Dystans113.76 km Czas06:49 Vśrednia16.69 km/h Podjazdy2610 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 13: Droga transfogaraska
Natężenie emocji (czytaj: patologii) sięgnęło tego dnia zenitu. Dość napisać, że ułożyłem nawet dowcip o Rumunie:
Co robi Rumun gdy spada w przepaść?
Otwiera okno w autku, by zdążyć jeszcze wyrzucić butelkę (to ostatnia w życiu szansa na zaśmiecenie lasu)
Wyruszyłem wcześnie rano (5:08!) z jakimś głupim alpejskim przeświadczeniem, że zyskam dzięki temu pustą drogę. Nic z tych rzeczy, ciszą i samotnością na drodze nacieszyłem się jakieś niecałe... 10 minut. Co chwilę przy drodze widzę śmietniki, zazwyczaj stoją 20 metrów od drogi, są puste. Wszystkie śmieci, wraz z tonami ekskrementów, zalegają w lesie otaczającym drogę. Gdziekolwiek jest choćby mała zatoczka, tam las jest dosłownie zasrany a głównym składnikiem runa jest papier toaletowy. Tyle razy jechałem przez Alpy i nigdy nie wiedziałem czegoś takiego...
Po drodze od rana suną miejscowi (w sensie Rumuni) i obcokrajowcy. Styl jazdy miejscowych jest wiadomy, natomiast "obieżyświaty" obowiązkowo wiozą na dachach kufry, opony i różne obciachowe napisy o "expedition". Są tacy ekstremalni, żądni przygód, och, chyba chcę nimi zostać jak dorosnę. Póki co, wszystkie potrzebne rzeczy wiozę o własnych siłach. Zaczynam zresztą wyróżniać wśród użytkowników drogi fogaraskiej poczciwych zjebiksów lokalnych i niezwykle liczną tu kategorię zjebów kuferkowych. Chyba tylko osy (przez ten upał) są bardziej rozdrażnione ode mnie.
Gdy docieram na wielkie parkingi przed tunelem jestem jedynym, który rusza dalej w górę. Rower zostawiam za wielką wantą. Widać, najmniej się zmęczyłem. Grań okazuje się bardzo wymagająca: jest sypko, krawędzie bardzo ostre, co chwilę góra-dół, no i palące słoneczko, choć na tej wysokości przynajmniej nie ma morderczego upału. Z grani dostrzegam zresztą groźne burzowe chmury i decyduje się na odwrót ze szczytu Laitel (2390). Decyzja jest słuszna, bo chwilę po tym jak dotarłem do roweru zacznie kropić, a na zjeździe spotka mnie prawdziwa wysokogórska ulewa. Na zjeździe poza tym że jest mokro, zaskakują fatalne, mocno erodowane nawierzchnie. Licznie występują dziury, szczeliny i buły. Generalnie przełęcz, gdyby była w Alpach, nie znalazłaby się nawet w pierwszej dziesiątce najatrakcyjniejszych krajobrazowo.
Zupełnie inaczej rzecz ma się z emocjami. Najpierw obserwowałem z bliska samochód który zakleszczył się w barierkach trasy transfogaraskiej. O włos i spadłby w przepaść. Chwilę wcześniej mijał mnie z piskiem opon. Okazało się, że ten zjeb drogowy był oczywiście rdzennym Rumunem. Nie wysiadł z autka, dzwonił po pomoc. Natomiast jego partnerka i dwójka dzieci (w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym!) siedziały smętnie na barierkach...
Generalnie moja obecność na drodze nikogo nie interesowała. Do czasu. Od pewnego momentu moja osoba zaczęła wzbudzać ekscytację wśród kierowców. Ci zaś rozbawili mnie dokarmianiem jakiś dużych, ciemnych psów pasterskich. Dopiero gdy kawałek dalej nieomal nie najechałem na niedźwiedzicę z dwoma młodymi, zrozumiałem że to nie były wcale duże psy... Generalnie spotkałem tego dnia 8 niedźwiedzi. Wszystkie musiałem ominąć na drodze, ryzykując życiem. Wszędzie na poboczu walało się jedzenie (chociaż tyle, że sporo jabłek). Dojdzie kiedyś na tym odcinku do wielkiej tragedii. Generalnie nie polecam jechać tej trasy od południa, bo wtedy wszystkie te niedźwiedzie mijamy jadąc pod górkę.
Gdy emocje opadły, pod koniec dnia, postanowiłem jednak rozbić się kolejny raz na dziko. Doszedłem do wniosku, że wszystkie niedźwiedzie z okolicy i tak już poznałem... :) Zresztą ani przez chwilę tak naprawdę nie bałem się o życie. Niedźwiedzie nie atakują stadami, a ja miałem rower, miałem czym się osłonić. Gorzej było gdy spotykałem agresywne grupy psisk pasterskich. Uważam je za dużo poważniejsze zagrożenie. One nie poturbują, tylko rozszarpią grupowo na strzępy. Mając tylko gaz pieprzowy byłem bezbronny wobec ataku całej sfory. Skąd te przemyślenia? Pod koniec dnia towarzyszyło mi znowu ujadanie psów. Rozbiłem się na pastwisku, ponad wsią Cicanesti. Niedźwiedzie i psy mi odpuściły. Zostały tylko wyjątkowo zajadłe komary...

