Dystans124.02 km Czas06:51 Vśrednia18.11 km/h Podjazdy1034 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 7: Bukowina - piękna i bestia
Po niezbyt wygodnym noclegu w lesie ruszam przez przełęcz do Suczewity. Tym razem muszę zapłacić za wstęp na teren klasztoru. Zanim jednak zjawię się w bramach monastyru zrobię sobie śniadanie na cmentarzu. Nie brzmi to może najlepiej, ale czekał tam na mnie stół, ławki, zadaszenie i... kontakt z prądem. Żal było nie skorzystać.
Na drogach jest krytycznie, ale stabilnie. Zewsząd słychać trąbienie. Rozbawia ta skłonność do ograniczeń typu "30" po wioskach. Dla miejscowych jest to sugestia by nie jechać wolniej niż "60", ale to jest właśnie piękno różnic mentalnych. Poza dominującymi miłośnikami zapierdalania, zauważalny odsetek stanowią kierowcy różnych wynalazków typu skutery towarowe (jest coś takiego!) i oczywiście furmanki. Woźnice są tu najnormalniejszymi użytkownikami dróg, obok motocyklistów. Dlaczego akurat motocyklistów? Otóż zdecydowana większość motocyklistów to obcokrajowcy i w tej grupie można spotkać użytkowników dróg najczęściej jeżdżących zgodnie z przepisami... Największymi chamami są tu zaś tirowcy, rdzenni, rumuńscy. Zostałem dwukrotnie po prostu zrzucony z drogi. Cóż, to nie jest kraj dla rowerzystów.
To już czwarty dzień i dalej jestem jedynym kosmitą-turystą na rowerze w tej części tzw. Europy. W dolinie Izy było trochę dziadków-rowerzystów jeżdżących z grabiami na pole (to byli jedyni faceci bez nadwagi lub otyłości, poza pasterzami, których obserwowałem w Rumunii), tu mental się już oczyścił z pedalarzy. Albo jedziesz autkiem, albo moplikiem, albo furmanką. Grunt żeby nie o własnych siłach, aktywność fizyczna ZABIJA, wie to każdy Rumun.
Folklor tutejszy potrafi być wszakże uroczy. Co chwilę widzę przepiękne, zdobione obudowy studni. Niestety oryginalna zabudowa niknie w gąszczu nowych, bezstylowych chałup. Tak jak furmanki nikną wśród SUV-ów. Znika ten barwny świat, za 10 lat będą już tylko wieśwageny a zabudowa już tylko tynkowana, z blachodachówką. Zanim jednak ten świat zniknie, w Arbore szokuje mnie umiłowanie zieleni. Ludzie w tym zakątku Bukowiny cenią sobie drzewa i ogrody przydomowe. Jakby tego było mało - mają tu skwer. Taki z ławkami i drzewami! Europa! Rozkoszując się skwerowym cieniem obserwuję dojazd do tutejszego sklepu. Pojawia się furmanka: chłop z chłopką. Ona - ubrana od chustki aż po spódnicę w piękny ludowy strój idzie do sklepu, on zostaje i pali peta. Pakę furmanki ma całą wyładowaną śmieciami. Przyznać trzeba, że pojemność tego "bagażnika" jest całkiem spora.
Gdy jadę przez polskie wsie, już od Solcy, w przysiółku której gospodarstwo dostał wielki chłopski mściciel i organizacyjnie najwybitniejszy - poza Trauguttem - z przywódców polskich powstań - Jakub Szela, raduję się sporą ilością ogrodów i drzew. Wracają też bocianie gniazda. Omijam Kaczycę (to punkt obowiązkowy wycieczek autokarowych) ale w Sołońcu Nowym podziwiam tablice ku czci prez. Kwaśniewskiego, czytam ogłoszenia po polsku. Robi to na mnie pewne wrażenie, przyznaję. Nasłuchuję języka polskiego i faktycznie go słyszę w rozmowach na podwórkach! Sołoniec to jednak nie to. Tym bardziej że żegna mnie stado wściekłych i ujadających polskich kundli, biegających polskim zwyczajem samopas po drodze... Zachwyca mnie dopiero pięknie położona wieś Plesza. Jest tu Dom Polski, znów słyszę rodaków, zapisałem nawet frazę: "Dziad zrobił huśtańkę, że jak przyjadą dzieci, będą miały gdzie się bawić". Chwaliła się matka/babcia córce.
Z atrakcji dnia zostają mi jeszcze piękne monastyry w Homorolui i Voronet. Dojazd do tego drugiego jest kwintesencją nowoczesnej rumuńskości. Zrobili tu pokazowy ddr, wszak turyści i te sprawy. Ponieważ jednak Rumun nie wysiada z auta, to skąd miał wiedzieć, że 30 cm to trochę za mało... Ostatni etap, z Gura Homurului do przedpola sporej wsi Malini mija mi znowu w koszmarnym stresie. Psychole na drodze jadą tak, jakby bardzo chcieli zakończyć mi dzień w szpitalu. Po 19 starsi ludzie wychodzą z domów i siadają na ławeczkach przy drodze, by obserwować samochody i sycić się zapachem spalin. O tej porze nie przeszkadza mi już tradycyjny niedobór drzew przydrożnych, ale gdy wyobrażam sobie jako główną rozrywkę starości obserwowanie samochodów z mojej pozbawionej drzew posesji, to robi mi się przykro... Na nocleg rozbijam się w łęgu nadrzecznym, nad rzeką Mołdową.

