Wpisy archiwalne w kategorii

Tour de Pologne 2014

Dystans całkowity:3362.23 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:182:27
Średnia prędkość:18.43 km/h
Liczba aktywności:21
Średnio na aktywność:160.11 km i 8h 41m
Więcej statystyk
Dystans144.15 km Czas07:47 Vśrednia18.52 km/h
Dzień 12: Nietrudno być Kaszubem

Na trasie: Wieżyca, Kartuzy, Sianowo, Kaszubski PK





Dystans176.58 km Czas09:21 Vśrednia18.89 km/h
Dzień 11: Nocne błyski

Na trasie: Orneta, Pasłęk, Dzierzgoń, Malbork, Nowy Staw, Tczew






Dystans137.56 km Czas08:25 Vśrednia16.34 km/h
Dzień 10: W Prusach i na Warmii

Na trasie: Barciany, Lwowiec, Sępopol, Bartoszyce, Mingajny










Dystans169.11 km Czas09:18 Vśrednia18.18 km/h
Dzień 9: Na pograniczu

Na trasie m. in.: Gołdap, Rapa, J. Mamry











Dystans135.10 km Czas07:15 Vśrednia18.63 km/h
Dzień 8: Uczta pejzażysty

Na trasie: Suwalski PK, J. Szelment, Wiżajny, Stańczyki itd.














Dystans143.25 km Czas08:09 Vśrednia17.58 km/h
Dzień 7: Od ciszy do zgiełku

Na trasie: Kalinówka Kościelna, Goniądz, BPN, Augustów, Dowspuda, Suwałki










Dystans162.45 km Czas08:22 Vśrednia19.42 km/h
Dzień 6: Dzień jak praca magisterska

Na trasie m. in.: Drohiczyn, Ciechanowiec, długo długo nic, Tykocin.
Jak w pracy magisterskiej: ważny był wstęp i zakończenie, cały środek trasy bez treści...




Dystans133.86 km Czas07:00 Vśrednia19.12 km/h
Dzień 5: Duchowy wymiar wschodu

Na trasie: Jabłeczna, Kodeń, Terespol, Pratulin, Janów Podl., Niemirów, Mielnik, Grabarka, Siemiatycze

Etap wybitnie świątynny. Najkrótszy z dotychczasowych dystans (134 km) wynikał ze specyfiki etapu. Dzień zaczął się dla mnie leniwie i zanim zebrałem się do ładu było już po godz. 8. Już niejako na samym wstępie, w ramach wprowadzenia w klimat znalazłem się u stóp klasztoru prawosławnego w Jabłecznej.


Kolejne na trasie miały być: katolicki Kodeń, muzułmański Lebiedziew (niewielki mizar), unicki Pratulin, katolicki Niemirów, Mielnik z kościołem, kaplicą zamkową i cerkwią oraz rzecz jasna prawosławna Grabarka. Pejzaż niemal szkoleniowy, wynikający wprost z założeń patriotyzmu pejzażu sformułowanych przez Józefa Mackiewicza.
Nie będę opisywać takich miejsc przesławnych jak Kodeń czy Grabarka, wspomnę co nieco o pozostałych. Otóż zobaczyłem też w piątym dniu podróży zabytek o niesakralnym charakterze - fragment sławnej twierdzy brzeskiej w Terespolu.

Sanktuarium męczenników unickich w Pratulinie doskonale wpisywało się natomiast w klimat polskiego uwielbienia dla treści martyrologicznych.
Zanim dotarłem nad brzeg Bugu znalazłem się w miejscowości o wspaniale brzmiącej nazwie: Stary Bubel.



Dopiero przeprawa przez Bug i nawiedzenie kościoła w legendarnym Niemirowie wprawiło mnie w zachwyt. Tak promiennie jasne klasycystyczne wnętrze świątyni zawsze ma na mnie dobry wpływ... Niemirów skojarzył mi się też z innym cennym rustykalnym pomnikiem klasycyzmu w Krzyżanowicach nad Nidą.

Niemirów i Mielnik były jedynymi miejscowościami na trasie w których nie byłem samochodowo. Zależało mi na odwiedzinach tych miejscowości ze wzgędów historycznych (granica 3 zaborów stykała się w 1795 r. własnie w Niemirowie, zaś w Mielniku zawarto kiedyś dziwną unię).
Ostatnią i kulminacyjną chwilę refleksji przeżyłem rzecz jasna w Grabarce, w Siemiatyczach piękny kościół był już zamknięty a ja skoncentrowałem się na miejscowym kebabie.


