Dystans114.09 km Czas06:28 Vśrednia17.64 km/h Podjazdy1589 m
SprzętFocus Arriba 4.0
Rumunia 2024, dzień 9: Znaki brum-brum i faceci w ciąży
Do kanionu Bicaz mam 30 km, zaczynam więc aktywny dzień od zakupów. I pod sklepem czeka mnie nie lada atrakcja - rowerzyści! Znaczy, turyści, z sakwami! Szóstego dnia jazdy przez Rumunię spotkałem aktywnych turystów. Poza tym miłym akcentem jest standardowo: męczący ruch samochodowy, męczący "styl" jazdy, komiczny widok otyłych Rumunów. Widać ich oczywiście tylko wtedy, gdy wytaczają się ze swoich autek w krzaki. A stanąć za potrzebą potrafią wszędzie. Wszędzie są także znaki "Drum bun!". Życzą dobrej drogi, ale zważywszy na sposób jeżdżenia miejscowych szybko przechrzczę je na znaki brum-brum i takiej nazwy będę używać już do końca przygody z Rumunią. Rzuca się w oczy głęboka kanalizacja deszczowa. To pionowe rowy przykryte najczęściej betonowymi kratownicami. Zwracam też uwagę na ludowe stroje kobiet - mają jaśniejsze spódnice i chusty, jest to dla nich korzystne, bo upał nie odpuszcza.
Monotonia dojazdu do kanionu dominuje mi pierwsze godziny jazdy. Sam kanion wita mnie cepelią licznych straganów, olbrzymim ruchem samochodowym, tarasującymi wszystko autobusami. Budy, tłumy i autobusy - dokładnie jak w Zakopanem. To podobieństwo nie dziwi - polscy górale i Rumuni mają tych samych przodków. Widać podobną "estetykę". W dodatku kanion, choć piękny, jest krótki. To jedna z bardziej przereklamowanych atrakcji Rumunii. Za kanionem czeka mnie jeszcze długa wspinaczka przez góry, by dotrzeć do siedmiogrodzkiego miasta Georgheni. Czuję się tu jak w węgierskim skansenie. Piękne domy, nieraz o secesyjnych dekoracjach, piękne ceramiczne dachy, ale wszystko przykurzone, przybrudzone i remontowane. Na rynku jest ładny park i dużo kwiatów. To jest ten węgierski akcent ogrodniczy, bardzo charakterystyczny. Na Węgrzech każda wioska ma jakiś skwerek, to planowanie przestrzenne. Zjawisko nieznane w typowo rumuńskich wioskach.
Po przyjemnym postoju w Georgheni korzystam jeszcze z kraniku z wodą w Valea Stramba (jest tu też placyk rekreacyjny, standard węgierskich osad). Aż po horyzont z górami ciągną się dachy kryte dachówką ceramiczną. To węgierskie wsie. Czeka mnie jeszcze podjazd na przełęcz Suseni i zjazd w dół połączony z poszukiwaniem noclegu. To ostatnie idzie mi opornie i wycofuję się znad zbiornika Lacul Zetea, by rozłożyć się nad drogą. W okolicznych wioskach, malowniczo położonych nad dolinką rzeczki Sicasau, dominują domki letniskowe.

Kanion Bicaz. Zdjęcie własne.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299579
Do kanionu Bicaz mam 30 km, zaczynam więc aktywny dzień od zakupów. I pod sklepem czeka mnie nie lada atrakcja - rowerzyści! Znaczy, turyści, z sakwami! Szóstego dnia jazdy przez Rumunię spotkałem aktywnych turystów. Poza tym miłym akcentem jest standardowo: męczący ruch samochodowy, męczący "styl" jazdy, komiczny widok otyłych Rumunów. Widać ich oczywiście tylko wtedy, gdy wytaczają się ze swoich autek w krzaki. A stanąć za potrzebą potrafią wszędzie. Wszędzie są także znaki "Drum bun!". Życzą dobrej drogi, ale zważywszy na sposób jeżdżenia miejscowych szybko przechrzczę je na znaki brum-brum i takiej nazwy będę używać już do końca przygody z Rumunią. Rzuca się w oczy głęboka kanalizacja deszczowa. To pionowe rowy przykryte najczęściej betonowymi kratownicami. Zwracam też uwagę na ludowe stroje kobiet - mają jaśniejsze spódnice i chusty, jest to dla nich korzystne, bo upał nie odpuszcza.
Monotonia dojazdu do kanionu dominuje mi pierwsze godziny jazdy. Sam kanion wita mnie cepelią licznych straganów, olbrzymim ruchem samochodowym, tarasującymi wszystko autobusami. Budy, tłumy i autobusy - dokładnie jak w Zakopanem. To podobieństwo nie dziwi - polscy górale i Rumuni mają tych samych przodków. Widać podobną "estetykę". W dodatku kanion, choć piękny, jest krótki. To jedna z bardziej przereklamowanych atrakcji Rumunii. Za kanionem czeka mnie jeszcze długa wspinaczka przez góry, by dotrzeć do siedmiogrodzkiego miasta Georgheni. Czuję się tu jak w węgierskim skansenie. Piękne domy, nieraz o secesyjnych dekoracjach, piękne ceramiczne dachy, ale wszystko przykurzone, przybrudzone i remontowane. Na rynku jest ładny park i dużo kwiatów. To jest ten węgierski akcent ogrodniczy, bardzo charakterystyczny. Na Węgrzech każda wioska ma jakiś skwerek, to planowanie przestrzenne. Zjawisko nieznane w typowo rumuńskich wioskach.
Po przyjemnym postoju w Georgheni korzystam jeszcze z kraniku z wodą w Valea Stramba (jest tu też placyk rekreacyjny, standard węgierskich osad). Aż po horyzont z górami ciągną się dachy kryte dachówką ceramiczną. To węgierskie wsie. Czeka mnie jeszcze podjazd na przełęcz Suseni i zjazd w dół połączony z poszukiwaniem noclegu. To ostatnie idzie mi opornie i wycofuję się znad zbiornika Lacul Zetea, by rozłożyć się nad drogą. W okolicznych wioskach, malowniczo położonych nad dolinką rzeczki Sicasau, dominują domki letniskowe.

Kanion Bicaz. Zdjęcie własne.
Trasa:
https://ridewithgps.com/routes/49299579
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.