Dystans114.82 km Czas09:35 Vśrednia11.98 km/h Podjazdy1895 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 16: Krasowy przełom Czerny
Valea Cernei - w zasadzie cały dzień spędziłem w krasowym przełomie rzeki Czerny. To był trochę szalony pomysł, ale zaplanowałem sobie dotarcie nad Dunaj w sposób nieco spektakularny. Większość dnia spędziłem na odludziu, poruszając się głównie drogami gruntowymi lub szutrami (60 km). Było ekscytująco, ale kilka razy niemal całkiem zwątpiłem w to, że uda mi się przejechać tą trasą wioząc cały bagaż. Na odcinku 60 km, którego przejazd zajął mi prawie 8 godzin, spotkałem dokładnie 5 samochodów terenowych i 1 motor, który mnie zresztą serdecznie pozdrowił. Moja droga wiodła niemal w całości przez park narodowy i obowiązywał na niej zakaz wjazdu pojazdów, były też licznie prowadzone prace leśne, także z użyciem ciężkiego sprzętu. Przez 8 godzin pokonywania przełomu nie widziałem ani jednego rowerzysty czy piechura. To był najbardziej niesamowity etap tej wyprawy, ale musze to wprost powiedzieć, przy deszczowej pogodzie przejazd tą trasą jest po prostu niewykonalny. Ja skorzystałem z trawiących Rumunię od prawie dwóch tygodni upałów, a i tak miejscami było błotniście.
Dzień - jeszcze na asfalcie - zaczął się tradycyjnie, czyli od wściekłego ataku psa pasterskiego, powstrzymanego przez pasterza. Przez 3 godziny jechałem potem w całkowitej samotności. Wielu turystów czuje w Rumunii zew dzikiej natury tylko gdy ściągają pod koniec dnia przepoconą skarpetkę z nogi lub karmią przez szybkę niedźwiedzia na trasie transfogaraskiej. Ja poczułem ten zew wszystkimi częściami ciała. Balansowanie na głazach rowerem z bagażem nie było przyjemne, co chwilę musiałem stawać, z bólu. Kilka razy musiałem prowadzić przez głazowiska lub pola błota (ciężki sprzęt leśny). Kilka razy stokówka była po prostu zawalona kolcami drewna lub zatarasowana harwesterem. Na koniec najtrudniejszego odcinka, już za zaporą Iovanu, czekała mnie pełna udręki przeprawa przez dawne płyty betonowe, spękane jak kra lodowa. Pełne ostrych bruzd i przełomów. Przeguby rąk bolały mnie tak bardzo, że musiałem stawać co 100 metrów! Nie wspomnę o tym, że w kluczowych miejscach, gdzie droga wiodła nad przepaścią, nie było żadnych zabezpieczeń.
Gdy po wielu godzinach wróciłem wreszcie na asfalt nie mogłem się nim nacieszyć. Tym bardziej, że droga 67D okazała się tonąć w bezruchu (przyczyną był remont realizowany trochę wyżej). W miarę jak jechałem w dół tej fantastycznej doliny, zza okapu zieleni dostrzegałem liczne pionowe, wapienne ściany. Ten kanion z jednej strony niczym nie ustępował kanionowi rzeki Tarn w Masywie Centralnym. Charakterystyczna była ta jego niesymetryczność, potencjał tego tworu natury jest jednak znacznie większy od jego nikłej sławy.
Na dole czekała mnie jeszcze jedna atrakcja dnia - Băile Herculane. Uzdrowisko od czasów rzymskich, dysponujące gorącymi, radioaktywnymi źródłami. Z góry wrażenie robiła stara część zdrojowa - całkiem przerdzewiałe dachy i zarastające samosiejką budynki. Nowa część Herkulesbadu tętniła natomiast życiem. Dotarłem do uzdrowiska dopiero po 18, a były jeszcze 32 stopnie. Zaduch, upał, odgłos cykad oraz atrakcje mocno nietypowe - kuracjusze wypoczywający na leżakach, na jezdni. Po prostu na asfalcie... Wszędzie dookoła panował zapach zgniłych jaj, odgłosy kociej muzyki, bezguście stylistyczne i chaos organizacyjno-estetyczny. To było rumuńskie uzdrowisko w pigułce i... nie byłem ani trochę zaskoczony. Ten całkowity brak spójności był arcyrumuński.
Wgrane mapy.cz, które w Rumunii nieraz nie dawały rady, tym razem wskazały mi bezbłędnie miejsce noclegu. Równolegle do ruchliwej drogi nr 6 miała biec - po drugiej stronie rzeki Czerny - spokojna szutrówka. Tak też było. Zasypiałem w miłych nadrzecznych zaroślach, szum rzeki zagłuszał odgłosy tirów (po drugiej stronie rzeki wiodła owa droga nr 6) a zbolałe ręce były mi wdzięczne, że to już koniec. Pół dnia z dala od rumuńskich kierowców (tych kilku których spotkałem w przełomie, jechali średnio 8-10 km/h) było warte wszelkich poświęceń.

Parcului Național Domogled - Valea Cernei. Wszystko to tylko dla mnie.