Pozornie jest pusto. To tylko pozory, zakłócane co chwilę przez bandy kuferkowców lub innych zjebów drogowych

Na szczycie czeka wielki parking, jedyny fragment tutejszego pejzażu, który większość "zdobywców" dotknie własną, niezmęczoną stopą

Niby ruch nie jest duży, ale bardzo głośny i agresywny. Nihil novi.

Grań jest trudna, skały ostre, trasa długa i pełna interwałów

Lespezi (2522) i Negoiu (2535) - najpiękniejszy fragment Gór Fogaraskich. Czwarty i drugi co do wysokości spośród szczytów Rumunii.

Zbawienne chmury zaraz sprowadzą mi na głowę potężny prysznic

Ciąg dalszy patologii - bohaterscy kierowcy zza uchylonych szybek dokarmiają niedźwiedzie, które potem slalomem - bez żadnej osłony - mijać muszą rowerzyści.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308582
Natężenie emocji (czytaj: patologii) sięgnęło tego dnia zenitu. Dość napisać, że ułożyłem nawet dowcip o Rumunie:
Co robi Rumun gdy spada w przepaść?
Otwiera okno w autku, by zdążyć jeszcze wyrzucić butelkę (to ostatnia w życiu szansa na zaśmiecenie lasu)
Wyruszyłem wcześnie rano (5:08!) z jakimś głupim alpejskim przeświadczeniem, że zyskam dzięki temu pustą drogę. Nic z tych rzeczy, ciszą i samotnością na drodze nacieszyłem się jakieś niecałe... 10 minut. Co chwilę przy drodze widzę śmietniki, zazwyczaj stoją 20 metrów od drogi, są puste. Wszystkie śmieci, wraz z tonami ekskrementów, zalegają w lesie otaczającym drogę. Gdziekolwiek jest choćby mała zatoczka, tam las jest dosłownie zasrany a głównym składnikiem runa jest papier toaletowy. Tyle razy jechałem przez Alpy i nigdy nie wiedziałem czegoś takiego...
Po drodze od rana suną miejscowi (w sensie Rumuni) i obcokrajowcy. Styl jazdy miejscowych jest wiadomy, natomiast "obieżyświaty" obowiązkowo wiozą na dachach kufry, opony i różne obciachowe napisy o "expedition". Są tacy ekstremalni, żądni przygód, och, chyba chcę nimi zostać jak dorosnę. Póki co, wszystkie potrzebne rzeczy wiozę o własnych siłach. Zaczynam zresztą wyróżniać wśród użytkowników drogi fogaraskiej poczciwych zjebiksów lokalnych i niezwykle liczną tu kategorię zjebów kuferkowych. Chyba tylko osy (przez ten upał) są bardziej rozdrażnione ode mnie.
Gdy docieram na wielkie parkingi przed tunelem jestem jedynym, który rusza dalej w górę. Rower zostawiam za wielką wantą. Widać, najmniej się zmęczyłem. Grań okazuje się bardzo wymagająca: jest sypko, krawędzie bardzo ostre, co chwilę góra-dół, no i palące słoneczko, choć na tej wysokości przynajmniej nie ma morderczego upału. Z grani dostrzegam zresztą groźne burzowe chmury i decyduje się na odwrót ze szczytu Laitel (2390). Decyzja jest słuszna, bo chwilę po tym jak dotarłem do roweru zacznie kropić, a na zjeździe spotka mnie prawdziwa wysokogórska ulewa. Na zjeździe poza tym że jest mokro, zaskakują fatalne, mocno erodowane nawierzchnie. Licznie występują dziury, szczeliny i buły. Generalnie przełęcz, gdyby była w Alpach, nie znalazłaby się nawet w pierwszej dziesiątce najatrakcyjniejszych krajobrazowo.