Suczewita. Monastyr. Sympatyczna siostra zakonna zmusiła mnie tu do kupna biletu, ale było warto. 10 lejowców to kosztowało.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299367
Po niezbyt wygodnym noclegu w lesie ruszam przez przełęcz do Suczewity. Tym razem muszę zapłacić za wstęp na teren klasztoru. Zanim jednak zjawię się w bramach monastyru zrobię sobie śniadanie na cmentarzu. Nie brzmi to może najlepiej, ale czekał tam na mnie stół, ławki, zadaszenie i... kontakt z prądem. Żal było nie skorzystać.
Na drogach jest krytycznie, ale stabilnie. Zewsząd słychać trąbienie. Rozbawia ta skłonność do ograniczeń typu "30" po wioskach. Dla miejscowych jest to sugestia by nie jechać wolniej niż "60", ale to jest właśnie piękno różnic mentalnych. Poza dominującymi miłośnikami zapierdalania, zauważalny odsetek stanowią kierowcy różnych wynalazków typu skutery towarowe (jest coś takiego!) i oczywiście furmanki. Woźnice są tu najnormalniejszymi użytkownikami dróg, obok motocyklistów. Dlaczego akurat motocyklistów? Otóż zdecydowana większość motocyklistów to obcokrajowcy i w tej grupie można spotkać użytkowników dróg najczęściej jeżdżących zgodnie z przepisami... Największymi chamami są tu zaś tirowcy, rdzenni, rumuńscy. Zostałem dwukrotnie po prostu zrzucony z drogi. Cóż, to nie jest kraj dla rowerzystów.
To już czwarty dzień i dalej jestem jedynym kosmitą-turystą na rowerze w tej części tzw. Europy. W dolinie Izy było trochę dziadków-rowerzystów jeżdżących z grabiami na pole (to byli jedyni faceci bez nadwagi lub otyłości, poza pasterzami, których obserwowałem w Rumunii), tu mental się już oczyścił z pedalarzy. Albo jedziesz autkiem, albo moplikiem, albo furmanką. Grunt żeby nie o własnych siłach, aktywność fizyczna ZABIJA, wie to każdy Rumun.
Folklor tutejszy potrafi być wszakże uroczy. Co chwilę widzę przepiękne, zdobione obudowy studni. Niestety oryginalna zabudowa niknie w gąszczu nowych, bezstylowych chałup. Tak jak furmanki nikną wśród SUV-ów. Znika ten barwny świat, za 10 lat będą już tylko wieśwageny a zabudowa już tylko tynkowana, z blachodachówką. Zanim jednak ten świat zniknie, w Arbore szokuje mnie umiłowanie zieleni. Ludzie w tym zakątku Bukowiny cenią sobie drzewa i ogrody przydomowe. Jakby tego było mało - mają tu skwer. Taki z ławkami i drzewami! Europa! Rozkoszując się skwerowym cieniem obserwuję dojazd do tutejszego sklepu. Pojawia się furmanka: chłop z chłopką. Ona - ubrana od chustki aż po spódnicę w piękny ludowy strój idzie do sklepu, on zostaje i pali peta. Pakę furmanki ma całą wyładowaną śmieciami. Przyznać trzeba, że pojemność tego "bagażnika" jest całkiem spora.
Gdy jadę przez polskie wsie, już od Solcy, w przysiółku której gospodarstwo dostał wielki chłopski mściciel i organizacyjnie najwybitniejszy - poza Trauguttem - z przywódców polskich powstań - Jakub Szela, raduję się sporą ilością ogrodów i drzew. Wracają też bocianie gniazda. Omijam Kaczycę (to punkt obowiązkowy wycieczek autokarowych) ale w Sołońcu Nowym podziwiam tablice ku czci prez. Kwaśniewskiego, czytam ogłoszenia po polsku. Robi to na mnie pewne wrażenie, przyznaję. Nasłuchuję języka polskiego i faktycznie go słyszę w rozmowach na podwórkach! Sołoniec to jednak nie to. Tym bardziej że żegna mnie stado wściekłych i ujadających polskich kundli, biegających polskim zwyczajem samopas po drodze... Zachwyca mnie dopiero pięknie położona wieś Plesza. Jest tu Dom Polski, znów słyszę rodaków, zapisałem nawet frazę: "Dziad zrobił huśtańkę, że jak przyjadą dzieci, będą miały gdzie się bawić". Chwaliła się matka/babcia córce.
Z atrakcji dnia zostają mi jeszcze piękne monastyry w Homorolui i Voronet. Dojazd do tego drugiego jest kwintesencją nowoczesnej rumuńskości. Zrobili tu pokazowy ddr, wszak turyści i te sprawy. Ponieważ jednak Rumun nie wysiada z auta, to skąd miał wiedzieć, że 30 cm to trochę za mało... Ostatni etap, z Gura Homurului do przedpola sporej wsi Malini mija mi znowu w koszmarnym stresie. Psychole na drodze jadą tak, jakby bardzo chcieli zakończyć mi dzień w szpitalu. Po 19 starsi ludzie wychodzą z domów i siadają na ławeczkach przy drodze, by obserwować samochody i sycić się zapachem spalin. O tej porze nie przeszkadza mi już tradycyjny niedobór drzew przydrożnych, ale gdy wyobrażam sobie jako główną rozrywkę starości obserwowanie samochodów z mojej pozbawionej drzew posesji, to robi mi się przykro... Na nocleg rozbijam się w łęgu nadrzecznym, nad rzeką Mołdową.

Suczewita. Monastyr. Sympatyczna siostra zakonna zmusiła mnie tu do kupna biletu, ale było warto. 10 lejowców to kosztowało.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299367
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.