Ostatni zryw miał już na celu tylko znalezienie noclegu. Zapamiętałem z dawnej trasy samochodowej, że odcinek drogi Drohiczyn-Siemiatycze był falisty i zróżnicowany krajobrazowo. Pamieć mnie nie myliła i z łatwością za wsią Słochy Annopolskie znalałzem dogodne miejsce na biwak.
Dystans173.45 km Czas09:07 Vśrednia19.03 km/h
Dzień 4: Wzdłuż Bugu

Na trasie: Zosin, Horodło, Dorohusk, Włodawa, Hanna, Sławatycze

173 km ciągłej ucieczki przed burzą zakończyły się nieplanowanym noclegiem w Nowosiółkach, nad samiuśkim Bugiem, u stóp prawosławnego monastyru w Jabłecznej.
Poranek zastał mnie w Horodle, odsypiałem noc na Kopcu Unii Horodelskiej i szczerze go do takich celów polecam :) Zacisznie, ładna panoramka, wygodna trawka. Przepędził mnie dopiero rodzący się upał, który na polach stał się nieznośny w pełnym słońcu już koło 9.
To był dziwny dzień, bo we wszystkich mijanych miejscowościach już kiedyś byłem. Mogłem doświadczalnie przekonać się jak bardzo poznanie rowerowe różni się od zwiedzania samochodowego. Rowerzysta zwyczajnie widzi więcej i może się w każdej chwili i w każdym miejscu zatrzymać. W niewielkiej w sumie wsi Matcze miałem czas by liczyć zajęte bocianie gniazda (ponad 20), w Dubience pod czołgiem konsumowałem jagodzianki, w Dorohusku stresowałem aparatem panie myjące pałacowe okna. Przede wszystkim jednak uciekałem nieustannie przed olbrzymim frontem burzowym sunącym od południa, gdzie wszelkie takie tałatajstwo ma swój matecznik.

W szaleńczej ucieczce dotarłem na Polesie (vel Polesie Wołyńskie) i na historyczne ziemie Wielkiego Księstwa, nie przyszło mi jednak do głowy recytować inwokację Pana Tadeusza :) Widoczki zarówno nad Bugiem, jak i wzdłuż drogi były malownicze (to lubię najbardziej).



Włodawę zapamiętałem ongiś jako miasto cennych zabytków sakralnych. Potwierdzam. Kościół fundowany przez przebrzydłego zdrajcę Ludwika Pocieja jest wspaniały. Kanalie potrafią być bardzo hojne!

Galop zakończył się w Sławatyczach (po drodze nie zapomniałem o Hannie), gdzie burza mnie dognała. Na szczęście poczekała życzliwie aż znajdę nocleg w Nowosiółkach, bo schronisko w Sławatyczach okazało się pękać w szwach (kajakowcy).
Dystans151.75 km Czas07:46 Vśrednia19.54 km/h
Dzień 3: Od Roztocza po Wołyń

Na trasie: Horyniec-Zdrój, Wola Wielka, Narol, Bełżec, Chłopiatyń, Kryłów

Po obfitującym w cenne zabytki architektoniczne 2 etapie poczułem tęsknotę do pejzażu bardziej naturalnego. Na pierwszy postój wybrałem Horyniec-Zdrój, który buduje dopiero swą markę uzdrowiskową (podobnie jak park zdrojowy...). Zjadłem tam w ciszy i spokoju najpyszniejsze bułki na całej wielkiej pętli (z makiem), pobyt uznaję zatem za udany.
Potem przyszedł czas na roztoczańskie podjazdy: tabliczka informująca o nachyleniu drogi na poziomie 18% zrobiła na mnie spore wrażenie. Z polskich Karpat nie pamiętam takiego widoku...
To był też odcinek ciągłych spotkań ze Strażą Graniczną, ktorą tradycyjnie pozdrawiam (szczególnie na ukraińskiej granicy). Z Werchraty ruszyłem pod Wielki Dział (391 m n.p.m), a w Woli Wielkiej podziwiałem kolejną na trasie drewnianą cerkiewkę.

W Narolu zaszalałem z obiadem (najdroższy na całej trasie) aby tylko w ten upał ominąć Tomaszów i skierować się na główny cel dnia - Chłopiatyn.


Po drodze był jeszcze robiący wrażenie Bełżec (byłem tu po raz drugi). Z Bełżca wkroczyłem po raz pierwszy na trasie w krainę wielkich gospodarstw rolnych. Skoncentrowałem się jednak na realnym zagrożeniu zdrowia jakie przy tej temperaturze stanowiły "lasy" złożone z barszczu Sosnowskiego. Takiego nagromadzenia tej potwornej rośliny jak w okolicy wsi Machnów Stary jeszcze nie widziałem. Niektóre 4-metrowe chochoły wyrastały tuż przy drodze... Co ciekawe kilka kilometrów dalej nie było już po nich śladu - cała zasługa zatem leży po stronie machnowskiego PGR-u, który wysiać kiedyś raczył, ale wytępić na miedzach już nie.

Teren którym jechałem miał coś z Kresów. Punktem szczególnym na tym obszarze jest piękna cerkiew wChłopiatyniu, znajduje się tu także rozbudowana strażnica graniczna. Dotarłem też do pobliskiego Mycowa (z powodu cerkwi), nie dotarłem z przyczyn technicznych do Dłużniowa (oryginalna cerkiew). Cały ten najbardziej na wschód wysunięty obszar współczesnej Polski (historycznie Ziemia Bełska) ma swój niepowtarzalny klimat. Przyczynia się do tego autentycznie peryferyjne położenie, z dala od nawet średnio istotnych dróg i miast.



Gdy zapadł zmierzch - po przepakowaniu - ruszyłem na Dołhobyczów i na spotkanie z Bugiem, do Kryłowa. Miałem tu być jeszcze za dnia, by eksplorować wyspę zamkową, ale przegrałem z upałem. W porównaniu z dwoma poprzednimi odcinkami, ten w pełni zasłużył na określenie mianem etapu górskiego. Liczył 152 km.