Zupełnie inaczej rzecz ma się z emocjami. Najpierw obserwowałem z bliska samochód który zakleszczył się w barierkach trasy transfogaraskiej. O włos i spadłby w przepaść. Chwilę wcześniej mijał mnie z piskiem opon. Okazało się, że ten zjeb drogowy był oczywiście rdzennym Rumunem. Nie wysiadł z autka, dzwonił po pomoc. Natomiast jego partnerka i dwójka dzieci (w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym!) siedziały smętnie na barierkach...
Generalnie moja obecność na drodze nikogo nie interesowała. Do czasu. Od pewnego momentu moja osoba zaczęła wzbudzać ekscytację wśród kierowców. Ci zaś rozbawili mnie dokarmianiem jakiś dużych, ciemnych psów pasterskich. Dopiero gdy kawałek dalej nieomal nie najechałem na niedźwiedzicę z dwoma młodymi, zrozumiałem że to nie były wcale duże psy... Generalnie spotkałem tego dnia 8 niedźwiedzi. Wszystkie musiałem ominąć na drodze, ryzykując życiem. Wszędzie na poboczu walało się jedzenie (chociaż tyle, że sporo jabłek). Dojdzie kiedyś na tym odcinku do wielkiej tragedii. Generalnie nie polecam jechać tej trasy od południa, bo wtedy wszystkie te niedźwiedzie mijamy jadąc pod górkę.
Gdy emocje opadły, pod koniec dnia, postanowiłem jednak rozbić się kolejny raz na dziko. Doszedłem do wniosku, że wszystkie niedźwiedzie z okolicy i tak już poznałem... :) Zresztą ani przez chwilę tak naprawdę nie bałem się o życie. Niedźwiedzie nie atakują stadami, a ja miałem rower, miałem czym się osłonić. Gorzej było gdy spotykałem agresywne grupy psisk pasterskich. Uważam je za dużo poważniejsze zagrożenie. One nie poturbują, tylko rozszarpią grupowo na strzępy. Mając tylko gaz pieprzowy byłem bezbronny wobec ataku całej sfory. Skąd te przemyślenia? Pod koniec dnia towarzyszyło mi znowu ujadanie psów. Rozbiłem się na pastwisku, ponad wsią Cicanesti. Niedźwiedzie i psy mi odpuściły. Zostały tylko wyjątkowo zajadłe komary...

Pozornie jest pusto. To tylko pozory, zakłócane co chwilę przez bandy kuferkowców lub innych zjebów drogowych

Na szczycie czeka wielki parking, jedyny fragment tutejszego pejzażu, który większość "zdobywców" dotknie własną, niezmęczoną stopą

Niby ruch nie jest duży, ale bardzo głośny i agresywny. Nihil novi.

Grań jest trudna, skały ostre, trasa długa i pełna interwałów

Lespezi (2522) i Negoiu (2535) - najpiękniejszy fragment Gór Fogaraskich. Czwarty i drugi co do wysokości spośród szczytów Rumunii.

Zbawienne chmury zaraz sprowadzą mi na głowę potężny prysznic

Ciąg dalszy patologii - bohaterscy kierowcy zza uchylonych szybek dokarmiają niedźwiedzie, które potem slalomem - bez żadnej osłony - mijać muszą rowerzyści.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49308582
Komentarze