Dystans147.99 km Czas08:36 Vśrednia17.21 km/h Podjazdy765 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 24: Węgierski lepszy świat
Przejazd przez Węgry w pierwsza stronę zatytułowałem zgodnie z odczuciami jako "węgierski marazm". Perspektywa spędzenia trzech tygodni na rowerze w Rumunii zmienia jednak postrzeganie świata. W dodatku wracałem przez trochę mniej wschodnie Węgry. Skutek był łatwy do przewidzenia: węgierski zachwyt.
Normalni kierowcy, cień od licznych przydrożnych robinii, wspaniałej jakości drogi rowerowe, skwery z kranikami z woda pitną. Zachwycały nawet gumowane (jak w Czechach i na Słowacji) przejazdy kolejowe, sensowne drogowskazy i liczni rowerzyści (choć był weekend). Największą różnica był brak ciągłego jazgotu psów i zagrożenia ze strony kierowców (co rozwiązywały odseparowane od jezdni ddr-y). Mogłem wreszcie, po trzech tygodniach, potraktować jazdę na rowerze jako formę rekreacji a nie walki o przetrwanie. To wspaniałe odczucie, osiągnięcie cywilizacyjne znane tylko Europejczykom i nie warto z niego rezygnować :)
Od miejsca mojego biwaku aż po Vamosujfalu (za Tokajem) bardziej płynę czy żegluję na rowerze, niż jadę. Gdy przed samym Tokajem, w Rakamaz, korzystam z Penny, zadziwia mnie jak dużo zaparkowano przy sklepie rowerów. To kolejny widok w Rumunii nieznany. Przez większość trasy towarzyszy mi zapach pól i winorośli, śpiew jaskółek, klekot bocianów i ćwierkanie wróbli. Są też liczne podmiejskie autobusy. Inny, lepszy świat. Zaskakują mnie uprawy bzu czarnego szczepionego na wysokich pniach.
Ta idylla zaczyna zanikać po przejechaniu 100 km, gdy wjeżdżam w Góry Zemplińskie. Wieś Tolcsva to jeszcze klimat winorośli i chilloutu, ale w miarę gdy droga wspina się wyżej zaczyna mocno kapcanieć. Gdy docieram do zagubionej wśród gór i lasów wioski Haromhuta czuję znów jakbym był w Rumunii... Tzn. nie atakują mnie psy ani kierowcy (te atrakcje na szczęście mam definitywnie za sobą), ale nawierzchnia jest koszmarna. Przełomów jest tu więcej niż archeologicznych śladów po świętej pamięci asfalcie. Asfalt poprawia się dopiero we wsi Regec, ale na końcówce zachwycam się tylko piękną aleją klonów srebrzystych między wsiami Vilmany a Goncruszka.
Dobra karta odwraca się definitywnie gdy odkrywam, że zalałem sobie śpiwór zapasami wody, bo nie dokręciłem dobrze butelek... Potem wybieram fatalne miejsce na potencjalny nocleg i przebijam tamże oponę razem z dętką. W miejscu gdzie w końcu decyduje się na nocleg niemiłosiernie tną komary i... bąki bydlęce. W tych niesprzyjających okolicznościach jem obiadokolację i wymieniam dętkę (okazuje się że jej nie przebiłem, tylko padł wentylek). Pod wieczór, gdy jestem już w namiocie, zaczyna mnie także boleć brzuch.

Przed Nagykallo

Malownicza wioska Tolcsva u stóp Gór Zemplińskich

Zamek Regec
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324201
Przejazd przez Węgry w pierwsza stronę zatytułowałem zgodnie z odczuciami jako "węgierski marazm". Perspektywa spędzenia trzech tygodni na rowerze w Rumunii zmienia jednak postrzeganie świata. W dodatku wracałem przez trochę mniej wschodnie Węgry. Skutek był łatwy do przewidzenia: węgierski zachwyt.
Normalni kierowcy, cień od licznych przydrożnych robinii, wspaniałej jakości drogi rowerowe, skwery z kranikami z woda pitną. Zachwycały nawet gumowane (jak w Czechach i na Słowacji) przejazdy kolejowe, sensowne drogowskazy i liczni rowerzyści (choć był weekend). Największą różnica był brak ciągłego jazgotu psów i zagrożenia ze strony kierowców (co rozwiązywały odseparowane od jezdni ddr-y). Mogłem wreszcie, po trzech tygodniach, potraktować jazdę na rowerze jako formę rekreacji a nie walki o przetrwanie. To wspaniałe odczucie, osiągnięcie cywilizacyjne znane tylko Europejczykom i nie warto z niego rezygnować :)
Od miejsca mojego biwaku aż po Vamosujfalu (za Tokajem) bardziej płynę czy żegluję na rowerze, niż jadę. Gdy przed samym Tokajem, w Rakamaz, korzystam z Penny, zadziwia mnie jak dużo zaparkowano przy sklepie rowerów. To kolejny widok w Rumunii nieznany. Przez większość trasy towarzyszy mi zapach pól i winorośli, śpiew jaskółek, klekot bocianów i ćwierkanie wróbli. Są też liczne podmiejskie autobusy. Inny, lepszy świat. Zaskakują mnie uprawy bzu czarnego szczepionego na wysokich pniach.
Ta idylla zaczyna zanikać po przejechaniu 100 km, gdy wjeżdżam w Góry Zemplińskie. Wieś Tolcsva to jeszcze klimat winorośli i chilloutu, ale w miarę gdy droga wspina się wyżej zaczyna mocno kapcanieć. Gdy docieram do zagubionej wśród gór i lasów wioski Haromhuta czuję znów jakbym był w Rumunii... Tzn. nie atakują mnie psy ani kierowcy (te atrakcje na szczęście mam definitywnie za sobą), ale nawierzchnia jest koszmarna. Przełomów jest tu więcej niż archeologicznych śladów po świętej pamięci asfalcie. Asfalt poprawia się dopiero we wsi Regec, ale na końcówce zachwycam się tylko piękną aleją klonów srebrzystych między wsiami Vilmany a Goncruszka.
Dobra karta odwraca się definitywnie gdy odkrywam, że zalałem sobie śpiwór zapasami wody, bo nie dokręciłem dobrze butelek... Potem wybieram fatalne miejsce na potencjalny nocleg i przebijam tamże oponę razem z dętką. W miejscu gdzie w końcu decyduje się na nocleg niemiłosiernie tną komary i... bąki bydlęce. W tych niesprzyjających okolicznościach jem obiadokolację i wymieniam dętkę (okazuje się że jej nie przebiłem, tylko padł wentylek). Pod wieczór, gdy jestem już w namiocie, zaczyna mnie także boleć brzuch.

Przed Nagykallo

Malownicza wioska Tolcsva u stóp Gór Zemplińskich

Zamek Regec
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49324201
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.