowo zapędzam się do kolejnej granicznej wioski - Inowców. Długo telepię się szutrem wśród łąk i lasów. Za grzbietem mam Ukrainę, ale celem jest przepiękna cerkiewka św. Michała Archanioła w tychże Inowcach. Ależ boli mnie w tym miejscu brak własnych zdjęć. Tyle zachodu po nic... Miejscowi są świetnym przykładem integracji mniejszości z przyjazną większością. Zdecydowana większość mieszkańców (o bezsprzecznie ukraińskim pochodzeniu) deklaruje się jako Słowacy i prawosławni zarazem. Słyszałem też tutaj wyłącznie język słowacki. 

Kolejne kilometry zbliżają mnie do Niziny Węgierskiej. W Sobrancach orzeźwiam się liżąc... owocostany sumaka. Prof. Łuczaj znów wzbogacił moje podróżnicze doznania :) Generalnie gdy jadę przez te węgierskie wioski południowej Słowacji zwracam uwagę na spójną zabudowę. W Lekarowcach dobijam po raz ostatni na rzut kamieniem od Ukrainy. Do wsi prowadzi kilometrowej długości aleja orzechów włoskich. W samej wsi zauważam potężnego, pełnego owoców, figowca. Powszechnym widokiem stają się wysokie na jakieś 4 metry stelaże dla winorośli. Częstuję się po drodze słodziutkimi mirabelkami, mijam co chwilę rosnące jak chwasty samosiejki orzechów włoskich. Czuć klimatyczne południe. Trwają żniwa. Zastanawia mnie jednak brak otwartych sklepów... 

Troszkę negatywnych emocji na koniec dnia zapewnia mi dopiero Królewski Chełmiec. Kráľovský Chlmec lub jak głoszą niektóre napisy Királyhelmec. Obie nazwy nie uwzględniają najbardziej widocznej grupy mieszkańców - Romów. Rezygnuję więc ze skorzystania z jedynego otwartego sklepu (sorry, taki ze mnie rasista, ale mam swoje doświadczenia), który wygląda niczym romskie sanktuarium zakupowe. Udaję się na uherską stronę by poszukać dogodnego miejsca na biwak. Lokuję namiot na wzgórzu z ładnym widokiem. Za plecami mam koszmarny w swoim charakterze las robiniowy, a wokół całe stada komarów. Odganianie się od natrętów zastępuje mi zaprawę wieczorną. 


Kradziona fotka cerkiewki w Inowcach

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262383

Dystans82.80 km Czas04:49 Vśrednia17.19 km/h VMAX58.29 km/h Podjazdy1125 m
Rumunia 2024, dzień 1: Ucieczka w Bieszczady

Wspomnienia z tej wyprawy będą mi już towarzyszyć (na) zawsze. Cytując Winstona, ta historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać. Przepadły zdjęcia z pierwszych 9 dni (niezabranie dwóch kart pamięci było straszliwym błędem). Będę więc musiał malować słowem.

Oldskulowy pociąg (czechosłowacki?) relacji Kraków-Zagórz, naprawdę szybki, przynajmniej do zaplątania się w Pogórze Ciężkowickie. Naprzeciwko mnie ładna licealistka, za szybą zieloność i sielskość, z boku zaś grupka trzech rowerzystów. Okazali się być pracownikami naukowymi krakowskich uczelni (m.in. politechnika). Długo by wspominać te soczyste opowieści o wałkach, absurdalnych przetargach i wszelkich osobliwościach polskiej nauki. Radosny nastrój mąci mi ból brzucha i biegunka, odkrywam zresztą wtedy, że pomyliłem spodenki rowerowe i rękawiczki (wziąłem te zbyt upięte). 

Gdy wysiadam w dobrze mi znanym Zagórzu czuję się dość dziwnie. Mam stąd wiele dobrych wspomnień, ale jeszcze więcej mam ich z pobliskiego Poraża. Odwiedzam dawny dom wujostwa, obraz jaki zastaję jest przygnębiający. Rozpoznaję tylko jeden fragment pięknego niegdyś ogrodu. Zaglądam do okien. Ledwo poznaję zagracony ganek. Dalej jadę nieco oszołomiony tym co widziałem w Porażu. Zauważam jednak spore połacie barszczu Sosnowskiego i sporą reprezentacje rowerów elektrycznych na drogach. Podjeżdżam do klasztoru w Komańczy, dostaję pochwałę od przeoryszy za dobrą formę...

Za Maniowem zaczynam rozglądać się za noclegiem, znajduję sporo kurek (zawsze tylko wtedy, gdy ich nie szukam!), ale postanawiam jechać dalej. Tym sposobem zyskuję jedno z nielicznych zdjęć z tej części wyprawy, bo niemal wszystkie robiłem bezlusterkowcem. Z wieży widokowej Szczerbanówka daję jednak znać komu trzeba, że u mnie wszystko w porządku i przy okazji zasyłam tę właśnie poniższą fotkę. Na zjeździe robi się niepokojąco chłodno, ale ponad położoną w dolinie Roztoczki Liszną znajduję bardzo przyjemne, widokowe miejsce na biwak wśród bieszczadzkich łąk. Zasypiam więc z poczuciem spełnienia. 
Widok ze Szczerbanówki na te prawdziwe Bieszczady

Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49262298

Dystans19.22 km Czas00:58 Vśrednia19.88 km/h Podjazdy135 m
SprzętMerida Drakar
Park Śląski
Dystans21.60 km Czas01:07 Vśrednia19.34 km/h Podjazdy161 m
Po sklepach
Dystans93.95 km Czas04:17 Vśrednia21.93 km/h Podjazdy709 m
Powrót z Krasic
Kategoria Krasice

Powrót z Krasic na szybko. Trasa standardowa: przez Piasek, Suliszowice, Przybynów i Koziegłowy.

W Suliszowicah