Nawet stare budy pasterskie czy domy letniskowe były tu niezwykłą rzadkością

Gdy wrócił asfalt długo jeszcze panował bezruch.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49314229
Valea Cernei - w zasadzie cały dzień spędziłem w krasowym przełomie rzeki Czerny. To był trochę szalony pomysł, ale zaplanowałem sobie dotarcie nad Dunaj w sposób nieco spektakularny. Większość dnia spędziłem na odludziu, poruszając się głównie drogami gruntowymi lub szutrami (60 km). Było ekscytująco, ale kilka razy niemal całkiem zwątpiłem w to, że uda mi się przejechać tą trasą wioząc cały bagaż. Na odcinku 60 km, którego przejazd zajął mi prawie 8 godzin, spotkałem dokładnie 5 samochodów terenowych i 1 motor, który mnie zresztą serdecznie pozdrowił. Moja droga wiodła niemal w całości przez park narodowy i obowiązywał na niej zakaz wjazdu pojazdów, były też licznie prowadzone prace leśne, także z użyciem ciężkiego sprzętu. Przez 8 godzin pokonywania przełomu nie widziałem ani jednego rowerzysty czy piechura. To był najbardziej niesamowity etap tej wyprawy, ale musze to wprost powiedzieć, przy deszczowej pogodzie przejazd tą trasą jest po prostu niewykonalny. Ja skorzystałem z trawiących Rumunię od prawie dwóch tygodni upałów, a i tak miejscami było błotniście.
Dzień - jeszcze na asfalcie - zaczął się tradycyjnie, czyli od wściekłego ataku psa pasterskiego, powstrzymanego przez pasterza. Przez 3 godziny jechałem potem w całkowitej samotności. Wielu turystów czuje w Rumunii zew dzikiej natury tylko gdy ściągają pod koniec dnia przepoconą skarpetkę z nogi lub karmią przez szybkę niedźwiedzia na trasie transfogaraskiej. Ja poczułem ten zew wszystkimi częściami ciała. Balansowanie na głazach rowerem z bagażem nie było przyjemne, co chwilę musiałem stawać, z bólu. Kilka razy musiałem prowadzić przez głazowiska lub pola błota (ciężki sprzęt leśny). Kilka razy stokówka była po prostu zawalona kolcami drewna lub zatarasowana harwesterem. Na koniec najtrudniejszego odcinka, już za zaporą Iovanu, czekała mnie pełna udręki przeprawa przez dawne płyty betonowe, spękane jak kra lodowa. Pełne ostrych bruzd i przełomów. Przeguby rąk bolały mnie tak bardzo, że musiałem stawać co 100 metrów! Nie wspomnę o tym, że w kluczowych miejscach, gdzie droga wiodła nad przepaścią, nie było żadnych zabezpieczeń.
Gdy po wielu godzinach wróciłem wreszcie na asfalt nie mogłem się nim nacieszyć. Tym bardziej, że droga 67D okazała się tonąć w bezruchu (przyczyną był remont realizowany trochę wyżej). W miarę jak jechałem w dół tej fantastycznej doliny, zza okapu zieleni dostrzegałem liczne pionowe, wapienne ściany. Ten kanion z jednej strony niczym nie ustępował kanionowi rzeki Tarn w Masywie Centralnym. Charakterystyczna była ta jego niesymetryczność, potencjał tego tworu natury jest jednak znacznie większy od jego nikłej sławy.
Na dole czekała mnie jeszcze jedna atrakcja dnia - Băile Herculane. Uzdrowisko od czasów rzymskich, dysponujące gorącymi, radioaktywnymi źródłami. Z góry wrażenie robiła stara część zdrojowa - całkiem przerdzewiałe dachy i zarastające samosiejką budynki. Nowa część Herkulesbadu tętniła natomiast życiem. Dotarłem do uzdrowiska dopiero po 18, a były jeszcze 32 stopnie. Zaduch, upał, odgłos cykad oraz atrakcje mocno nietypowe - kuracjusze wypoczywający na leżakach, na jezdni. Po prostu na asfalcie... Wszędzie dookoła panował zapach zgniłych jaj, odgłosy kociej muzyki, bezguście stylistyczne i chaos organizacyjno-estetyczny. To było rumuńskie uzdrowisko w pigułce i... nie byłem ani trochę zaskoczony. Ten całkowity brak spójności był arcyrumuński.
Wgrane mapy.cz, które w Rumunii nieraz nie dawały rady, tym razem wskazały mi bezbłędnie miejsce noclegu. Równolegle do ruchliwej drogi nr 6 miała biec - po drugiej stronie rzeki Czerny - spokojna szutrówka. Tak też było. Zasypiałem w miłych nadrzecznych zaroślach, szum rzeki zagłuszał odgłosy tirów (po drugiej stronie rzeki wiodła owa droga nr 6) a zbolałe ręce były mi wdzięczne, że to już koniec. Pół dnia z dala od rumuńskich kierowców (tych kilku których spotkałem w przełomie, jechali średnio 8-10 km/h) było warte wszelkich poświęceń.

Parcului Național Domogled - Valea Cernei. Wszystko to tylko dla mnie.

Nawet stare budy pasterskie czy domy letniskowe były tu niezwykłą rzadkością

Gdy wrócił asfalt długo jeszcze panował bezruch.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49314229
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.